Dyzma nie lubił generała
Jarzynowskiego z powodu jego drwiącej miny,
oziębłości i głównie dlatego, że najbliższym
przyjacielem generała był Terkowski. Toteż pomimo
kilkakrotnych zaprosin wykręcał się od bywania u
państwa Jarzynowskich. Tego jednak dnia musiał wreszcie
pojechać do nich na wieczór, gdyż generał
oświadczył wręcz, że "nieobecność pana prezesa
będzie uważał za obrazę osobistą". Zresztą
Dyzma wiedział, że Terkowski siedzi w Żegiestowie i
że zatem nie spotka go na pewno.
Do unikania Terkowskiego właściwie nie miał istotnych
powodów. Osobiście nie czuł doń antypatii, jednakże
powszechna fama głosiła, iż są zaciętymi wrogami, a
głosiła tak uporczywie, że Nikodem sam w końcu w to
uwierzył, a dość miał sprytu, by spostrzec wyraźną
rezerwę Terkowskiego i usprawiedliwioną zresztą
niechęć jego do siebie. Na szczęście Dyzma zbyt
mocną miał pozycję, by potrzebował liczyć się z tym
faktem. Wolał jednak nie stykać się z Terkowskim i z
tego względu, że z napomknień pań
"pątniczek" domyślał się, iż gruby szef
gabinetu premiera ma jakiś związek z
"wtajemniczonymi", których po prostu się
obawiał.
Jarzynowscy mieszkali na Wilczej i Dyzma wybrał się
pieszo. Przyjęcie musiało być większe, gdyż przed
bramą stało kilkanaście samochodów. Przedpokój
literalnie zapchany był paltami, zaś z sąsiednich
pokojów buchał gwar śmiechów i rozmów.
Generałostwo powitali go z atencją i wprowadzili do
salonu właśnie w chwili, gdy zaległa cisza i jakaś
dama kwadratowej tuszy, z obnażonymi rękoma,
przypominającymi dwie ćwiartki cielęciny, zasiadała
do fortepianu. Z konieczności zatrzymał się przy
drzwiach i milczącymi skinieniami głowy odpowiadał na
ukłony znajomych, początkowo nie orientując się, komu
się kłania.
Pierwszą osobą, którą poznał w tłoku czarnych
fraków, był Terkowski.
<strona 233>
- Szlag by go trafił! - mruknął do siebie, podczas gdy
fortepian rozbrzmiał jakimiś mocnymi akordami.
Postanowił tak manewrować, by nie spotkać się z
Terkowskim, co przy tej liczbie gości było do
zrobienia, tym bardziej że i Terkowski nie będzie
szukał zetknięcia się z Dyzmą.
Jakież jednak było zdumienie pana Nikodema, gdy po paru
chwilach ujrzał grubasa zmierzającego wprost ku niemu.
Terkowski uścisnął mu rękę i, lekko wziąwszy pod
ramię, powiedział szeptem:
- Chodźmy na papierosa.
Wszystkie oczy zwróciły się na nich, gdy opuszczali
salon, niknąc za kotarą gabinetu generała.
Tam Terkowski wydobył z kieszeni ogromną złotą
papierośnicę i częstując Nikodema zaczął
kordialnie:
- Sto lat nie widziałem szanownego pana prezesa... Dyzma
milczał, zaskoczony i pełen nieufności.
- Jakże zdrowie? - ciągnął grubas. - Ja po sześciu
tygodniach odpoczynku świetnie się czuję. Nie uwierzy
pan prezes, ale ubyło mi siedem kilo. Niezła porcja,
co?
- Niczego sobie - odparł Dyzma.
- Nie ma to, prezesie, jak odpoczynek. Zmiana
środowiska, o! Nowi ludzi, nowe sprawy, nowy tryb
życia, nowe środowisko... - Pan był w Żegiestowie? -
zapytał Nikodem, żeby coś powiedzieć.
- Tak. Odświeżyłem się tam gruntownie.
Z salonu huczał fortepian, z sąsiedniego pokoju
dolatywały urywane słowa licytacji brydżowej.
Terkowski mówił swoim głuchym ciężkim głosem,
wydobywającym się gdzieś spod olbrzymiego białego
plastra gorsu. Jego małe rybie oczy pływały w
tłustych powiekach, a grube krótkie palce zdawały się
pieścić wielką bursztynową cygarniczkę.
"Czego ta cholera chce ode mnie" - łamał
sobie głowę Dyzma. - A wie pan prezes - nie zmieniając
tonu ciągnął Terkowski - że miałem przyjemność
poznać pańskiego starego znajomego, bardzo miły
człowiek, rejent Winder.
Umilkł nagle, a jego oczy badawczo zatrzymały się na
twarzy Nikodema.
<strona 234>
Ten naprawdę nie dosłyszał i zapytał: - Co pan mówi?
- Spotkałem pańskiego starego znajomego. Nikodem
zacisnął szczęki.
- Kogóż to?
- Pana Windera. Bardzo miły człowiek.
- Jak? Windera?... Nie przypominam sobie.
Całą siłą woli zapanował nad wrażeniem i zmusił
siebie, by spojrzeć Terkowskiemu wprost w oczy.
- Jak to? Nie przypomina sobie pan prezes rejenta
Windera?... - Rejenta?... Nie. Nie znam.
Terkowski roześmiał się z wyraźną ironią.
- A on dobrze pana prezesa pamięta. Jechaliśmy w jednym
przedziale i ten miły staruszek wiele mi o panu
opowiedział i o Łyskowie...
Dyzmie zakręciło się w głowie. Więc koniec?
Katastrofa? Zdemaskowano go? Aż do bólu zacisnął w
kieszeniach pięści. Przez myśl przebiegło mu, by po
prostu rzucić się na Terkowskiego, chwycić go za
szyję, za tłustą, przelewającą się fałdami przez
kołnierzyk szyję i dusić, aż ta obleśna twarz
zsinieje. Skurczył się w sobie. Wszystkie mięśnie
nabrzmiały mu tak, że aż uczuł ich drżenie.
- Przepraszam najmocniej - zabrzmiał nagle tuż przy nim
głos jakiejś pani, która w przejściu go potrąciła.
To go otrzeźwiło w jednej chwili.
- O jakim Łyskowie? Co pan opowiadasz?
- Wzruszył ramionami.
- Wszystko to jakaś bujda. Żadnego Windera nie znam.
Terkowski podniósł brwi i strzepnął flegmatycznie
popiół z papierosa.
- Ach, naturalnie - odparł spokojnie - może to jakaś
pomyłka.
- Pewno, że pomyłka - uspokajał się Nikodem.
- Ma się rozumieć. Tym bardziej się cieszę, że
wkrótce będziemy mogli ją wyjaśnić. W przyszłym
tygodniu przyjedzie do Warszawy rejent Winder.
Zaprosiłem go, bo to bardzo, bardzo miły człowiek.
Widocznie mówił o kimś, kto ma zaszczyt nosić
pańskie nazwisko, a może o jakimś pańskim krewnym...
Che, che, che!
Dyzma nie miał czasu odpowiedzieć. Koncert w salonie
skończył
<strona 235>
się i wśród ogłuszających oklasków do gabinetu
weszło kilkanaście osób, otaczając ich zwartym
kołem.
Resztę wieczoru spędził Nikodem jak na rozżarzonych
węglach, wreszcie około północy wymknął się
cichaczem.
Siekł ostry drobny deszcz. Nie zapinając palta, Dyzma
szedł wolno do domu. Tutaj, nie rozbierając się,
rzucił się na kanapę. Sprawa była jasna.
Jest teraz w rękach Terkowskiego. A Terkowski nie
daruje. Mściwa jucha. I sprawa z nim to nie z takim
Boczkiem... Wzdrygnął się.
Wstał, pozapalał wszystkie światła, zdjął palto,
kapelusz, frak i zaczął chodzić po pokoju. Pod
czaszką myśli kręciły się jak kołowrotek, aż
czoło pokryło się potem.
- Bo jeżeliby teraz sprzątnąć Windera... Dałoby się
może zrobić... To i co z tego?
Terkowski raz wpadłszy na ślad Łyskowa już nie da
się zbić z tropu. A jak Windera nie stanie, no! To od
razu będzie wiedział, czyja ręka... Nie tylko wyleją.
Jeszcze do kryminału wsadzą...
"Prosić?... O, nie, to by się na nic nie
zdało". Zbyt dobrze wiedział, co to jest
Terkowski.
Huczało mu w głowie. Całą noc spędził bezsennie.
Czuł się teraz przeraźliwie samotny i bezsilny.
Przecież nawet Krzepickiemu nie mógł się zwierzyć...
Co robić... co robić...
Śniadania nie jadł i kazał Ignacemu zadzwonić do
banku, że czuje się niezdrów i nie przyjdzie.
Jednakże już w pół godziny potem skombinował, że
jego nieobecność może dojść do wiadomości
Terkowskiego. Opanowała go złość. Zwymyślał bez
powodu Ignacego i poszedł do banku. Tu ostentacyjnie
zlustrował wszystkie biura, zajrzał do Wandryszewskiego
i zrobił mu awanturę o spóźnienie bilansu, chociaż
sam poprzedniego dnia zaakceptował trzy dni zwłoki.
Krzepickiemu burknął "dzień dobry" i
zamknął się na klucz w gabinecie.
Rozważał długo, czy też Terkowski mówił już komu o
swych informacjach i podejrzeniach, doszedł wszakże do
przekonania, że tak sprytny człowiek nie zechciałby
się dzielić z kimkolwiek posiadaną przewagą. Jak jej
użyje? Dyzma nie łudził się, że Terkowski zechce ze
skandalem "wywalić" i jego, i Jaszuńskiego, i
Pilchena...
<strona 236>
Było zatem jedyne wyjście: podać się zaraz do
dymisji, zebrać forsy, co się da, nie zapomnieć o
kasie koborowskiej, wziąć paszport zagraniczny i
wyjechać jeszcze przed przyjazdem rejenta Windera do
Warszawy. Oczywiście na małżeństwo z Niną krzyżyk.
Kunickiego trzeba wypuścić i pogodzić się z nim
jakoś... Żeby nie skarżył...
- Cholera!...
Odezwał się telefon. Krzepicki meldował, że przyszła
hrabina Koniecpolska i jeszcze jedna pani. Koniecznie
chcą się widzieć. - Powiedz pan, że jestem chory.
- Mówiłem - tłumaczył się Krzepicki - powiadają,
żeby zameldować pomimo to, bo pan prezes na pewno
przyjmie.
Ponury jak noc położył słuchawkę i otworzył drzwi.
- Proszę - odezwał się szorstko.
Z panią Koniecpolską była ta demoniczna panna Stella.
To wprawiło Dyzmę w jeszcze gorszy humor.
Zaczęły go troskliwie wypytywać o zdrowie i doradzać
różnych lekarzy. W końcu wyraziły przekonanie, że ta
niedyspozycja nie przeszkodzi Mistrzowi w odbyciu w
terminie misterium Loży. Termin właśnie przypada
jutro, a na nieszczęście mąż pani Koniecpolskiej
siedzi w majątku i misterium można urządzić tylko w
mieszkaniu Wielkiego Trzynastego.
To &127aż do reszty zirytowało Dyzmę.
- Niech mi panie dadzą święty spokój. Nie mam teraz
głowy do tego.
- Wyzdrowieje Mistrz do jutra - zawyrokowała
apodyktycznie panna Stella - a obowiązek Gwiazdy
Trzypromiennej musi być dokonany.
- Co tam wyzdrowieję, nie wyzdrowieję - szarpnął się
Dyzma. - Zdrów jestem, ale głowy nie mam do tego. Mam
ważniejsze sprawy na karku.
Zaległo milczenie. Nikodem podparł pięścią brodę i
odwrócił twarz do okna.
- Panie Miszcz - odezwała się cicho pani Koniecpolska -
pan mieć jakieś przykroszcz?
Nikodem zaśmiał się ironicznie.
- Przykrość, przykrość... cha, cha, przykrość...
Taki gałgan znajdzie się, co człowiekowi na łeb
włazi...
<strona 237>
- O, chyba pan, Mistrzu, każdemu potrafi dać radę - z
przekonaniem powiedziała panna Stella.
Nikodem spojrzał na nią uważnie.
- Nie każdemu. Jak kto pod ziemią ryje jak świnia,
oczernia, łże jak pies... Chce człowieka z błotem
zmieszać, wygryźć...
Oczy panny Stelli zwęziły się. - Któż to taki?
Dyzma machnął ręką i milczał.
- Powiedz, Mistrzu, kto jest przeciw tobie! - Co mam
gadać...
- Potrzeba powiedzieć - dźwięcznym głosikiem
zawołała pani Koniecpolska - potrzeba. Możem cosz
wymiślić, jakiego sposoba. - Zakon Gwiazdy
Trzypromiennej jest potężny - poważnie dodała panna
Stella.
Nikodem wciągnął szyję w podniesione ramiona i
nieoczekiwanie dla samego siebie powiedział:
- Terkowski.
Na twarzach obu pań odbiło się zdumienie. Dyzma
zaklął w duchu: po co tym babom powiedział? Idiota.
Panna Stella wstała i uroczyście zbliżyła się do
Dyzmy.
- Mistrzu! Masz prawo rozkazywać. Czy ten człowiek musi
zginąć?
Dyzma przestraszył się. Zwariowała baba.
- Mistrzu - ciągnęła panna Stella. - Czy ma być
usunięty raz na zawsze, czy tylko na pewien czas?
Rozkazuj.
Nikodem roześmiał się. Wydało mu się czymś
dziecinnie głupim, że ta przysadkowata małpa, z tym
całym poważnym, jak na kazaniu głosem, pyta się, co
zrobić z takim potentatem jak Terkowski. W tejże jednak
chwili przyszło mu na myśl, że zaledwie kilka dni go
dzieli od przyjazdu Windera. A wówczas szlus. Skończone
wszystko. Jak się Terkowski zwącha z Winderem... Chyba
żeby Terkowskiego wówczas w Warszawie nie było.
- Niech pani wyprawi Terkowskiego do Afryki na drzewo czy
do innej ciężkiej cholery! - rzucił z gorzkim
szyderstwem.
- Kiedy? - twardo zapytała panna Stella.
- A choćby i dziś, cha, cha, cha... Z pani to wesoła
kobita! No, ale nie zawracajmy sobie głowy bajkami.
Więc co z tym misterium?
<strona 238>
Panie kategorycznie zażądały dotrzymania terminu.
Wobec strachu przed jakimś bliżej nie określonym
nieszczęściem, jakim miało grozić niewypełnienie
obrzędów, Dyzma skapitulował i zgodził się drugie
zebranie Loży Gwiazdy Trzypromiennej urządzić u
siebie.
Wieczorem dla "zalania robaka" pojechał z
Waredą do "Oazy", a wróciwszy do domu
zasnął snem kamiennym.
Od rana zaczęło się od tego, że panna Stella z panią
Lalą Koniecpolską przewróciły do góry nogami całe
mieszkanie, które Nikodem musiał im oddać na łup.
Poczciwy Ignacy otrzymał trzydniowy urlop, gdyż Dyzma
pragnął jak najściślej zakonspirować
misterium". Z tego powodu cała ciężka robota, jak
przesuwanie mebli, rozkładanie dywanów itp., spadła na
niego samego.
Po części był z tego zadowolony, gdyż mniej miał
czasu do myślenia o Terkowskim i o groźbie przyjazdu
Windera. Panie nie wspominały o Terkowskim. Widocznie
zapomniały. "To i lepiej - myślał - wczoraj
niepotrzebnie wysypałem się przed nimi". Z furią
przesuwał meble i dźwigał dywany.
Toteż wieczorem był już tak zmachany, że chętnie
zamknąłby się w swojej sypialni na cztery spusty.
Niestety, sypialnia została wybrana, jak i trzy inne
pokoje z łazienką, na garderobę dla pątniczek.
O jedenastej powstała straszna awantura, okazało się
bowiem, że jedna z pań przybyć nie może, gdyż w
ostatniej chwili powrócił jej mąż. Ponieważ zaś
przepisy stanowczo wymagały obecności dwunastu
pątniczek, wszystkie panie były zrozpaczone.
Nikodem natychmiast zaproponował odłożenie misterium
na dalszy tydzień, lecz panna Stella z oburzeniem
oświadczyła, że byłoby to już pogwałceniem kanonów
i że nigdy nie pójdzie drogą najsłabszego oporu.
Trzeba jakoś temu zaradzić. Z niespodziewanym sukursem
przyszła jedna z pań, baronowa Wehlbergowa. Zna jedną
dziewczynę, którą bez obawy o zdradę można po prostu
wynająć na tę noc. Jest to miła i młoda dziewczyna,
"girl" w jednym z kabaretów. Baronowa zna ją
dobrze, gdyż przed zamążpójściem sama śpiewała w
tym kabarecie i wie, że owej małej Władzi można
powierzyć niejedną tajemnicę.
Nie było innego wyjścia, zgodzono się więc na małą
Władzię, którą też natychmiast wytelefonowano.
Początkowo odmówiła ze
<strona 239>
względu na zły humor swego przyjaciela, z którym
umówiła się na dansing, jednakże dała się
przekonać przy pomocy wymownego argumentu pod postacią
stuzłotówki.
Dzięki temu misterium mogło się rozpocząć
punktualnie o północy z zachowaniem całego rytuału.
O pierwszej, podczas wywoływania szatana, był mały
incydent z Władzią. Już półprzytomna, rozpłakała
się i krzyczała, że chce wyjść. Ledwie zdołano ją
przekonać. Po wypiciu wina z peyotlem uspokoiła się
zupełnie.
O drugiej salon prezesa Nikodema Dyzmy niczym nie
przypominał już salonu jakiegokolwiek, a zwłaszcza
salonu któregoś z prezesów.
Podobny był raczej trochę do wędzarni, nieco do
łaźni rzymskiej i najwięcej do domu, o którym nikt
nie mógłby powiedzieć, że jest za bardzo prywatny.
Późny świt grudniowy zaglądał już przez szpary
zasłon okiennych, gdy towarzystwo rozeszło się do
swoich pokojów. Na placu pozostał jedynie Wielki
Trzynasty. Siedział oparty o ścianę i chrapał tak,
że aż szyby się trzęsły.
Było dobrze po południu, gdy obudził się. Był
piekielnie wyczerpany, w głowie huczał mu młyn.
Ubrał się i zajrzał do swojej sypialni. Panie
pątniczki zaczęły budzić się. W łazience był
tłok. Jedna po drugiej żegnała się z Nikodemem i
wychodziły, ledwie trzymając się na nogach.
Wreszcie został sam. Pootwierał okna i ociężałymi
ruchami zabrał się do przyprowadzania mieszkania do
jakiego takiego porządku.
Właśnie przesuwał pianino, gdy w przedpokoju rozległ
się dzwonek.
Przyszedł Krzepicki.
- Oho, panie Nikodemie! - zawołał ze śmiechem. -
Musiała być grubsza bibka.
Od czasu aresztowania Kunickiego zażyłość z
pryncypałem tak wzrosła, że nie tytułował go już
panem prezesem.
- Niech ich cholera weźmie - zaklął ponuro Dyzma.
- Ależ pan wygląda - podziwiał Krzepicki - nie
wiedziałem, że pan lubi takie zabawki.
<strona 240>
- Diabła tam lubi!
- Ach, więc to przez umartwienie?
- Niech pana szlag trafi - zirytował się Dyzma -
pomógłbyś pan lepiej.
- Ale po co pan to sam robi? Gdzież Ignacy!
Dyzma sapał i nic nie odpowiedział. Wreszcie zaklął i
rzucił się na kanapę.
Krzepicki zapalił papierosa. - Wracam od Reicha.
- No?
- Kunik wreszcie zmiękł. Noc w ciemnej i nie opalonej
celi pomogła. Żądał tylko widzenia się z żoną i
upierał się przy tym. Ustąpił dopiero wówczas, gdy
Reich przeczytał mu i pokazał ten list pani Niny,
który ostatnio pan otrzymał. Zgadza się na sto
tysięcy, ale pod warunkiem wydania mu kompromitujących
dokumentów.
- No i co?
- Oczywiście Reich jest za mądry, żeby na to poszedł.
Jedno mu obiecał, że dokumenty zatrzyma u siebie, nie w
aktach Urzędu Śledczego.
- Zgodził się w końcu?
- Powiedział, że prosi o jeszcze jeden dzień namysłu.
Niech się pan nie obawia. Musi zgodzić się.
Wstał, strzepnął popiół i dodał:
- A swoją drogą powinien pan donieść pani Ninie, że
jej mąż zostanie zwolniony i z własnej woli jedzie za
granicę... Hm... Może pan nawet napisać, że zabiera
połowę swego majątku w gotówce i w papierach
wartościowych. To uspokoi jej, że tak powiem,
ciekawość.
- Tak - zauważył po namyśle Dyzma - trochę pucu nie
zaszkodzi. Tylko ja myślę, że lepiej nie pisać. Taki
list może komu wpaść w ręce albo co...
Nagle Nikodem przypomniał Terkowskiego i wzdrygnął
się. Nie, nie... Postanowił za wszelką cenę o tym nie
myśleć. Ot, będzie, co będzie. Byle nie myśleć o
tym... Byle nie teraz. Koborowo... Jechać... Wszystkie
członki odmawiały mu posłuszeństwa. Skrzywił się i
dopowiedział:
<strona 241>
- Aby nie dziś.
Istotnie Dyzma był doszczętnie wyczerpany. Cały dzień
przeleżał bezczynnie na kanapie. Nie podnosił się
nawet do telefonu, który dzwonił kilkakrotnie.
Myśli jego koncentrowały się na tym, jak w bezpieczny
sposób wycofać się z Loży Gwiazdy Trzypromiennej.
Druga z tych nocnych orgii, które go przerażały i
doprowadzały do śmiertelnego zmęczenia, zdecydowanie
wpłynęła na jego ustosunkowanie się do zaszczytnej
roli Wielkiego Trzynastego.
Rozumując zresztą logicznie, doszedł do przekonania,
że i tak dzięki Loży nawiązał bardzo bliskie
znajomości z paniami z najwyższego towarzystwa, że
otwarte są dla niego ich domy i gdyby udało mu się
teraz jakoś z Zakonu wykręcić, w niczym by to nie
zmniejszyło zdobytych stosunków.
Ale jak wykręcić się? Najprościej byłoby poradzić
się Krzepickiego, który na wszystko ma gotowe sposoby.
Jednakże nie mógł tego zrobić. W pamięci zbyt mocno
tkwiła groźba śmierci za zdradę tajemnic Loży.
Po długich rozmyślaniach wpadł na pomysł: "Czy
nie najlepiej powiedzieć tym zwariowanym babom, że
dzisiejszej nocy diabeł zabronił mi być tym całym
"trzynastym"?... Nie podobam mu się więcej i
zapowiedział, że więcej nie zjawi się, jeżeli będę
ja..."
Postanowił zaraz nazajutrz pójść do hrabiny
Koniecpolskiej i tak sprawę postawić.
Niech sobie zamęczają kogo innego. Roześmiał się.
Przyszedł mu na myśl Wareda.
"Wpakuję Waredę! Powiem, że diabeł gwałtem
chciał Waredy". Ignacy podał kolację i
przyniósł wieczorne dzienniki. Dyzma odsunął je
niechętnie i zabrał się do jedzenia, gdy zadzwonił
telefon.
Telefonował Wareda. Po krótkich powitaniach zapytał: -
No, czytałeś?
- Niby co? - bąknął Dyzma.
- Jak to co? Greka udajesz? Nie wiesz niby? - Ale
gadajże!
- No o wyjeździe Terkowskiego. Dyzma zachwiał się na
nogach.
<strona 242>
- Że... że... co?
- No, że dziś wieczór wyjeżdża do Pekinu jako poseł
na nową placówkę. Nie czytałeś wieczornej prasy?
Mówił coś jeszcze, ale &127Nikodem nie słyszał.
Rzucił słuchawkę na widełki i pobiegł do jadalni.
Szybko rozłożył dzienniki.
Istotnie wszystkie donosiły, że w związku z nowym
ukonstytuowaniem się władzy w Chinach dotychczasowy
szef gabinetu premiera, podsekretarz stanu Jan Terkowski,
został mianowany posłem i ministrem pełnomocnym przy
rządzie chińskim i dziś odjeżdża do Pekinu.
Dyzma podniósł oczy znad gazety. Serce waliło mu w
piersi jak bęben.
Zerwał się z miejsca i zaczął krzyczeć: - Ura! Ura!
Ura!
Przybiegł zdumiony Ignacy i zatrzymał się w progu. -
Czy pan prezes wołał?
- Ignacy! Dawaj wódki! Musimy ten interes oblać!
Służący wydobył karafkę i kieliszki i nalał jeden.
- Nalewaj drugi! - krzyknął Dyzma - no, na pohybel
sukinsynom!
Wypili. Jeden, drugi, trzeci, czwarty... Nikodem usiadł.
- Wiesz co, Ignacy?
- Słucham pana prezesa.
- Uważaj: kto mnie w drogę włazi, mnie, Nikodemowi
Dyzmie, tego zawsze diabli wezmą. Rozumiesz?
Wychylił kieliszek i mimo woli spojrzał w czarną
czeluść drzwi do gabinetu: z ciemności patrzyły nań
fosforyzujące okrągłe oczy. Splunął i przeżegnał
się.
- Pijmy, Ignacy!
Było grubo po północy, gdy kładąc się do łóżka
powiedział służącemu:
- Uważasz, Ignacy, baby to mogą świat do góry nogami
przewrócić, bo trzymają z diabłami...
- I pewno - potwierdził Ignacy.
<strona 243>
|