We wtorek Nikodem wraz z Krzepickim byli u mecenasa
Licuńskiego, specjalisty od spraw rozwodowych, a w
środę po raz ostatni u nadkomisarza Reicha, na ręce
którego złożyli sto tysięcy złotych.
We czwartek zaś z Dworca Głównego odchodziły dwa
pociągi w dwóch przeciwnych kierunkach. W jednym
siedział skulony, stary, trzęsący się na całym ciele
człowieczek. W drugim prezes Państwowego Banku
Zbożowego, wesoło żegnający się z gronem
przyjaciół odprowadzających go życzeniami i
powinszowaniami.
I staruszek nie był samotny. W drugim rogu przedziału
siedział krępy mężczyzna o czerwonej twarzy, z prawą
ręką ukrytą w kieszeni palta charakterystycznym
ruchem, który w danym wypadku był raczej wynikiem
profesjonalnego nałogu, nie zaś potrzeby.
Pociąg Warszawa-Berlin odszedł pierwszy. W niespełna
dziesięć minut po nim ruszył drugi na Białystok-Grodno.
Ze stopni wagonu zeskoczył ostatni Krzepicki, który w
urywanych zdaniach składał szefowi pośpieszną
relację z rozmowy, jaką przeprowadził z Kunickim przed
jego odjazdem w Urzędzie Śledczym. Ze sprawozdania tego
wynikało, że Kunicki nie robił żadnych trudności,
że jest zupełnie zrezygnowany i złamany, że udzielił
informacji i wyjaśnień, dotyczących interesów
Koborowa nowemu administratorowi, którym z woli
narzeczonego i plenipotenta właścicielki zostaje
Krzepicki.
Dyzma był zupełnie zadowolony.
Rozlokowawszy się w pustym przedziale, zaczął
rozmyślać o swojej nowej roli.
Niewątpliwie trzeba teraz zrzec się prezesury banku. Bo
i co mu po tym całym banku? Kolosalne dochody Koborowa,
wygodne i spokojne życie, brak konieczności trzymania
uwagi w nieustannym
<strona 244>
napięciu, by nie palnąć czegoś nieodpowiedniego
wszystko to przemawiało za porzuceniem banku.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, że sam nie
podołałby administrowaniu Koborowem.
Na szczęście miał pod ręką Krzepickiego, który
potrafi wszystko. Dyzma nie miał najmniejszej
wątpliwości, że w sprawach pieniężnych zbytnio ufać
sekretarzowi nie należy. Pocieszał się jednak myślą,
że Krzepicki nie zechce narażać się na stratę tak
korzystnego stanowiska.
Za oknami wagonu rozciągała się rozległa równina,
pokryta grubym śniegiem.
Przypomniał mu się Terkowski. Zacisnął szczęki.
Teraz już dobrze zdawał sobie sprawę z faktu, że
uwolnienie się od Terkowskiego zawdzięczał paniom z
Loży. Jakimi drogami działały, jakie wpływy były na
ich usługi - nie wiedział i wiedzieć nie chciał.
Bał się ich. Bał się teraz bardziej niż wówczas,
gdy drżał przed zażyłością tych bab z duchami.
Żywi są niebezpieczniejsi.
Toteż nie zaniechał postanowienia: jak najprędzej
wyjść z Loży. Oczywiście utrzymywać nadal możliwie
bliskie stosunki z tymi paniami, ale raczej wepchnąć na
swoje miejsce Waredę.
Śmiał się w duchu, przypominając sobie skupione miny
pani Koniecpolskiej i panny Stelli, gdy im ponuro
zakomunikował "wolę szatana". Już pułkownik
będzie się miał z pyszna!
Pociąg zanurzył się w korytarzu leśnym.
Zbliżał się już wieczór, mglisty wieczór zimowy,
gdy załomotały pod kołami zwrotnice Koborowa.
Na peronie stał jakiś urzędnik kolejowy i Nina.
Dojrzała Nikodema w oknie i jej twarz rozjaśniła się
uśmiechem.
Na powitanie wyciągnęła doń rękę, wskutek czego
musiał postawić walizkę na śniegu.
- Nareszcie, nareszcie...
Przeszli przez pusty budynek stacyjny i wsiedli do auta.
Motor rozbudził się na warkot starteru, koła
poślizgnęły się na śniegu i samochód ruszył.
- Powiedz, powiedz... czy on... czy on... od razu się
zgodził? W głosie jej drgał niepokój.
Dyzma roześmiał się.
<strona 245>
- Musiał.
- Jak to musiał? - przestraszyła się.
- Nineczko - odparł krótko -sama mówiłaś, że
miłość wszystko zwycięża.
Gdy mijali tartaki, rozbłysły właśnie latarnie. Kilku
ludzi, stojących przy drodze, zdjęło czapki.
- No i co... co on teraz będzie robił?
- A co to nas obchodzi - wzruszył ramionami Nikodem.
Zabrał wszystko, co było w bankach. Było prawie tyle,
co warte Koborowo. Z głodu nie umrze.
- Wyjechał za granicę? - Tak.
- A nie wróci?
- Mowy nie ma. Już ja ci ręczę. Zamyśliła się.
- Powiedziałeś, Niko, że musiał się zgodzić.
Czy... czy były jakieś powody natury...
- Nie masz większego zmartwienia, Nineczko? Rzecz
załatwiona i koniec. Co cię to teraz obchodzi?
- Jednak on był moim mężem... - A ja cię mówię,
że nawet nie był. Zdziwiła się:
- Jak to nie był?
Zaczął jej wyjaśniać, jak umiał, zawiłą procedurę
unieważniania małżeństw i powtarzać argumentację
adwokata.
- Za dwa miesiące, jak dobrze pójdzie, będziesz
znowu panną Ponimirski, a za trzy, jeżeli masz jeszcze
na to chęć, zostaniesz moją żoną.
Milczała. Zaniepokoiło to Dyzmę. A może teraz
rozmyśli się?... Może, poczuwszy wolność, nie zechce
wiązać się z nim.
- Czemu milczysz, kochana Mineczko? - zapytał
najsłodziej, jak potrafił.
- Ach, nic, nic - ocknęła się - myślałam o tej
historii. Ale nie trzeba o tym myśleć, prawda?...
Minęło... przeszło... Widocznie tak się stać
musiało...
Przytuliła się do niego.
<strona 246>
- Życie takie jest - powiedział z przekonaniem. -
Boję się życia. Życie jest groźne.
- Ja się go tam nie boję.
- O, wiem, bo ty jesteś silny, strasznie silny.
Wszystkie okna pałacu koborowskiego jarzyły się
światłem. Nina wyjaśniła, że ostatnio co wieczór
kazała robić taką iluminację, gdyż bała się
ciemności.
W hallu zebrała się cała służba.
Wprawdzie nie wiedzieli nic konkretnego, lecz z
urywkowych spostrzeżeń szofera, który bez pana
powrócił z Warszawy, wyciągali pewne wnioski, obecnie
potwierdzone niebywałym wypadkiem wyjazdu pani na
stację.
Czuli, że się coś święci. Nina nazwała to
intuicją, a Nikodem - nosem.
Na twarzy pokojówki, której kazał przygotować sobie
łóżko w sypialni Kunickiego, nie dojrzał ani cienia
zdziwienia.
Nina martwiła się, że znowu zostanie sama, gdy on
pojedzie do Warszawy.
- Jedź i ty, Nineczko. Zabiorę cię ze sobą.
- Ba - uśmiechnęła się - gdyby to było
możliwe. - A dlaczego nie? - zdziwił się.
- Nie wypada. Jak to? Nie rozumiesz, jaki wywołałoby
to skandal.
- Phi - wzruszył ramionami - wielkie rzeczy.
Przecie my się pobierzemy. Zresztą możesz mieszkać w
hotelu i będziemy widywali się codziennie.
Klasnęła w ręce.
- Mam, mam! Ciocia Przełęska! Zamieszkam u cioci
Przełęskiej!
- No widzisz.
- Ale nie chciałabym, żeby mój pobyt w Warszawie
przeciągnął się dłużej. Nie lubię miasta.
Najlepiej czuję się w Koborowie. Prawda, Niku, że my
będziemy mieszkali stale w Koborowie?
- Ma się wiedzieć. Dość mam tej Warszawy. Powyżej
uszu.
- Jakiś ty dobry. Chodź, zagram ci coś, co grywałam
zawsze, myśląc o tobie.
Przeszli do małego saloniku. Nina otworzyła pianino.
<strona 247>
- A ty nie grasz? - zapytała. - Tylko na
mandolinie. Roześmiała się.
- Chyba żartujesz? - Jak Boga kocham.
- To takie komiczne: grać na mandolinie. - Dlaczego?
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że to musi być
strasznie zabawne. Taki poważny prezes, mąż stanu i
raptem mandolina.
- Żałuję, że instrument zostawiłem w Warszawie.
Zagrałbym ci też jeden kawałek.
Pocałowała go w same usta, lecz gdy chciał ją
objąć, wywinęła się ze śmiechem i zaczęła grać.
- Ładne? - zapytała, zamykając wieko.
- Owszem. Nawet bardzo ładne. A słowa do tego jakie?
- Jak to słowa? - zdziwiła się. - Aha! Ty
myślałeś, że to z opery? Nie, to jest sonata, wiesz
czyja?
- Czyja?
- Czajkowskiego.
- Aha, ładny kawałek. A jak się nazywa? - C-moll.
- Ce mol? Śmiesznie. Dlaczego nie de mucha? Nina
rozbawiona zarzuciła mu ręce na szyję.
- Mój pan dziś jest nastrojony żartobliwie. E...
teraz już wiem: z tą mandoliną to też był żart.
Niedobry! Tak dworować ze swojej małej Nineczki.
Nineczka! Wiesz, że mnie nikt tak nie nazywał?... Ni-neczka...
Wiesz, że to może nie jest najładniej, ale mnie się
najbardziej podoba, no powiedz...
- Nineczka - powiedział Dyzma i pomyślał: "Co
ona chce, do choroby, od mojej mandoliny?"
- Tak lubię, najbardziej lubię. Mówisz to tak
twardo. Jest wtedy w twoim głosie taka chropowatość,
siła, nie: rozkaz jakby. Nie wiem, dlaczego, ale wydaje
mi się, że taki głos muszą mieć marynarze o
krtaniach przesyconych solą i jodem.
- Jodem? To marynarze tak często pędzlują sobie
gardła. Roześmiała się.
- Naprawdę jesteś dziś w doskonałym humorze. Wiesz,
ty masz prawdziwy talent mówienia dowcipów. Wygłaszasz
je zawsze
<strona 248>
z taką powagą, która potęguje ich siłę komiczną.
Nie masz pojęcia, jaka jestem szczęśliwa, gdy mogę
być przy tobie. Tak mi zaraz lekko, swobodnie, radośnie
i tak bezpiecznie. Od wielu, wielu dni twoja mała
Nineczka będzie po raz pierwszy spała słodko i
spokojnie, nie będą przeszkadzały smutne myśli...
Nikodem zmrużył oko.
- Ale za to będzie przeszkadzało co innego.
Spąsowiała i przytuliła się doń mocniej.
- Nie, nie - oponowała bez przekonania. - Nineczka
będzie spała słodko na górze, a Nik słodko na dole.
- Mowy nie ma. Teraz już mowy nie ma. Szkoda każde
następne słowo.
- Niku!...
- Fertig!... Załatwione, postanowione. Nie ma o czym
gadać. Jak tylko służba wyniesie się, moja Nineczka
zejdzie na dół.
- Nie zejdzie - przekomarzała się.
- To ja pójdę na górę.
- I zastanę drzwi zamknięte na klucz - śmiała
się, ocierając policzek o jego usta.
- Drzwi? Co mi tam drzwi! Wyłamię w trymiga.
- Och, ty mój najdroższy siłaczu! Daj uszko, coś ci
powiem. Zbliżyła usta do ucha Nikodema i wyszeptała:
- Nineczka przyjdzie do swego pana.
- Tak to rozumiem...
Było już po jedenastej, gdy rozstali się i Dyzma
poszedł do sypialni Kunickiego.
Po drodze zapalił światło w gabinecie i otworzył
pancerną kasę. Na półkach piętrzyły się stosy
banknotów. Wziął jedną paczkę i chwiał nią w
powietrzu, jakby chcąc zważyć jej ciężar.
- Moje... Wszystko moje. Forsa, kasa, pałac,
fabryki... Grube miliony.
Rozbierając się, starał się wyobrazić sobie, jak
będzie z tego olbrzymiego majątku korzystać.
Przede wszystkim postanowił zaraz jutro zrobić
lustrację majątku i wezwać oficjalistów na rodzaj
odprawy. Układał w myśli przemówienie, jakie do nich
wygłosi, gdy skrzypnęły drzwi. Przyszła Nina.
<strona 249>
Nikodemowi nie było sądzone spać tej nocy.
O siódmej służba rozpoczynała sprzątanie i Nina
musiała zdążyć przejść na górę, zanim lokaje
nadejdą ze służbowego skrzydła. Dyzma zapalił
papierosa i poprawił poduszki.
"Jeżeli tak zawsze będzie - pomyślał -
długo nie pociągnę". Chciał zasnąć, lecz nie
mógł.
- Trzeba wstawać - mruknął i zadzwonił.
Kazał przygotować kąpiel i zrobić zaraz jajecznicę z
dziesięciu jaj z szynką.
- Tylko żeby była tłusta!
Gdy już był ubrany i przeszedł do jadalni,
skonstatował, że stół nie jest nakryty, a jajecznicy
nie podano. Zwymyślał lokaja od bałwanów, a gdy ten
zaczął tłumaczyć się, że wystygłaby, ryknął:
- Milcz, durniu, nie wystygłaby, żebyś na porę
zrobił. Mogłeś uważać, że wychodzę z łazienki. Ja
was, hołotę, nauczę porządku! Dawaj jajecznicę i
każ osiodłać konia... Stój! Nie, każ zaprząc sanki.
- Słucham jaśnie pana.
Po śniadaniu siadł na małe eleganckie sanki,
zaprzężone w parę koni w lejc, i kazał jechać do
papierni. Zaraz w kantorze uderzył go widok urzędników
pijących herbatę.
- Co to, do cholery! - krzyknął. - Fabryka czy
knajpa? Urzędnicy zerwali się na równe nogi.
- Co to za moda! Czy wam za to płaci się, żebyście
tu żarli?! Woźny! Gdzie jest woźny?
- Jestem, proszę pana prezesa.
- Zabrać mi zaraz te szklanki, do ciężkiej cholery!
I więcej nigdy nie podawać. A panowie możecie żryć w
domu. Zrozumiano?
Przeszedł przez biuro i otworzył drzwi gabinetu
dyrektora. Gabinet był pusty.
- Gdzie dyrektor?
- Pan dyrektor przychodzi o dziewiątej - drżącym
głosem wyjaśnił jeden z urzędników.
- Co?... O dziewiątej? Darmozjady, psiakrew!
Wszedł do fabryki. Praca wrzała tu w pełni. Robotnicy
witali
<strona 250>
Dyzmę charakterystycznym skinięciem głowy, w którym
przejawia się cała nieufność, hardość i obawa,
jakie czuje robotnik wobec pracodawcy.
Młody inżynier przybiegł do Dyzmy i przywitał go z
szacunkiem.
- Jak tam - zapytał Nikodem - w porządku? -
Wszystko w porządku, proszę pana prezesa.
- Niech pan powie swemu dyrektorowi, żeby przychodził
do fabryki o godzinie siódmej. Zwierzchnik powinien
dawać przykład podwładnym.
Podał mu rękę i wyszedł.
Młyn, tartaki, stajnie, obory, gorzelnia - wszystko to
zajęło mu czas do południa. Przeszedł przez Koborowo
jak groźna burza, pozostawiając za sobą panikę,
Gdy podjeżdżał do pałacu, ujrzał w oknie Ninę.
Uśmiechnięta stała z podniesionymi rękoma i machała
nimi na powitanie. Była jeszcze w szlafroczku, lecz
zbiegła do hallu.
- Skądże mój pan wraca? - zapytała półgłosem,
gdyż w sąsiednim pokoju lokaj nakrywał stół.
- Byłem w gospodarstwie. Robiłem przegląd. - I
jakże?
- Za dużo próżniaków. Ja ich teraz wezmę do
galopu.
- Kochanie, ja nie chcę, żebyś ty zajmował się
gospodarstwem. Po naszym ślubie musisz wziąć
administratora. Pomyśl: to zabiera tyle czasu! Cały
dzień byłbyś poza domem. Ja nie chcę zostawać sama.
Zrobisz to, Niku?
- Już zrobiłem - roześmiał się. - Jak to?
- Zaangażowałem administratora. - Tak? To
znakomicie.
- No bo jak mamy jechać do Warszawy na kilka
miesięcy, to musi ktoś pilnować, bo całe Koborowo
rozkradliby.
- A kogo zaangażował mój pan?
- Niejaki Krzepicki, znasz go, zdaje się?
- Jak to? Zyzio? Zyzio Krzepicki, adiutant cioci
Przełęskiej? - Aha. Ten sam.
- Komiczny chłopak. Kiedyś mi nadskakiwał. Ale on
dawniej nie miał najlepszej opinii.
<strona 251>
- Prawdę powiedziawszy, ja nic złego o nim nie
słyszałem. Od założenia banku jest moim sekretarzem.
- I jesteś z niego zadowolony?
- Dlaczego nie? A ty nie chcesz, żeby on
administrował? - Cóż znowu! Mój drogi, ja tak
dalece nie interesuję się tymi sprawami i tak
gruntownie na nich się nie znam.
Zaczęli schodzić się oficjaliści i służący
zameldował o tym Dyzmie.
Gdy Nikodem wszedł do obszernej kancelarii, znajdującej
się tuż za gabinetem, kilkunastu panów,
rozmawiających półgłosem, wstało na jego powitanie.
Skinął im głową i usiadł przy biurku nie prosząc
ich siadać. - Zawołałem panów - zaczął
bębniąc palcami po suknie żeby podać do waszej
wiadomości, że właścicielka Koborowa, pani Nina
Kunicka, rozwodzi się z mężem i dlatego odebrała od
niego plenipotencję. Jedynym jej plenipotentem jestem
ja. A ja zapowiadam, że cackać się nie będę. Wiecie
pewno z gazet, że Bank Zbożowy jest jak lalka, bo ja,
ot tak, wszystko trzymam za pysk. Powtarzam, że cackać
się nie lubię.
Podniecał się własnymi słowami i mówił coraz
głośniej:
- Powiem krótko: robota to nie zabawa. U mnie musi
się tyrać, bo za próżniactwo forsy dawać nie
myślę! Zrozumiano?! Wylewać będę na zbity łeb
darmozjadów. A jeżeli, Boże broń, kogoś złapię na
jakiejś machlojce, jeżeli dowiem się, że kto z was
robi na lewo! No! To wsadzę do ciupy bez żadnego
pardonu! U mnie żartów nie ma! Zrozumiano?
Uderzył pięścią w stół.
Zdumieni oficjaliści stali w milczeniu.
- Przyjedzie tu pan Krzepicki, którego wziąłem na
administratora. Macie jego słuchać we wszystkim. Ale w
dzisiejszych czasach to i rodzonemu bratu nie można
wierzyć. Więc umyśliłem sobie tak: jakby który z
panów zauważył, że szykuje się jaki kant,
rozumiecie, to jeżeli mnie o tym doniesie, dostanie do
łapy pięć tysięcy złotych i jeszcze podwyżkę
pensji. Ja krzywdy nikomu nie zrobię, będę dla was jak
rodzony ojciec, ale nabić się w butelkę nie dam. To
wszystko. Możecie panowie iść do zajęcia.
<strona 252>
Jeden z obecnych, siwy, zgarbiony człowiek, kierownik
gorzelni, zrobił kilka kroków naprzód i odezwał się:
- Panie prezesie...
- No, co tam jeszcze?
- Z tego, co pan prezes mówił...
- A pan zrozumiałeś to, co mówiłem? - Tak jest,
ale...
- Wszystko pan zrozumiałeś? - Wszystko i dlatego
właśnie...
- To nie mamy o czym gadać. Ja tu zwołałem panów
nie na rozmówki. A komu się co nie podoba - wolna
droga. Na świeży luft! Nikogo nie trzymam za połę.
Tylko radzę zastanowić się! O posadę dziś nie tak
łatwo. A świadectwo to już dam takie, że no! A i
stosunki też mam! Już tam nie radziłbym nikomu w
Polsce być moim wrogiem! Do widzenia panom!
Wyszedł trzasnąwszy drzwiami.
Przez chwilę panowało zupełne milczenie.
- Ładna historia - odezwał się jeden z zebranych.
- Ależ to oburzające - zawołał kierownik gorzelni
- przecie on z nas chce szpiegów zrobić!
- I co za ton!
- Ja tam pójdę do dymisji.
- Przecie on nas potraktował jak sołdatów.
- A co za język! To skandal! Mówił do nas jakimś
żargonem, jakby uważał, że inteligentnego języka nie
zrozumiemy!
- Mówił jakby po to, żeby nas obrazić!
- Jedno tylko mamy wyjście: gremialnie podać się do
dymisji. - Byle tylko solidarnie!
Nie wszyscy wszakże podzielali ten pogląd. Młody,
niewiele ponad trzydziestkę liczący agronom, nazwiskiem
Taniewski, zaoponował:
- A ja z góry uprzedzam: na mnie, panowie, nie
liczcie. - Ani na mnie - dodał weterynarz.
Posypały się pytania pełne oburzenia. Taniewski
wzruszył ramionami.
- O co panom chodzi? Jeżeli o formę tej odprawy, to
ja to uważam za rzecz błahą. Prezes Dyzma jest za
wielkim człowiekiem, ma takie zasługi wobec kraju i
tyle państwowych spraw
<strona 253>
na głowie, że jeżeli nie robi z nami wersalu, nie ma
czemu się dziwić. Zresztą to nie zebranie towarzyskie,
a sprawy...
- Sprawy szpiegowskie! Wstyd panu, panie Taniewski,
miałem pana za mniej giętkiego w kwestiach etyki -
oburzył się główny buchalter.
- Przepraszam bardzo, ale on nikogo nie zmusza do
szpiegowania.
- Tak? A co znaczą te nagrody dla denuncjantów?
- Kto panu każe zgłaszać się po nagrodę? -
zirytował się Taniewski. - A poza tym, jak widzę,
że kto kradnie, to mój psi obowiązek jest podać to do
wiadomości okradanego. Nie? Może nie? Nie widzę w tym
nic zdrożnego, że pan prezes chce sobie, a raczej nie
sobie nawet, tylko swojej mandantce, zapewnić gwarancję
od nadużyć. Mądrze robi i tyle! Tylko bałwan daje
się okradać. Cóż myślicie, gdyby w banku u siebie
patrzył przez palce na złodziejstwa,. zasłynąłby na
cały świat? Potrafiłby tak w kilka miesięcy uzdrowić
nasze życie gospodarcze?... A że wymaga sumiennej i
pilnej pracy, to ma rację czy nie? Co?...
Przerwał i czekał opozycji. Jednakże wszyscy milczeli.
- Życie to nie siu bździu! A my, Polacy, to zaraz po-draż-nio-na
ambicja i hopaj siupaj, a później jazda na bruk i z
całej ambicji skamleć pod innymi drzwiami o pracę. Ja
tam za dużo tego widziałem, mnie na to nikt nie
nabierze. Zresztą, między nami mówiąc, nie widzę tu
miejsca na obrazę. Co tu gadać: on jest znakomity mąż
stanu, geniusz ekonomiczny, a my, za przeproszeniem
panów, drobne kiełbie, pętaki. Kto ma zielono w
głowie, niech sobie "wyciągnie konsekwencje",
a ja nic, tylko zostaję, ale powiadam, że prezes jest
morowy gość, wie, czego chce, a że w bawełnę nie
obwija, to stać go na to i koniec.
Zaległa cisza.
- Niewątpliwie ma pan rację - odezwał się jeden
głos. Przytwierdził mu drugi, trzeci, dziesiąty...
- No pewnie, że mam - dorzucił Taniewski, biorąc
futro z wieszaka.
Kierownik gorzelni rozłożył ręce.
- Ha, róbcie, panowie, jak chcecie. Ja jednak
podziękuję za służbę.
<strona 254>
Wszyscy zaczęli go namawiać, by dał spokój, że
jakoś się ułoży, że o posadę trudno. Staruszek
jednak tylko kiwał głową.
- Nie, panowie. Wiem, że trudno, ale ja tam nie
przyzwyczaiłem się do takiego systemu pracy. To nie dla
mnie. Wy może nawet macie słuszność, ale ja jestem za
stary, myślę kategoriami przedwojennymi. Nie potrafię.
Rozchodzili się z wolna. Za ostatnim zamknęły się
drzwi. Na nie malowanych deskach podłogi pozostały
liczne mokre ślady stóp, śnieg bowiem na dworze był
tego dnia niezwykle lepki.
<strona 255>
|