Dwa najładniejsze pokoje w mieszkaniu pani Przełęskiej
zostały oddane do dyspozycji kochanej Ninusi.
Wyglądały jak dwa wielkie klomby i co wieczora lokaj z
pokojówką niemało mieli. roboty z wynoszeniem koszów
i doniczek do kredensowego, by uratować jaśnie
panienkę (taki tytuł nakazała jaśnie pani) przed
niechybnym uduszeniem się.
Codziennie od południa rozpoczynała się pielgrzymka
pań i panów z mondu, śpieszących obejrzeć żywą
sensację sezonu.
Trwało to tydzień małymi dawkami i przypieczętowane
zostało wielkim balem, wydanym przez panią
Przełęską, by wszystkim wobec zaprezentować ukochaną
siostrzenicę.
Na bal raczyli nawet przybyć księstwo Roztoccy, którzy
witającej ich z wypiekami na twarzy pani Przełęskiej
oświadczyli, że miło jest im bardzo znaleźć się w
tym domu, który swoją sympatią darzy prezes Nikodem
Dyzma.
Na ogół w tych sferach mówiono już niemal głośno o
zaręczynach Nikodema, które oficjalnie ogłoszone
zostaną dopiero po uzyskaniu przez Ninę unieważnienia
małżeństwa.
Kwestią frapującą wszystkich i nie dającą spać
damom, słynącym z tego, że zawsze są doskonale
poinformowane, było pytanie: co się stało z tym
Kunickim?
Wiedziano tyle tylko, że wyjechał za granicę i
zgodził się na unieważnienie. A dlaczego? No i
dlaczego zostawił Ninie cały majątek?..
O tym mogło powiedzieć tylko kilka osób, lecz
Krzepicki zbywał pytania uśmiechem, pani Przełęska
nie należała do kobiet, z których cokolwiek można
wbrew ich woli wydusić. Niny pytać nie wypadało, no a
prezesa Dyzmy nikt by się nie odważył.
Pani Koniecpolska, która spróbowała, opierając się
na - jak sądziła - upoważniającym ją do
poufałości niedawnym współwyznawstwie Trzypromiennej
Gwiazdy, skarżyła się później:
<strona 256>
- Wyobraźcie sobie, zapytał mnie, czy nie mam
większego zmartwienia!
Bal udał się znakomicie, chociaż jego bohaterka nie
umiała ukryć zażenowania, wynikającego z jej obecnej
sytuacji i z faktu powrotu do dawnego stanowiska.
W Warszawie otoczyła ją atmosfera zaciekawionej
życzliwości i szacunku, który - jak szybko
zorientowała się - zawdzięczała wielkiej
popularności Nikodema.
Każdy człowiek, zbliżający się do niej, uważał za
swój święty obowiązek przynajmniej kilka zdań
powiedzieć o Dyzmie, używając samych superlatywów.
Słuchała tego z niesłabnącą przyjemnością, lecz i
z cieniem jakiegoś prawie zdziwienia. Wiedziała przecie
od dawna, że Nikodem jest znakomitością, że jest
poważnym mężem stanu i człowiekiem wielkiej wiedzy i
zalet. Tam jednak, w Koborowie, wydał się jej
mniejszym. Teraz, gdy ze wszystkich stron słyszała
tylko słowa podziwu i zachwytu, gdy przekonała się,
że zbyt nisko oceniała jego wartość, nabrała wobec
niego pewnego rodzaju onieśmielenia.
Tryb życia Niny ułożył się, pomimo swojej
atrakcyjności, a raczej dzięki nieustannej
atrakcyjności - jednostajnie.
Z rana chodziła z ciotką na spacer lub robiła zakupy w
sklepach. O pierwszej wracała, zastając zawsze kogoś,
kto przyszedł ją obejrzeć, później był obiad albo w
domu, albo u znajomych, czasami na zaproszenie Nikodema w
restauracji. O siódmej zjawiał się on sam i jechali do
teatru czy kina. W pierwszym wypadku Nikodem odprowadzał
ją do domu i żegnali się w bramie, natomiast w drugim
- kino kończy się znacznie wcześniej niż teatr -
wchodził z nią na górę i razem jedli kolację.
Nikodem wciąż nalegał, by przyszła do niego, lecz ona
odkładała to z dnia na dzień.
Byli właśnie na bardzo sprośnej farsie i Dyzma
postanowił sforsować jej upór. Gdy samochód
zatrzymał się przed domem pani Przełęskiej, odprawił
auto.
- Pójdę pieszo. To niedaleko - powiedział
szoferowi.
Kiedy Nina chciała nacisnąć guzik dzwonka,
powstrzymał jej rękę.
- Nie, Nineczko, teraz pójdziemy do mnie. - O nie,
ja idę do siebie.
<strona 257>
- Koniecznie musisz!
- Ależ to niemożliwe! Co sobie ciocia o mnie
pomyśli! - Pomyśli, co zechce. Cóż to ciebie
obchodzi?
- Nie, nie! - upierała się.
- Na chwilę, na pół godzinki - prosił - czy ty
mnie już nie kochasz?
Przytuliła się do niego i szepnęła: - Więc dobrze,
ale nie teraz.
- Teraz.
- Nie. Jutro. Powiemy, że idziemy do kina.
Skrzywił się i chciał jeszcze nalegać, lecz Nina
zadzwoniła i w bramie rozległy się kroki stróża.
Szybko pocałowała go w usta i zniknęła w bramie.
Mróz był dość duży i Nikodem nastawił kołnierz
futra. Zrobił kilka kroków w kierunku domu, lecz zaraz
zatrzymał się i zawrócił ku Kruczej. W Alejach
Jerozolimskich był jeszcze dość duży ruch, a Nowy
Świat ujrzał gęsto zatłoczony.
Wstąpił do baru, wypił kilka wódek i zjadł wielką
porcję golonki z grochem. Za bufetem stała tęga
dziewczyna w białym kitlu.
Niczegowata baba" - pomyślał i nagle przyszło
mu na myśl, że przecie dość jest wyjść na ulicę i
kiwnąć palcem na taką, która mu się podoba.
Zapłacił, wbrew zwyczajowi nie sprawdzając rachunku, i
wyszedł.
Wybór istotnie był niemały. Po kilku minutach
upatrzył sobie jedną. Nie chciał jej zabierać do
domu, wołał wydać na hotel. Zaprowadziła go do
jakiejś brudnej nory na Chmielnej.
Było już po trzeciej, gdy zaczął się ubierać,
wyjął dwadzieścia złotych, położył na stoliku i,
mruknąwszy "do widzenia", wyszedł na ciemny
korytarz. Gdzieś na samym końcu paliła się żarówka.
Gruba baba, właścicielka hotelu, wprowadzała właśnie
nową parę, w drugim końcu korytarza otworzyły się
drzwi - ktoś wychodził.
Nikodem z przyzwyczajenia sięgnął po papierośnicę i
skonstatował jej brak. Szybko zawrócił i, nie
zamykając drzwi, wpadł do pokoju.
<strona 258>
Dziewczyna siedziała na łóżku w kucki i
wyszczerbionym grzebieniem czesała zmierzwione włosy.
- Dawaj porcygar, cholero! - Jaki porcygar?
- Jaki? Już ja ci pokażę, jaki! Dawaj zaraz, bo i
tak znajdę, a tobie mordę rozbiję!
- Czego wrzeszczysz? Chcesz zbiegowisko zrobić?! Drzwi
nie możesz zamknąć?!
Obejrzał się. Istotnie w ciemnym korytarzu ktoś stał.
Gdy odwrócił się tak, że na jego twarz padło
światło, usłyszał cichy okrzyk, a później szybkie
kroki.
Zamknął drzwi, przekręcił klucz i schował do
kieszeni. Podszedł do łóżka. Dziewczyna wciąż
flegmatycznie rozczesywała włosy. Jednym ruchem wyrwał
jej grzebień i cisnął o podłogę.
- Nooo!... Czego się rzucasz, frajerze?! -
powiedziała prawie barytonem.
- Oddaj porcygar, słyszysz?!
- Ja nie brałam - wzruszyła ramionami.
Zamachnął się i uderzył ją w twarz tak silnie, że
wywróciła się i głową stuknęła o ścianę.
- Dawaj, cholero! - zamachnął się znowu.
Zakryła twarz łokciem. Chwycił jej torebkę. Wewnątrz
było kilka ubogich drobiazgów, para wymiętych
banknotów i brudna chustka do nosa.
Przyglądała mu się w milczeniu. - Uu... żmija!
Jednym ruchem wyrwał spod niej poduszkę i rzucił na
podłogę. Wraz z nią z brzękiem upadła papierośnica.
Podniósł ją, obejrzał i schował do kieszeni.
- Złodziejka - mruknął - ścierwo. - Sameś,
frajerze, ją tam schował! - Łżesz! - ryknął.
Nie odpowiedziała. Otworzył drzwi i wyszedł. Na ulicy
z rzadka paliły się latarnie.
Dorożki ani śladu. Trzeba było iść pieszo. Mróz
zwiększył się, śnieg pod nogami skrzypiał.
Przechodniów było niewielu. Szedł prędko. Gdy
skręcał w Marszałkowską, obejrzał się. Po drugiej
<strona 259>
stronie w odległości kilku kamienic równie prędko
szła jakaś dziewczyna.
"Druga taka sama - pomyślał - nie ma
głupich".
Szedł tak szybko, że tamta musiała prawie biec,
jednakże widocznie postanowiła nie dać za wygraną,
gdyż odwróciwszy się przy Nowogrodzkiej, zobaczył ją
znowu. Przystanął, lecz ku jego zdziwieniu i ona
wówczas przystanęła koło jakiejś nie oświetlonej
wystawy sklepowej. Drobna, ubogo ubrana dziewczyna w
czarnym kapeluszu.
Splunął i poszedł dalej. Zawrócił na ulicę
Wspólną. Po kilku minutach był już przed swoją
bramą. Stróż otworzył i nisko się ukłonił.
- O której wrócił szofer? - zapytał Dyzma, gdyż
lubił kontrolować podwładnych.
- Tak, proszę wielmożnego pana, około jedenastej.
- A dach na garażu naprawili?
- A jakże, proszę wielmożnego pana.
Skinął mu głową i wszedł na schody. Ani Nikodem, ani
stróż nie zauważyli sylwetki dziewczyny, która
przyglądała się im przez okratowanie bramy.
Serce jej biło mocno.
Podniosła oczy na fronton gmachu.
Na wysokości pierwszego piętra widniał czarny napis:
Państwowy Bank Zbożowy Bank!...
I nagle wszystko stało się jasne. Zupełnie jasne.
Nikodem, jej Nikodem, który ją porzucił, chociaż go
tak kochała, chociaż go wciąż kocha i zapomnieć nie
może, Nikodem szykuje wielką robotę. Może podkop, a
może tylko rozprucie kasy... W każdym razie ze
stróżem jest w zmowie. Przecie widziała, jak go
wpuścił i rozmawiał z nim po cichu.
Państwowy Bank Zbożowy.
A może wkręcił się tam za woźnego? Ale chyba nie,
-po cóż by przychodził w nocy.
Serce jej biło mocno.
Przeszła na drugą stronę i czekała.
Może zadzwonią dzwonki alarmowe, może u wylotu ulicy
ukaże
<strona 260>
się policja? O, wówczas dobrze wie, co zrobić należy:
zadzwoni i uprzedzi stróża... Prawda, Nikodem okłamał
ją, zapomniał, nie wrócił, ale jeszcze może
wrócić... Dobrze mu powodzi się, futro ma... A wtedy
jechał bogatą maszyną... Gdy mieszkał u nich na
Łuckiej, nawet nie śniło się jej, że ten Dyzma to
taki klawy chłop, szemrany, swój...
Świt już przenikał przez gruby kożuch chmur, gdy
zdecydowała się odejść. Zimno było. Gdy doszła na
ulicę Łucką, brama już była otwarta - dwadzieścia
groszy oszczędności.
Następnego ranka poszła na Wspólną. Z niepokojem
myślała o tym, że zobaczy bank otoczony przez
policję, że Nikodem może jest aresztowany, a może
udało mu się zbiec.
Odetchnęła z ulgą. Kołowrót &127; drzwi kręcił
się nieustannie. Wchodzili i wychodzili interesanci, raz
po raz zatrzymywały się samochody.
Chyba podkop albo wyłom w murze... Na dłuższą
metę... Odnalazła go nareszcie. O, teraz już jej nie
ucieknie. Pewna była, że w ciągu dnia tutaj go nie
zobaczy, ale przyjdzie wieczorem, będzie warować i
stanie mu twarzą w twarz...
I przyszła.
Dziesiąta, jedenasta... Nerwowym krokiem chodziła po
przeciwległym trotuarze. Padał miękki, łagodny
śnieg, wielkie jego płaty pod światło latarni z
białych stawały się czarnymi.
Zaczepiono ją dwa razy. Nawet jeden facet był młody i
wyglądał zamożnie, ale przecząco pokręciła głową.
Zaczęła niepokoić się: a może on dziś nie
przyjdzie?... Jednakże będzie czekać! Musi...
Mężczyźni to zawsze tacy, jak z oczu, to i z pamięci.
Ten Zosiny rudy Władek to też przecie wrócił do
niej...
Niecierpliwie wyglądała ku Marszałkowskiej i w
przeciwną stronę i dopiero trzask zamykanej bramy
zwrócił jej uwagę na kamienicę, w której mieścił
się bank.
Wychodził z niej Nikodem w towarzystwie jakiejś
eleganckiej pani.
Śmieli się do siebie.
Dziewczyna ukryła się za występem muru. Przeszli na
jej stronę, a że chodnik był wąski, mogła ich
dosięgnąć ręką, gdy ją mijali. Dobiegł ją
wyraźnie głos Nikodema:
<strona 261>
- Jak ty zechcesz, kochana Nineczko, to...
Dalsze słowa zagłuszyła trąbka przejeżdżającego
taksometru, natomiast zobaczyła, że wzięli się pod
ręce.
- To tak!... - powiedziała w zamyśleniu. Wolnym
krokiem ruszyła za nimi.
Nie zdziwił jej fakt istnienia rywalki. Przecie nie
mogła przypuszczać, by nie miał żadnej kobiety.
Przestraszyła ją wszakże piękność tej pani.
"Kocha ją... na pewno kocha... Ale dlaczego -
zrodził się płomyk nadziei - dlaczego w takim razie
wczorajszej nocy z inną w hotelu?..."
Tkwiła w tym jakaś tajemnica. Gdyby nie to, może
dopędziłaby ich zaraz i rzuciła tej kobiecie w oczy,
że ma starsze, dawniejsze prawo do Nikodema, że go
kocha...
"Wróci do mnie, wróci... Powiem mu, że oczy
wypłakałam, że każda z takich jak ja ma swego
przyjaciela, a ja jednak nie mam, chociaż
pierwszorzędni chłopcy napraszali się... Musi
wrócić..."
Nikodem odprowadził Ninę i zawrócił do domu.
Rozmyślał właśnie nad tym, że Jurczak, uchodzący w
Łyskowie za znawcę kobiet, jednak mylił się,
twierdząc, że tylko brunetki są namiętne, gdy
usłyszał swoje imię.
Odwrócił się. Przed nim stała Mańka. - Nikodem -
szepnęła cicho.
- Ach, to ty - powiedział nie ukrywając
niezadowolenia. - Pamiętasz mnie?...
- Czego chcesz?
Patrzyła nań szeroko otwartymi oczyma. Nie wiedziała,
co ma mówić.
- No, czego chcesz? - zapytał poirytowanym głosem.
- To tak mnie witasz? Co ja ci złego zrobiłam,
Nikodem? rzekła z wyrzutem.
- A tam, z tym bajdurzeniem! Ani złego, ani dobrego,
czego chcesz?
Milczała. - Gadaj, do cholery! Dziewczyna wciąż
milczała.
<strona 262>
Zaklął i chciał odejść, lecz chwyciła go za rękaw.
- Puść!
- Nie puszczę. Musisz mnie wysłuchać. - No więc
gadaj, do pioruna, o co chodzi?
- Widzisz, Nikodem, ty pewno nie wiesz, że ja bardzo
za tobą tęskniłam, bo wiesz, że nawet kochanka nie
mam, wciąż czekam na ciebie." Szukałam cię,
ciągle myślałam, że jednak wrócisz, że nie
zapomniałeś.
Wzruszył ramionami.
- Co w ogóle miałem pamiętać albo zapominać? -
Ale mówiłeś, że wrócisz!
- Ślubu z tobą nie brałem. Mało co się mówi. -
Widzisz... ja ciebie kocham.
Roześmiał się głośno.
- Wielkie mecyje! Co noc kogoś kochasz.
- To mi wymawiasz? Niby co, dla przyjemności jestem
"taką"? Z głodu zdechłabym. Muszę, chociaż
za każdym razem rzygać mi się chce z obrzydzenia.
- Dobrze, dobrze, już tylko nie bujaj.
- Prawdę mówię. Chyba nikt mi nie pozazdrości. Psie
życie. - No, ale co to mnie obchodzi?
- Wróć do mnie! - Nie. Nic z tego.
- Możesz mieszkać u nas darmo. Zapłacę za ciebie.
Wybuchnął śmiechem.
Przyglądała mu się z niepokojem. - Czego się
śmiejesz?
- Śmieję się, bo durna jesteś. Wybij to sobie z
głowy.
- Dlaczego mnie nie chcesz? Czy już ci nie podobam
się? - A odczep się, Mańka, pókim dobry.
- A przecie wtedy mówiłeś, że wrócisz.
- Pluję na to, co mówiłem! Rozumiesz? Teraz żenię
się i wybij sobie ze łba, żebym takim patałachem jak
ty sobie głowę zawracał. Nie takie ja teraz mam
kobiety.
- Żenisz się z tą, coś z nią szedł?
- Z tą czy nie z tą, nie twojej babki interes.
- Ja wiem, że z tą. - W głosie jej zabrzmiała
nienawiść. - Co tobie do tego?
<strona 263>
- To, że ciebie kocham! - krzyknęła.
- Cicho, czego wrzeszczysz! Kochasz, to kochaj, mam to
gdzieś. A teraz odczep się, bo nie mam czasu.
Znowu chwyciła go za rękaw. - Zaczekaj jeszcze
chwilę. - No.
- Pójdź ze mną na noc...
Uczepiła się nadziei, że zdoła go jeszcze namówić,
odciągnąć od tamtej.
Odepchnął ją lekko. - Odejdź.
- Nikodem!...
W jej oczach zabłysły łzy.
- Jeszcze mi tu wyć zaczniesz, no mówię ci, że nie
mogę. Dziś nie mogę. Gdybym nawet chciał.
- Dlaczego? - Mam robotę.
- Aha!... - skinęła głową z powagą.
Zrozumiała, że oczywiście taka rzecz jak
"zrobienie" banku to&127; nie byle co i że
ona, Mańka, wobec tego nic nie znaczy.
- Ale później - zaczęła - później... -
Może później. Do widzenia.
Chciał odejść, lecz jeszcze raz go zatrzymała. -
Nikodem, nie pocałujesz mnie?
- Ojej! Nudzisz.
Pochylił się ku niej i cmoknął w policzek. Mańka
wszakże nie dała się tym zbyć i objąwszy szyję
Dyzmy przywarła do jego ust.
Miała wargi soczyste, jędrne i zimne od mrozu. - No,
dość - odsunął ją od siebie.
- Wróć! Wróć do mnie - wyszeptała.
- A to piła z ciebie. Zobaczę, może później. Do
widzenia. Skinęła w milczeniu głową.
Długo jeszcze stała na miejscu, patrząc za nim. Gdy
znikł na skrzyżowaniu ulic, otarła chustką oczy i
poszła w przeciwną stronę.
Nikodem był wściekły. Ta Mańka, która zjawiła się
nagle ni z tego, ni z owego... Dawno o niej zapomniał...
I w ogóle jakim
<strona 264>
prawem go się czepia?!... No oczywiście, kocha się i w
gruncie dobra dziewczyna, ale to jeszcze nie powód, by
łaziła za nim...
"Jeszcze mnie kiedy skompromituje. Albo Ninie nagada
czego. Cholera!"
Postanowił sobie, że jeżeli go jeszcze raz zaczepi,
tak ją obsztorcuje, że już więcej nie ośmieli się.
W mieszkaniu powietrze było jeszcze przesycone perfumami
Niny. Rozebrał się i chciał położyć się do
łóżka, gdy przypomniał sobie, że jutro rano
Krzepicki wyjeżdża do Koborowa i że musi mu
przygotować różne papiery.
Pracował dobre pół godziny i kończył właśnie, gdy
rozległ się dzwonek telefonu. Podniósł słuchawkę.
Telefonował Wareda. Siedzą całą paczką w knajpie i
zdecydowali wydzwonić Nikodema.
- Od czasu przyjazdu pani Niny - skarżył się
pułkownik wcale cię nie widzimy. Przyjeżdżaj
koniecznie.
Dyzma jednak kategorycznie odmówił. Był zmęczony i
senny. W ogóle nie lubił knajpy. Wypić od czasu do
czasu - owszem, ale siedzieć godzinami przy stoliku i
zalać się na trupa - nie. Jeżeli dawniej
birbantował z Waredą, Ulanickim i innymi, robił to
tylko dla nawiązania stosunków.
Teraz marzeniem jego, do którego stale powracał, było
równe, spokojne życie w Koborowie.
Sprawa unieważnienia małżeństwa Niny posuwała się
szybko. Największe ułatwienie w niej stwarzał fakt
sfałszowania nazwiska przez męża - resztę robiły
pieniądze, a tych obecnie Dyzmie nie brakowało.
Dni upływały jeden za drugim, nie przynosząc
ważniejszych zdarzeń.
Nieobecność Krzepickiego dała się jednak odczuwać
Nikodemowi na każdym kroku przy urzędowaniu w banku.
Chociaż miał już niejaką rutynę i wiedział, co
należy robić w tym, a co w tym wypadku, bywały jednak
kwestie, którym podołać nie umiał. Wówczas jedynym
ratunkiem był ciężki atak reumatyzmu.
Jeżeli wszakże popełnił, pomimo posuniętych do
maksimum ostrożności, kilka błędów - kładziono to
na karb roztargnienia pana prezesa z powodu zakochania, o
którym w banku obszernie
<strona 265>
dyskutowano. Źródłem głównych informacji w tym
względzie był Ignacy, który codziennie nosił kosze
kwiatów do mieszkania narzeczonej pana prezesa.
Nina bywała kilka razy w tygodniu u Nikodema.
Pani Przełęska, nie wiedząc o tym, głośno i wobec
wszystkich zachwycała się wielkimi zmianami na awantaż
w urodzie i usposobieniu siostrzenicy.
- Kochać i być kochaną - mówiła do niej - to,
moja droga, najlepsza kosmetyka dla kobiety. Przecież ty
rozkwitasz w oczach! Nina śmiała się później,
opowiadając to Nikodemowi.
O swoim mężu nie myślała prawie wcale. Zresztą nie
miała na to czasu. Wir towarzyski wciągnął ją
całkowicie. A bawiła się tym lepiej, że miała
ogromne powodzenie. Młodzi i starsi panowie nadskakiwali
jej zawzięcie, w każdym salonie otaczało ją moc
wielbicieli.
Wśród nich znalazł się i taki, na którego Dyzma
zaczął patrzeć z niepokojem.
Niepokój zaś ten uzasadniały nie tyle zalety tamtego,
ile zachowanie się Niny. Wyróżniała go aż nazbyt
oczywiście. Najczęściej z nim rozmawiała i
tańczyła.
Był to prawie czterdziestoletni mężczyzna, wysoki,
szczupły, o włosach konopiastych, wyzłoconych od
słońca. Spadł nagle, diabli wiedzą skąd, chyba z
całego świata, gdyż opowiadał o Australii, Peru czy
Grenlandii z taką swobodą, jakby to były Konstancin
czy Milanówek. Nazywał się Hell, Oskar Hell. Mówił o
sobie, że urodził się w Rosji, a Dyzmę nazywał
kolegą od czasu, gdy dowiedział się, że jest
oksfordczykiem. Sam studiował w Cambridge. Władał
zresztą językiem polskim równie dobrze, jak i
dziesiątkiem innych. Gdy go proszono, by określił
swoją narodowość, zabawnym ruchem rozkładał ręce.
Na Ninie od początku wywarł dodatnie wrażenie, co
Nikodem dostrzegł bez trudu, tym bardziej że nie
starała się swej sympatii dla tego przybłędy ukryć.
Sytuacji jeszcze nie można było nazwać niebezpieczną,
jednakże niepokój Dyzmy wzrastał. Na dobitek nie miał
pod ręką Krzepickiego, który na wszystko umie
znaleźć sposoby. Napisał doń o wszystkim, odpowiedzi
jednak nie mógł się doczekać.
Tymczasem Oskar Hell zadomowił się w Warszawie na
dobre.
<strona 266>
Nawiązał szerokie stosunki, był na każdym balu,
"fiksie", dansingu. A że nie prowadził
żadnych interesów, a zawsze miał pieniądze, uznany
został za bogatego, a nawet za pożądaną partię.
Przywiózł go do Polski hrabia Pomiałowski, zaprosiwszy
na polowanie na dziki. Sam niewiele mógł o Hellu
powiedzieć, gdyż poznał go na pokładzie statku
włoskiego podczas wycieczki do Wysp Kanaryjskich.
Nikodem cały zasób swego sprytu skierował ku
odseparowaniu Niny od tego obieżyświata, bał się
jednak postawić przed nią kwestię otwarcie, wiedział
bowiem, że tym może sprawę pogorszyć.
Taki stan rzeczy trwałby nie wiadomo jak długo, gdyby w
rozmowie między Hellem a Niną nie padło raz
przypadkowo imię Kasi Kunickiej.
Okazało się, że Hell znał ją dobrze, że spotykał
się z nią często w Davos, Cannes i w Genewie, że
nawet korespondują od czasu do czasu, gdyż oboje
interesują się telepatią i wymieniają na ten temat
nowe spostrzeżenia i informacje.
Ninę bardzo podnieciła ta wiadomość. Nie miała
dotychczas pojęcia, co się z Kasią dzieje, a lubiła
ją przecie bardzo. Zresztą zbyt mocne wiązały ją z
Kasią wspomnienia, by mogła obojętnie odnieść się
do tej niespodzianki.
Naturalnie przy pierwszej sposobności powiedziała
Nikodemowi: - Wyobraź sobie, że pan Hell dobrze zna
Kasię! Spotkał ją za granicą, a nawet pisują do
siebie listy! Biedna Kasia, taka samotna... Żal mi jej
bardzo.
- Eee... może ten cały Hell kłamie.
- Nikuś! Jak możesz tak mówić - oburzała się
- pan Oskar jest prawdziwym dżentelmenem.
To zdecydowało.
Dyzma postanowił działać. I to natychmiast.
Postanowił poradzić się Waredy i tegoż dnia umówił
się z nim na kolację.
Po pierwszej wódce przystąpił do rzeczy. - Widzisz,
Wacuś... Ty znasz tego Hela? - Znam. Wesoły gość.
- Wesoły, nie wesoły, pies z nim tańcował! Ale
widzisz; on mi nawala w parafię.
<strona 267>
- Niby w czym?
- Włazi mi w paradę u mojej narzeczonej.
- No to zdziel draba po gębie i jak będzie się
stawiał, para pistoletów i koniec.
- Pojedynek? - skrzywił się Dyzma.
- No, pewno. Ja ci, Nikuś, powiadam: w takich
wypadkach najlepiej szast prast bez gadania.
- Kiedy widzisz... Mnie nie o to chodzi. Chodzi o
babę. A baba to jeszcze gotowa więcej na niego lecieć,
jak go przetrącę albo co. - A więc jak myślisz
postąpić?
Dyzma podrapał się w podbródek.
- Żeby może takiego aresztować?... Czort jego wie,
co za ptaszek, obieżyświat, włóczęga...
- Hm... między nami mówiąc, nie ma żadnego powodu.
- A może szpieg? - niepewnie powiedział Dyzma.
- A jeżeli nie? Niby dlaczego ma być zaraz szpiegiem?
- Może nie być, a .może i być. Nikt go nie zna.
Skąd ma forsę? Co? Z czego żyje?
- Hm...
- Przybłęda. Obcy obywatel...
- No tak - zastanowił się Wareda - możliwe.
Można by sprawdzić jego dokumenty. Ewentualnie nawet
zrobić rewizję w jego hotelu, ale jak okaże się, że
jest w porządku, będzie fiasko. To nie jest sposób...
Wypił kieliszek wódki i nagle uderzył dłonią w
stół. - Będzie sposób! A wiesz, że to będzie
sposób...
- No?
- Tobie przecie nie chodzi o to, żeby go wsadzić,
tylko o to, żeby go... odsadzić?
- Jak to odsadzić?
- No, odsadzić od pani Niny. - Ano tak.
- No więc to jest sposób. Aresztuje się go, zrobi
się rewizję, puści się o tym wzmiankę do gazet, a
później faceta się przeprosi i wypuści.
- No, co to pomoże?
- Jak to co? Nie kapujesz?
<strona 268>
- Nie.
- No przecie to proste. Cóż ty myślisz, że pani
Nina zechce przestawać z takim, co jest podejrzany o
szpiegostwo?
Dyzma zastanowił się i odparł po pauzie: - Chyba
nie.
- Że w ogóle takiego będą przyjmować w
towarzystwie?... Nie, bracie, po takim szpasie będzie
musiał zapakować manatki i wyjechać.
- Hm... Ale może przecie wytłumaczyć, że to była
pomyłka zauważył Nikodem.
- A my - powiedział Wareda - możemy dać do
zrozumienia, że go wypuszczono, bo był za sprytny i
umiał ukryć w porę dowody winy.
Dyzma przyznał pułkownikowi rację. Plan był gotów i
nie zwlekając z jego wykonaniem Wareda zadzwonił do
swego kolegi, szefa drugiego oddziału Sztabu,
pułkownika Jarca.
Wieczorem spotkali się już we trójkę. Przed Jarcem
nie wyjaśnili całej sprawy, gdyż Dyzma nie chciał
wtajemniczać go w swoje niepokoje narzeczeńskie.
Zresztą Jarc nie interesował się nimi. Wystarczyło mu
w zupełności to, że prezes Dyzma podejrzewa tego
cudzoziemca, który nie ma tu żadnego znaczenia, że
prezesowi zależy na skompromitowaniu Hella, no i że
kolacja była wyśmienita.
Nazajutrz rzecz miała być przeprowadzona wczesnym
rankiem. Nikodem od, przyjścia do banku był w
podnieconym nastroju. Nie mógł się doczekać pism
popołudniowych i co kilka minut wysyłał woźnego na
ulicę, by dowiedzieć się, czy jeszcze nie wyszły.
Wreszcie woźny przyniósł trzy dzienniki.
Dyzma zaczął je gorączkowo przeglądać. W dwóch
pierwszych nie było ani słowa o Hellu. Natomiast trzeci
podawał na pierwszej stronie czarnym drukiem niedużą
wzmiankę pt.: "Na tropie nowej jaczejki
szpiegowskiej. Aresztowanie wytwornego szpiega w
luksusowym hotelu".
We wzmiance nie było - jak się ułożyli - podane
całkowite nazwisko Hella. Figurował tam jako H.
Natomiast szereg informacji o nim zamieszczono w ten
sposób, że nikt, kto znał Hella, nie mógł mieć
najmniejszych wątpliwości, że tu o niego właśnie
chodzi.
<strona 269>
Dyzma zatarł ręce.
Odzyskał równowagę ducha, zaczął przeglądać
papiery, kazał przynieść korespondencję do podpisu,
żartobliwie rozmawiał z sekretarką, zrobił rajd po
biurach banku, przy czym z uśmiechem odpowiadał na
ukłony, po czym zabrał się do czytania listów.
Między innymi znalazł list Krzepickiego. Ten pisał:
Szanowny Panie Prezesie!
Przede wszystkim śpieszę donieść, że wszystko
dotychczas w porządku. Z żadną opozycją nie
spotkałem się ani z sabotażem. Już po trochu
orientuję się w interesach. Koborowo to złote jabłko.
Moje powinszowania. Za miesiąc będę znał tu każdą
trocinę i każdy kamyczek. Ale tu wszyscy boją się
Pana Prezesa jak ognia! Jeszcze bardziej niż w banku.
Byłem już dwa razy w Grodnie w Urzędzie Skarbowym.
Rabinowicz daje po 700 zł za sztukę. Chce wziąć 30
jałówek, ale płaci wekslami sześciomiesięcznymi
firmy "Natan Golder i S-ka", żyro kantoru
bankierskiego Kugla w Białymstoku. Proszę Pana Prezesa
depeszować, czy mam je przyjąć? Kasperski powiada, że
są pewne.
Hella, o którym Pan Prezes pisze, nie znam i nic o nim
nie słyszałem. Jeżeli chodzi o moją radę, to radzę
zbytnio nie przejmować się. Ale ostrożność nie
zawadzi nigdy. Toteż zdaje mi się, że najlepiej
będzie powiedzieć pani Ninie, że ten Hell cierpi na
nieuleczalną weneryczną chorobę. To ją odstraszy.
Byłem dwa razy w pawilonie u Zorża Ponimirskiego, gdyż
jest ciężko chory. Lekarz powiada, że zapalenie płuc.
Gorączka bardzo wysoka, majaczy, wcale mnie nie poznał.
Tak myślę, że może kipnąć. Gdy dowiedział się,
że Kunickiego diabli wzięli, dostał szału radości i
bez palta wybiegł do parku. Oczywiście zaziębił się.
Latał po parku i krzyczał na całe gardło. W gruncie
rzeczy szkoda mi go. Biedny chłopak.
Dalej Krzepicki zdawał relację z wpływów i wydatków,
prosił Nikodema o przyśpieszenie sprawy podkładów
kolejowych i zapowiadał, że wkrótce wpadnie na dzień,
dwa do Warszawy.
Nikodem był kontent. Podyktował maszynistce depeszę,
polecającą przyjąć weksle, o ile Krzepicki sam w nie
wierzy, i zadzwonił do pani Przełęskiej, że zaprasza
się do niej na obiad.
<strona 270>
Gdy przyszedł, oprócz domowych zastał młodszą
hrabiankę Czarską i dwóch młodych ludzi, których
poznał, lecz nazwisk ich nie pamiętał.
Zaraz po powitaniach zapytał:
- Wiedzą już państwo o tym aresztowaniu? - O
jakim?
- Nie, nie wiemy. - Kogo aresztowali?
- Jak to - pokiwał głową Dyzma - w dzisiejszych
czasach nikogo nie można być pewnym. A taki wydawał
się sympatyczny facet.
- Ale kto? - nie mogła wytrzymać pani Przełęska.
- Kto? Ano ten Oskar Hell.
- Kto? - zapytała niespokojnie Nina.
- Hell - odparł obserwując wyraz jej twarzy. -
Niemożliwe! Pan Oskar?!
Nikodem flegmatycznie sięgnął do kieszeni i podał
gazetę pani Przełęskiej, wskazując miejsce
zakreślone czerwonym ołówkiem. Przeczytała głośno i
zakończyła westchnieniem:
- A to ładna historia! Mój Boże!
Nina wzięła dziennik i sama przeczytała wzmiankę.
Była tym przygnębiona.
- Jak to nikomu dziś wierzyć nie można J-
sentencjonalnie powiedziała pani Przełęska.
- Ohyda - wyrzuciła z siebie Nina - ludzie są
ohydni, jedno wielkie bagnisko!
- No, nie trzeba przesadzać - rzekł krótko Dyzma.
Zaczęła się rozmowa o Hellu, przy czym prawie wszyscy
przypomnieli sobie różne szczegóły z jego zachowania
się, które od dawna wyglądały wysoce podejrzanie.
Nina nie słyszała rozmowy. Myślała o tym, jak zły i
fałszywy jest świat, jak bardzo w nim sama jest i
bezbronna, jak nie przygotowana na niespodziewane ciosy,
które mogą spaść z każdej strony.
Przyglądała się Dyzmie. Wełni9te włosy, kwadratowe
czoło, krótki nos, usta wąskie i ogromna, potężna
szczęka dolna. Tułów może przydługi i rozstawione
nogi.
<strona 271>
"Zdawałoby się, zwykły człowiek - myślała
- a jednak w tej pozornej pospolitości uderza jakaś
skupiona, zaczajona siła, jakaś uśpiona moc, ale
celowo ukrywana... Nik... mój Nik..."
Była jakby zaskoczona tym, że ten poważny człowiek z
mądrym półuśmiechem na twarzy, słuchający w
milczeniu paplaniny tych ludzi, że ten mąż stanu,
wielki ekonomista, ten człowiek tak... obcy, może nie
obcy, lecz jakby jej daleki, jest jej Nikiem! No tak! Jej
narzeczonym, wkrótce mężem, jest tym, który będzie
odtąd kierować jej losem, życiem, który zapewni jej
bezpieczeństwo, osłoni przed wszelkim złem... O, on to
potrafi, jak nikt inny. Jest jak piramida na pustyni,
której żaden huragan nie poruszy... Pan Hell też był
prawdziwym mężczyzną, ale...
Wolała już o nim nie myśleć.
Podano do stołu. Toczyła się zwykła rozmowa o niczym.
Gdy po obiedzie na chwilę znaleźli się sami,
szepnęła Dyzmie: - Kocham, bardzo kocham.
Wziął ją za rękę i pocałował.
- Niku... Dziś pojedziemy do ciebie? - A
chciałabyś? - zapytał figlarnie.
Przygryzła wargi i, patrząc mu prosto w oczy
rozszerzonymi źrenicami, wyszeptała:
- Bardzo, bardzo... bardzo...
Nieco zbladła, co już Dyzma znał dobrze.
- Trzy dni - mówiła - nie byliśmy razem...
- Dobrze - skinął głową i pomyślał: "Oho,
będzie zajęcie". Gdy wychodzili przed ósmą, Nina
zapowiedziała, że idą do Opery. Ze śmiechem
wyjaśniła Nikodemowi później, że dlatego wybrała
Operę, że dziś grają tam "Afrykankę",
która kończy się aż po północy.
- Przebiegła jest twoja Nineczka, prawda? - Ho...
ho!
Przeczekał, aż kroki Niny ucichły w bramie, spojrzał
na zegarek. Była pierwsza. Zawrócił ku domowi.
Znajdował się zaledwie kilkanaście metrów od
kamienicy, w której mieścił się bank, gdy ujrzał
Mańkę. Stała oparta o latarnię. Wyraźnie czekała na
niego.
<strona 272>
Nastroszył się. Chciał przejść, udając, że jej me
spostrzega, lecz zastąpiła mu drogę.
- Czego? - warknął głucho. - Nikodem...
- Czego?!
- Nikodem... Nie gniewaj się... Ale ja bez ciebie
żyć nie mogę... - Poszła wont! Pluję na ciebie! I
nie leź, ścierwo jedna, bo ci pysk rozwalę!
Patrzyła nań przerażonymi oczyma. - Ale za co? Za
co, Nikodem?
- Nadajadłaś mnie, do cholery, i już. - Ale ja
ciebie kocham, a ty obiecałeś.
- Pluję na to, co obiecałem, i na ciebie pluję!
Rozumiesz?! Byle dziwka, byle szmata przyczepi się i
napastuje. Taki pośmieciuch! - Nikodem!...
- Wont, cholero!!!
Pchnął ją tak, że zatoczyła się i upadła na
stertę brudnego śniegu.
Nie wstawała. Patrzyła za odchodzącym. - To tak?!...
Zakryła twarz zmarzniętymi rękoma i płakała. -
Pośmieciuch... dziwka... szmata...
Nagle zerwała się i pogroziła pięścią w kierunku
banku. - Poczekajże ty!
Otrzepała paletko ze śniegu i prędko, jak mogła
najprędzej, zaczęła iść ku Marszałkowskiej.
"Popamiętasz mnie jeszcze, popamiętasz!... Ja cię
nie będę miała, ale i tamta nie! Już ja cię
urządzę".
Chęć zemsty, natychmiastowej zemsty, opanowała ją
wszechwładnie. Prawie biegła.
Nie zawahała się, gdy stojący przy wejściu policjant
zapytał ją, czego chce.
- Chcę kapować na jednego - powiedziała.
- Kapować?... Dobra, idź do dyżurnego przodownika.
Tamte drzwi.
W dużym pokoju, przedzielonym balustradką, stanęła
przed biurkiem.
<strona 273>
- Czego? - zapytał zajęty pisaniem przodownik nie
podnosząc oczu.
Rozejrzała się. Byli sami. - Wsypać chcę jednego.
- No? - zapytał flegmatycznie.
- On w maju jeszcze zakatrupił jednego Żyda. Dużo
forsy zagrabił. Sam chwalił się i pokazywał. A teraz
szykuje się do obrobienia banku na Wspólnej.
Przodownik odłożył pióro i podniósł na nią oczy.
- Banku? Kto taki?
- Nazywa się Dyzma. Nikodem Dyzma. - A ty skąd o
tym wiesz?
- Wiem.
- Jak się nazywasz? - Mańka Barcik.
- Adres? - Łucka 36.
- Zawód twój?
- Dziewczynka - odparła po chwili wahania. - A
dlaczego go sypiesz?
- To moja sprawa.
Przodownik zanotował nazwisko i adres.
- Powiadasz, że szykuje się na bank na Wspólnej? -
Tak.
- A wiesz, że tu żartów nie ma? Jeżeli zełgałaś,
pójdziesz do aresztu.
- Wiem.
Przyjrzał się jej. Była spokojna. Z zaciętego wyrazu
twarzy wywnioskował, że mówi prawdę.
- Gdzie on teraz jest ten Dyzma? - W banku.
- Co?
- Sama widziałam, jak wchodził. On ze stróżem ma
sztamę. Policjant chwycił słuchawkę telefonu i
wymienił numer.
- Jest pan komisarz?... Proszę koniecznie obudzić.
Ważna sprawa. Tu dyżurny przodownik Kasparski.
<strona 274>
Po dłuższej chwili odezwał się komisarz. Przodownik
zameldował mu, że jest takie doniesienie.
- Zatrzymać ją - kazał komisarz - zaraz
przyjadę i sam ją zbadam.
Przodownik położył słuchawkę i wskazał Mańce
ławkę pod ścianą.
- Poczekaj. - Dobrze.
Usiadła. O, on ją popamięta!
Nikodem leżał w łóżku i czytał gazetę, gdy
zadzwonił telefon. Zaklął i postanowił nie wstawać.
Telefon jednak nie przestawał dzwonić.
- Co za cholera?!
Nie nakładając pantofli wyskoczył z łóżka, w
ciemnym gabinecie potknął się o krzesło.
- Halo!
- Czy mogę mówić z panem prezesem Dyzmą? -
Jestem. Kto mówi?
- Tu mówi komisarz Jaskólski. Moje uszanowanie panu
prezesowi.
- Dzień dobry. O co chodzi?
- Przepraszam pana prezesa, że dzwonię tak późno,
ale jest bardzo ważna sprawa.
- Co za sprawa?
- Zgłosiła się do komisariatu prostytutka,
nazwiskiem Barcik, zeznaje, że pan prezes robi podkop
pod Bankiem Zbożowym.
- Co?..
Komisarz wybuchnął śmiechem.
- Nie wygląda na wariatkę, ale z uporem twierdzi to,
co panu prezesowi mówię. Czy pan prezes ją zna?
- A czort ją wie!
- No, naturalnie. Kazałem ją zatrzymać. Myślałem
początkowo, że jest pijana, ale nie. Ona nie wie, że
pan jest prezesem Banku Zbożowego. I chociaż jej to
powiedziałem, nie chce cofnąć zeznania. Musi mieć do
pana prezesa jakąś złość. Czy pan prezes
rzeczywiście mieszkał kiedyś na ulicy Łuckiej?
- Ależ Boże broń! Jak żyję, nie mieszkałem.
- Byłem tego pewny - odparł komisarz. - To
gadzina!
<strona 275>
Uśmieje się pan prezes, ale ona twierdzi, że pan w
maju zabił i obrabował jakiegoś Żyda. Nawet
wymieniła hotel, w którym pan pokazywał jej owe
zrabowane pieniądze!
- A to cholera!
- No, to zrozumiałe, panie prezesie. Ale nie wiem, co
mam z nią zrobić?
- Wylać na zbitą mordę!
- Kiedy ona gwałtem upiera się przy swoim zeznaniu i
żąda, żeby je zaprotokołować. Formalnie rzecz
biorąc, musiałbym w każdym razie zrobić protokół.
- A po co? - pośpiesznie zapytał Dyzma. - Nie
trzeba żadnego protokołu.
- Rozumiem, panie prezesie, ale można by spisać i
pociągnąć ją do odpowiedzialności za fałszywe
oskarżenie.
- Eee tam, po co?
- Posiedzi ze trzy miesiące.
- Nie warto. Najlepiej niech pan komisarz poradzi jej,
żeby dała spokój. .
- Ba! Nie zgodzi się. Zacięta bestia.
- No, to zależy od tego, jak pan będzie radził. -
Nie rozumiem, panie prezesie?
- Już tam wy, policja, macie swoje sposoby...
- Aha! - połapał się komisarz. - Będzie
załatwione, panie prezesie. Moje najniższe uszanowanie.
Jeszcze raz przepraszam za niepokój.
- Szkodzi nic. Dziękuję bardzo. A ja już przy
sposobności będę pamiętał o panu, panie komisarzu.
Komisarz rozpłynął się w podziękowaniach i kładąc
słuchawkę nacisnął jednocześnie guzik dzwonka. W
drzwiach stanął policjant.
- Dawać ją tu.
- No, więc widzisz, całe twoje zeznanie jest
fałszywe. Pójdziesz do kryminału.
Czekał na jej odpowiedź, lecz dziewczyna milczała.
- Ale szkoda mi ciebie. Jesteś młoda i głupia, więc
jeszcze radzę ci po dobroci, cofnij swoje zeznanie.
- Nie cofnę - powiedziała z uporem - niech tam
będzie i kryminał.
<strona 276>
Komisarz zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć
waląc pięścią w stół:
- Ach, ty gadzino! Cofniesz! Ja ci powiadam, że
cofniesz! Jak pies odszczekasz!
Chodził wzburzony po pokoju. Wreszcie zatrzymał się
przed Mańką.
- No? Cofniesz?
- Nie - odpowiedziała krótko i przygryzła wargi.
- Walasek - rzekł do wchodzącego policjanta -
weźcie ją do ostatniego pokoju i wytłumaczcie, że
składanie fałszywych oskarżeń na dostojników
państwa nie kalkuluje się.
- Rozkaz, panie komisarzu.
Wziął dziewczynę za łokieć i wyprowadził na
korytarz.
Wlokła się długo, bardzo długo. Słońce już
wzeszło, coraz więcej ludzi było na ulicy. Zataczała
się i potykała. Przechodnie oglądali się za nią.
Jakaś starsza pani, mijając ją, powiedziała z
pogardą: - Tfy, bezwstydna pijaczka!
Mańka nic nie odpowiedziała.
<strona 277>
|