Krzepicki obejrzał plenipotencję i, zwracając ją
Dyzmie, rzekł: - W absolutnym porządku.
- A dowiedział się pan, kto w ministerstwie będzie
ten "gips" załatwiał?
- Owszem. Niejaki Czerpak, naczelnik wydziału.
- Jak? Czerpak? Śmiesznie się nazywa. Ale nie o to
się rozchodzi. Grunt, co to za gość?
- Nie znam go, ale podobno można z nim gadać.
Zresztą minister Pilchen przez sam fakt osobistego
przekazania sprawy temu Czerpakowi ułatwi nam sytuację
znakomicie.
O jedenastej zjawił się Kunicki. Zaczął od pogody i
opowiadania o swojej wczorajszej bytności w teatrze,
lecz w oczach miał niepokój. Czy też Dyzma zrobił
coś dla niego, czy nie?
Wreszcie zapytał ostrożnie. Nikodem kiwnął głową.
- Owszem, byłem wczoraj u ministra...
- Królu złoty! No i co?
- Ciężko było, ale wreszcie obiecał zająć się
tym...
- Dzięki Bogu! Kochany panie Nikodemie, pan mi z nieba
spadł.
- Staram się, jak mogę.
Wytłumaczył Kunickiemu, że sprawa przeciągnie się
kilka dni, może i tydzień, że wymagać będzie szeregu
konferencji i rozmów, że na razie, póki rzecz w
zasadzie nie jest zdecydowana, Kunicki może się nie
pokazywać w ministerstwie, lecz gdy przyjdzie do
finalizowania umowy, będzie musiał osobiście omawiać
szczegóły.
- Świetnie, świetnie! - cieszył się Kunicki. -
Ale, panie Nikodemie, może jakie koszty?... Służę
natychmiast.
Wydobył pugilares, czekając na odpowiedź. Nikodem
pokiwał się w fotelu.
- Chyba - powiedział z namysłem - chyba jakie
pięć tysięcy wystarczy...
<strona 214>
- E... niech będzie sześć! Odbijemy to sobie i tak z
ładnym procentem, che, che, che. Jeśli się chce szybko
jechać, trzeba osie dobrze smarować! Nie żałować
smaru! To, panie Nikodemie, najlepsza zasada we
wszystkich interesach. Nie bać się wydatków, jeżeli
się chce mieć dochody.
Odliczył dwanaście nowiuteńkich banknotów, które
Dyzma niedbałym ruchem zgarnął do kieszeni. Oswoił
się już do tego stopnia z grubszymi kwotami, że nie
sprawiały na nim tak wstrząsającego wrażenia, jak na
początku nowego okresu jego życia.
Tym razem pojechał z Kunickim na śniadanie, podczas
którego wysłuchał całego wykładu o dostawach w
ogóle, a o dostawie progów kolejowych w
szczególności.
O trzeciej Dyzma poszedł do ministerstwa. Pilchen był
już w palcie i w kapeluszu, lecz na widok Dyzmy
natychmiast wyraził gotowość pozostania.
Był już w kursie sprawy i oświadczył, że zasadniczo
zgadza się. Kwestię kontyngentu i warunków
"kochany prezesiunio" musi omówić już z
naczelnikiem Czerpakiem, kiedy mu się spodoba.
- Naturalnie - dodał - że załatwimy tę
transakcję tylko z tego powodziku, że mamy pełniutkie
zaufanie do drogiego prezesiunia i jestem pewniutki, że
jego czcigodneńka osóbka daje gwarancyjkę, iż
wszyściusieńko będzie w porządeczku.
- Murowane - zapewnił Dyzma.
Tego wieczora miał przyjęcie u hrabiny Czarskiej, wdowy
po Maurycym, ordynacie kaszowickim, który pozostawił po
sobie nieduży majątek i nieznaczny dorobek literacki
pod postacią czternastu powieści, wydanych nakładem
autora, i sześciu nigdzie, niestety, nie granych
dramatów historycznych.
Pani Czarska z tej racji uważała za swój święty
obowiązek otaczać się literatami i nie było w
Warszawie żadnego głośniejszego nazwiska literackiego,
które by jednocześnie nie figurowało na liście gości
jej salonu.
Większość ich bywała tam nawet często, przychodząc
z pustymi żołądkami, a wychodząc z dobrze
naładowanymi i niosąc pod pachą przynajmniej dwa tomy
dzieł nieboszczyka hrabiego Maurycego, by na następnej
kolacji w alei Szucha móc podnieść wysoką wartość
talentu zmarłego kolegi i wyrazić szczere oburzenie z
powodu zapoznania tak świetnego pisarza.
<strona 215>
Jedynymi dwiema osobami w tym salonie, które
demonstracyjnie ziewały podczas głośnego czytania
sześciu dramatów historycznych, były panny Iwona i
Marietta, siostrzenice pani domu.
Dla nich bywało tu poza literatami sporo młodzieży z
arystokracji.
Gdy Nikodem przestąpił próg salonu, od razu poznał
szereg osób, spotykanych czy to u pani Przełęskiej,
czy u księstwa Roztockich, a co go bardzo speszyło,
ujrzał też niemal wszystkie panie z owej diabelskiej
nocy.
Jedyną pociechą w tym względzie był brak panny
Stelli, której wręcz bał się.
Powitano go z radością, lecz i z szacunkiem.
Zwłaszcza panie z Loży Gwiazdy Trzypromiennej z panią
I.alą Koniecpolską na czele witały się z nim w ten
sposób, że uczuł się jeszcze bardziej zdetonowany.
Było w ich wzroku coś, co zbyt jaskrawo przypominało
mu ową piekielną noc. Oczyma szukały jego oczu,
zachowując w ruchach jakąś dziwną powściągliwą
rozwiązłość.
Nikodem chętnie uciekłby stąd, gdyby nie
przeświadczenie, że dzięki bytności u hrabiny
Czarskiej rozszerzy swoje stosunki towarzyskie i znajdzie
kilka nowych znajomości, które mogą pomóc mu w
przyszłości.
Pani Czarska od początku zaatakowała Dyzmę całym
pęczkiem pytań, dotyczących wiekopomnych dzieł śp.
jej męża.
Nikodem, jak mógł, wywijał się, twierdząc, że
zarówno "Kwiaty uczuć", jak i "Śpiew
słowika" czytał wielokrotnie.
Na szczęście przybyły mu na pomoc panny Czarskie i
pani Lala Koniecpolska, wobec czego zwolniony został z
wysłuchania cytat wiekopomnych dzieł śp. Maurycego
Czarskiego.
Natomiast panna Marietta zaproponowała Dyzmie
zaznajomienie się z podobno niezwykle ciekawym pisarzem
Zenonem Liczkowskim. Liczkowski z miejsca zagadał
Nikodema projektem wciągnięcia Nikodema w akcję
popierania przygotowań do stworzenia Akademii
Literackiej.
- Nie wątpię, panie prezesie, że pan całkowicie
uznaje potrzebę powstania instytucji, która by
nareszcie przystąpiła do racjonalizacji literatury pod
hasłem selekcji nazwisk i udostępnienia wybranym
możności studiów rozpoznawczych.
<strona 216>
- Owszem - powiedział Nikodem, nie wiedząc, o co
chodzi, lecz zdając sobie sprawę z tego, że należy
przyznać słuszność Liczkowskiemu.
Chudy jegomość w rogowych okularach bezceremonialnie
wziął Dyzmę za guzik i z niezwykłą swadą zaczął
mu klarować zasady organizacji Akademii Literackiej,
przy czym wyraził przekonanie, że pan prezes, w
zrozumieniu idei tworzenia osi piśmiennictwa polskiego,
zechce poprzeć projekt nie tylko u ministra oświaty,
lecz i u prezydenta Rzeczypospolitej. Do towarzystwa
przyłączyło się jeszcze kilku panów, którzy, nie
szczędząc elokwencji, namawiali Nikodema do poparcia
całej akcji.
Dyzma przyrzekł, że zrobi wszystko, co leży w jego
mocy, by poprzeć program Literatów spod znaku
Liczkowskiego.
Pani Czarska, nieustannie flanująca wśród gości,
znalazła dość czasu, by przypiłować Nikodema na
dwieście złotych dla jakiejś dobroczynnej instytucji.
Toteż gdy Nikodem znalazł możność wyrwania się z
rozmowy z paru mocno starzejącymi się paniami,
natychmiast skorzystał z okazji i ulotnił się bez
śladu.
W domu znalazł nowy list Niny, w którym poza zwykłymi
wyznaniami uczuć był długi ustęp, domagający się
jego przyjazdu do Koborowa.
Nikodem zadzwonił do Krzepickiego i długo z nim
rozmawiał o całej sprawie.
Obaj byli zadowoleni z dotychczasowego jej przebiegu.
Krzepicki prosił Dyzmę, by ten postarał się wzbudzić
w Kunickim jak największe zaufanie.
- Musi wierzyć panu, panie prezesie, inaczej wszystko
diabli wezmą.
- Niechby mi nie wierzył... - Nikodem wzruszył
ramionami. - Byle tylko pani Nina w ostatniej chwili
nie popsuła wszystkiego.
- Nie bój się pan, damy sobie radę.
Około pierwszej zjawił się Kunicki. Był w doskonałym
humorze i pełen najlepszych myśli.
Gdy Dyzma zakomunikował mu oświadczenie ministra i
zapowiedź rychłej realizacji dostawy, Kunicki rzucił
się mu w objęcia i zaczął go zapewniać, że tak
kochanego człowieka, jak najdroższy
<strona 217>
pan Nikodem, czcigodny prezes, nie znajdzie się na
całej kuli ziemskiej.
Zbliżała się czwarta, gdy Nikodem zatelefonował do
naczelnika Czerpaka i umówił się z nim na kolację.
Krzepicki tego dnia nie towarzyszył swemu szefowi.
Czerpak był to czterdziestoletni ruchliwy jegomość,
nie posiadający żadnych innych aspiracji prócz chęci
porzucenia swojej posady i zajęcia się jakimś
zyskowniejszym przedsiębiorstwem. Nikodem od razu to
wyczuł.
Toteż bez dłuższych ceregieli zaproponował Czerpakowi
stanowisko kierownika tartaków koborowskich.
Teraz dopiero zrozumiał, że dzięki uprzejmości
ministra Pilchena może najbardziej silne zastrzeżenia,
wynikające z dawnego procesu, usunąć z widowni.
Naczelnik widocznie nie znał sytuacji, z której by nie
potrafił wybrnąć za odpowiednią rekompensatą.
Czerpak, nie wnikając w powody intencji prezesa Dyzmy,
przyrzekł stosować się ściśle do jego instrukcji, a
były one proste.
- Panie Czerpak, za dwa dni wezwie pan do siebie pana
Kunickiego.
- Rozkaz.
- Zacznie pan z nim maglować całą sprawę punkt po
punkcie, ale tak, żeby ten wiedział, że dostawę
otrzyma, tylko trzeba załatwić dużo formalności.
- Rozumiem, panie prezesie, już go wypiłuję.
- Po trzech dniach gadaniny powie mu pan, że w piątek
rano będzie przyjęty przez ministra Pilchena, który
musi osobiście wypytać go o różne rzeczy, gdyż
nazajutrz wyjeżdża wieczorem na miesiąc za granicę.
Kapujesz pan?
- Tak jest, panie prezesie.
- Dobrze. To mu pan powiesz w czwartek rano. Pamiętaj
pan: w czwartek rano! O godzinie, hm... jedenastej i
pożegnasz się pan z nim, a o pierwszej zadzwonisz pan
do mnie do banku. Będzie tam u mnie Kunicki. Otóż
poprosisz go pan do telefonu i powiesz, że wynikła
wielka przeszkoda, że minister dowiedział się o
jakimś procesie Kunickiego i powiada, że z wszystkiego
będą nici, jeżeli Kunicki nie przedstawi natychmiast
dokumentów w tej sprawie. - A była taka?
<strona 218>
- Była. Na to Kunicki powie panu, że ma takie
dokumenty, ale w Koborowie, i że zaraz jedzie, a jutro
jeszcze przed odjazdem ministra przywiezie je. Tak na
pewno powie. No to pan powiesz, że to niemożliwe, bo
minister stanowczo chce omówić z nim handlową stronę
kwestii osobiście, i to rano. Rozumiesz pan?
- Tak jest, panie prezesie.
- Trzeba tak zrobić, żeby Kunicki musiał kogoś
posłać po te dokumenty, a żeby sam nie mógł ruszyć
się z Warszawy. Już to pan, panie Czerpak, potrafisz.
- Dla pana prezesa, che, che, che, wszystko potrafię.
- Nie pożałujesz pan tego - rzekł Dyzma wstając.
Dwa dni upłynęły Dyzmie w gorączkowym nastroju. Nie
kończące się rozmowy z sekretarzem, który z
zadziwiającą skrupulatnością opracował plan w
najmniejszych drobiazgach, później częste widywanie
się z pogodnym jak majowy ranek Kunickim, długa wizyta
u pani Przełęskiej, jeszcze dłuższa u jej znajomego
komisarza Urzędu Śledczego, telefony, listy,
konferencje, nie licząc częstego porozumiewania się z
Czerpakiem.
Nikodem w duchu pełen był podziwu dla sprytu
Krzepickiego. Dobrze się czuł w jego towarzystwie i
wiedział, że i Krzepickiemu jest z nim dobrze.
Stopniowo, systematycznie dojrzewał plan. Oczka sieci
zaciskały się wciąż, chociaż dla Kunickiego
niepostrzeżenie. Po każdej rozmowie z Czerpakiem
zjawiał się on w banku i zdawał Dyzmie obszerne
sprawozdanie, nie kryjąc radości i uwielbienia dla
życzliwych dlań uczuć kochanego pana Nikodema. Ten
zresztą kadził mu nie mniej i zapewniał o swojej
przyjaźni.
Tak nadszedł decydujący czwartek.
W gabinecie prezesa Banku Zbożowego punktualnie o
godzinie pierwszej zadzwonił telefon.
- Psiakrew! - z dobrze udaną irytacją zawołał
Nikodem. Pozwoli pan, panie Kunicki, że dowiem się, kto
tam czego chce. - Ależ proszę, proszę, kochany panie
Nikodemie - podskoczył Kunicki.
- Słucham!... - Co?... Kogo?
<strona 219>
- A, dzień dobry panu, owszem, wypadkiem udało się
panu. Pan Kunicki jest właśnie u mnie.
Podał słuchawkę Kunickiemu.
- To naczelnik Czerpak. Szukał pana po całym
mieście. Kunicki chwycił słuchawkę.
- Halo!... Moje uszanowanie panu naczelnikowi, moje
uszanowanie. Czym mogę służyć panu naczelnikowi?
Dyzma wstał i podszedł do okna. Słuchał. Był tak
podniecony, że literalnie wpił się palcami w parapet.
Słuchał.
Stopniowo zaczął się uspokajać. Rozmowa potwierdziła
jego nadzieje.
Głos Kunickiego z wolna przeszedł w dźwięk niepokoju,
przerażenia i zajęczał prośbą, później, gdy
odkładał już słuchawkę, zawołał z nie ukrywaną
rozpaczą:
- Cóż ja pocznę! Cóż ja pocznę!
- Bo co się stało? - zapytał Dyzma ze
współczuciem.
Kunicki rzucił się na krzesło i otarł pot z czoła.
Szepleniąc jeszcze bardziej niż zwykle zaczął
opowiadać Nikodemowi, że żądają koniecznie
dokumentów z procesu, że musi je dostarczyć
najpóźniej do jutra do ósmej wieczór, a że ruszyć
się nie może, bo ma audiencję u ministra o jedenastej
rano, a minister przecie wieczornym pociągiem wyjeżdża
na cały miesiąc.
- Ratuj pan, kochany panie Nikodemie, radź, co
zrobić? Co począć?
- Hm... prosta rada: depeszuj pan do Koborowa, by panu
te dokumenty wysłali.
- Ba! - zawołał Kunicki - żeby to było
możliwe! Dokumenty są w kasie ogniotrwałej, a klucze
przecie mam ze sobą.
- No, to trzeba zaraz kogoś posłać. Ma pan przecie
swój samochód. Może szofera?
- Szofera?! Królu złoty! Jakże ja mogę szoferowi
dać klucze od kasy?! Tam są pieniądze i papiery, i
biżuteria, i najróżniejsze dokumenty olbrzymiego
znaczenia... Boże, Boże, co począć, co począć?!...
Dyzma zamyślił się.
- No dobrze, a nie ma pan w Warszawie nikogo zaufanego?
- Nikogo, nikogo, ani żywej duszy!
- No, to na dostawy trzeba pogwizdać.
<strona 220>
- Panie, ależ to miliony, to miliony! - oburzył
się Kunicki. Marzyłem o tym od lat! I teraz nagle...
ach, ja idiota, czemuż nie zabrałem!...
- Czego?
- No, tej zielonej teczki, którą pokazywałem panu...
Pamięta pan?..
Wtem Kunicki uderzył się w czoło. Chciał coś
powiedzieć, lecz przygryzł wargi.
- Owszem, pamiętam. Zielona teczka - rzekł
spokojnie Dyzma.
- Byłby jeden sposób - odezwał się po pauzie
Kunicki tonem wahania - byłoby jedno wyjście...
ale...
Dyzma spuścił oczy, by Kunicki nie mógł w nich
dojrzeć wyrazu oczekiwania.
- Jaki sposób?
- Hm... Nie śmiałbym nawet prosić... Ale sam pan
wie, jakie to ważne dla mnie... Dla mnie i dla pana
też...
- Pewno. Miliony &127;pieszo nie chodzą.
- Drogi panie Nikodemie - wybuchnął Kunicki - pan
jest jedynym człowiekiem, który może uratować całą
sprawę.
- Ja? - nieszczerze zdziwił się Dyzma.
- Pan, pan, bo tylko panu jednemu mogę zaufać. Panie
Nikodemie kochany, królu złoty, niechże mi pan nie
odmawia!
- Niby czego?
- Wprawdzie zmęczy się pan trochę, ale co to znaczy
w pańskim młodym wieku! Kochany panie Nikodemie, niech
pan machnie się do Koborowa!
Wyjął z kieszeni skórzany woreczek, w którym
pobrzękiwały klucze.
- Niechże pan mnie ratuje. W panu jedyna nadzieja!
Nikodem wzruszył ramionami.
- Ja tam nie lubię grzebać się po cudzych schowkach.
- Królu złoty! - Kunicki złożył ręce błagalnym
ruchem. Nikodem udawał, że się namyśla.
- I trzeba lecieć jak wariat... Człowiek się nie
wyśpi...
- Więc cóż ja pocznę, co ja pocznę?! -
rozpaczliwie szeplenił Kunicki.
Dyzma bębnił palcami po biurku, wreszcie machnął
ręką.
<strona 221>
- No, już dobrze, pal pana licho, pojadę.
Stary zaczął wśród szeplenienia dziękować,
ściskając dłonie Nikodema, lecz ten dojrzał wyraźnie
błyski obawy i nieufności w jego małych, ruchliwych
oczkach.
- Który to klucz?
- O ten, ten, a otwiera się całkiem po prostu, tylko
górną rozetę trzeba nastawić na dziewiątkę, a
dolną na siódemkę. Dyzma wziął ołówek i zanotował
sobie cyfry.
- No to już dobrze, zjem coś i pojadę. Dzwoń pan po
samochód.
W godzinę później Nikodem po krótkiej rozmowie z
sekretarzem zszedł na dół.
W bramie czekał nań Kunicki. Był zdenerwowany tak
dalece, że nie umiał już tego ukryć. Raz po raz
podejrzliwie zerkał na Dyzmę, dając mu ostatnie
informacje i objaśniając, że teczka z dokumentami
leży z prawej strony na samej górze, że w teczce są
absolutnie wszystkie dokumenty, dotyczące procesu, że
zatem nigdzie więcej szukać ich nie trzeba.
- Dobra, dobra - przerwał mu Dyzma i otworzył
drzwiczki auta.
- A niech pan, kochany panie Nikodemie, nie zapomni
dobrze zamknąć kasy. I rozetki przekręcić.
- Zrobione, no do widzenia. Jazda!
Samochód ruszył. W kwadrans już byli za miastem.
Nikodem wydobył z kieszeni długi, wąski, stalowy klucz
i obejrzał go z zainteresowaniem.
- Taka mała cholera - mruknął pod nosem - a tyle
przez nią da się zrobić.
Auto szło szybko znajomą szosą. Wkrótce zaczął
kropić deszcz, pokrywając szyby drobniutkimi
kropelkami. Zbliżał się wczesny jesienny zmierzch.
Nikodem nastawił kołnierz i, rozmyślając, zdrzemnął
się.
Zatrzymali się raz tylko w celu zmiany koła, gdyż
najechali na gwóźdź.
Było już zupełnie ciemno, gdy dojrzeli światełka
Koborowa. Wysiadł przed podjazdem i wydał szoferowi
dyspozycje. Otworzyły się drzwi, wybiegła służba.
<strona 222>
- Pani w domu? - zapytał Dyzma, nie odpowiadając na
ukłony.
- Tak jest, proszę jaśnie pana. Pani jest w
bibliotece. - Dobrze.
- Czy mam zameldować?
- Nie potrzeba. Możecie odejść, sam potrafię.
Przeszedł przez ciemny salon i otworzył drzwi.
Przy stole siedziała Nina, pochylona nad książką. Nie
podniosła głowy. Nikodem zamknął drzwi za sobą i
chrząknął.
Teraz dopiero podniosła nań oczy i stłumiony okrzyk
wyrwał jej się z ust. Zerwała się i podbiegła do
niego, zarzucając mu ręce na szyję.
- Niko, Niko, Niko!...
Tuliła się doń, a jej twarz jaśniała szczęściem.
- Przyjechałeś, przyjechałeś, mój słodki, mój
jedyny! - Jak się masz, Nineczko!
- Boże, jak ja strasznie stęskniłam się za tobą!
- A ja niby nie?
- No siadajże! Powiedz, na długo przyjechałeś? -
Niestety, tylko na parę godzin.
- Co ty mówisz? Ależ to -okropne. - Tak się
składa.
Głaskała jego twarz końcami palców.
Nikodem w krótkich słowach wyjaśnił cel swego
przyjazdu i dodał, że z radością podjął się tej
wycieczki, gdyż wiedział, że będzie mógł bodaj
kilka godzin spędzić z Niną.
Siadła mu na kolanach i, przerywając sobie
pocałunkami, opowiadała o swojej tęsknocie, o
miłości, o nadziei, z jaką oczekiwała tej
szczęśliwej chwili, gdy zostanie jego żoną.
- Jeżeli nic nieprzewidzianego nie zdarzy się -
przerwał jej Dyzma - pobierzemy się prędzej, niż
myślisz.
- Jak to? A rozwód? Przecie procesy rozwodowe ciągną
się miesiącami.
- Nie ma strachu, bo tu obejdzie się bez rozwodu.
Radziłem się adwokata. Da się zrobić unieważnienie
małżeństwa.
- Nie znam się na tym - z powątpiewaniem
powiedziała Nina. - W każdym razie jesteś bardzo
dobry, że myślałeś o tym. Podano kolację. Przeszli
do jadalni. Wypytywała Nikodema
<strona 223>
o jego obecny tryb życia. Cieszył&127; się; że bywa u
Czarskich i Roztockich, że jest protektorem komitetu,
opracowującego projekt Akademii Literackiej, że ma już
kilkadziesiąt tysięcy odłożonych w banku.
Wstawali od stołu, gdy lokaj zameldował, że szofer
gotów jest do drogi.
- Dobrze. Niech czeka.
Rzucił okiem na zegarek i oświadczył, że musi
śpieszyć. Nina chciała iść z nim do gabinetu męża,
lecz Nikodem poprosił ją, by lepiej zaczekała.
- Ależ dlaczego? - zdziwiła się.
- Tak... Widzisz, muszę tam przeczytać niektóre
papiery i notatki porobić... A jakbyś ty była przy
mnie, che, che, che, nie chciałoby mi się robić...
Poczekaj, zaraz wrócę.
Zapalił światło i rozsunął ciężką aksamitną
kotarę.
We wnęce muru stała wielka zielona kasa ogniotrwała.
Nikodem przyglądał się jej z ukontentowaniem.
Przyszło mu na myśl, że włamywacze musieliby dobrze
napracować się, zanim zdołaliby dotrzeć do wnętrza
tej stalowej szafy, a jemu na to wystarczy niecała
minuta, ba, otworzy ją bez żadnego wysiłku.
- Jak się ma dobrą kiepełę - mruknął - to i
wytrychów nie trzeba... Wprawdzie to kombinacja nie
moja, tylko Krzepickiego, ale mnie na korzyść
wychodzi...
Klucz bezgłośnie przekręcił się w zamku, jedno
przekręcenie klamki i kasa stanęła otworem.
Wewnątrz panował wzorowy porządek. Na półkach z
prawej strony starannie ułożone zostały książki i
teczki z papierami, na półkach z lewej piętrzyły się
paczki banknotów. Dwie pełne były pudełek, do
których Dyzma najpierw zajrzał: biżuteria, masa
zło&127; tych pierścionków, naszyjników, broszek,
brylanty, rubiny. Niczym u jubilera".
Lecz należało śpieszyć. Nikodem wyjął wszystkie
teczki, książki i notatniki. Była to gruba plika.
Zaniósł ją na biurko i, odłożywszy na stronę
zieloną teczkę, otworzył pierwszą książkę.
Przerzucając strony wypełnione datami i cyframi szybko
zorientował się, że jest to książka dłużników
Kunickiego z dawnych jego czasów, gdy jeszcze trudnił
się lichwiarstwem. Wymownie świadczyła o tym
wysokość inkasowanych procentów. Między innymi
<strona 224>
często powtarzało się nazwisko ojca Niny: "Hr.
Ponimirski 12 000 dol.", "Hr. Ponimirski 10 000
zł" itd.
Dyzma wziął do ręki drugą książkę. Zawierała spis
wpływów i dochodów Koborowa. Trzecia, czwarta i piąta
również przepełnione były cyframi.
To nie interesowało Nikodema. Zabrał się do teczek.
Zaraz w pierwszej znalazł to, czego szukał: weksle.
Właściwie nie weksle, lecz blankiety, podpisane in
blanco. Cały plik, a wszędzie ten sam podpis: Nina
Kunicka, Nina Kunicka, Nina Kunicka...
Pod wekslami leżała plenipotencja, wystawiona przez
Ninę na nazwisko męża, i rejentalny akt sprzedaży
Koborowa Ninie.
Ten ostatni Dyzma złożył i schował do kieszeni, po
czym systematycznie zawiązał teczkę i odłożył ją
wraz z zieloną na stronę.
Nie zrezygnował jednak z przeszukania innych. Rezultatem
zaś tego była jego wielka radość.
Zaraz w następnej znalazł dwie koperty. Na małej
widniał napis: "Mój testament", na drugiej
zaś: "W razie mojej śmierci spalić nie
otwierając".
- W razie śmierci - roześmiał się Nikodem - ale
ponieważ nie umarł, to mogę otworzyć.
Złamał lakową pieczęć i wyjął zawartość. Od razu
rzucił się mu w oczy paszport austriacki.
- Tu cię mam, bratku.
Paszport był wystawiony na nazwisko Leona Kunika, syna
Genowefy Kunik i N. N. W rubryce: "Zawód"
stało jak byk: "kelner"
Następnym dokumentem był wyrok sądu krakowskiego,
skazujący Leona Kunika na trzy miesiące więzienia za
kradzież platerów. Pod nim leżała paczka listów,
dalej znów notanik, cały zapisany, i znowu wyrok sądu,
na ten raz warszawskiego, skazującego już Kunickiego na
dwa lata więzienia za współudział w podrabianiu
pieniędzy.
Nikodem spojrzał na zegarek i zaklął.
Było już po dwunastej. Szybko zebrał rozrzucone
papiery i wpakował je do kieszeni.
Pozostałe rzeczy z powrotem umieścił w kasie,
zamknął ją na
<strona 225>
klucz i, wziąwszy pod pachę obie odłożone teczki,
poszedł pożegnać się z Niną.
Czekała nań &127;w buduarze nieco zniecierpliwiona jego
długą nieobecnością. Jednakże uśmiechnęła się
doń i zapytała:
- Już musisz jechać, najdroższy?
- Muszę. Nie ma rady. - Usiadł przy niej i wziął
ją za rękę. - Kochana Nineczko - zaczął,
przypominając sobie plan ułożony z Krzepickim. -
Kochana Nineczko, czy masz do mnie zupełne zaufanie?
- Jak możesz nawet pytać? - powiedziała z
wyrzutem.
- Bo widzisz, bo widzisz... jak by tu powiedzieć,
zbliżają się takie sprawy, że wyklaruje się, co i
jak...
- Nie rozumiem.
- Wyklaruje się wszystko. Albo pozostanie po staremu,
to znaczy, że ty do śmierci będziesz z Kunickim, albo
pobierzemy się i Kunickiego diabli wezmą. A wybór
zależy od ciebie.
- Niku! Przecie to jasne!
- I ja tak sądzę. Tedy proszę cię, Nineczko, musisz
mi we wszystkim wierzyć, na wszystko godzić się, w
niczym nie zaprzeczać, a ja już załatwię wszystko.
- Dobrze, ale dlaczego jesteś taki tajemniczy?
Przecież to jasne.
- Nie wszystko jeszcze jest jasne - powiedział z
wahaniem ale będzie jasne. On stary, a przed nami
życie... Rozumiesz?... Była trochę zaniepokojona, lecz
wolała nie wypytywać. Powiedziała tedy po prostu:
- Ufam ci bez granic.
- No to w porządku - klepnął się po kolanach -
a teraz muszę już jechać. Do widzenia, Nineczko, do
widzenia...
Objął ją i zaczął całować.
- Do widzenia, najdroższa, a nie miej mnie za złego
człowieka. Jeżeli co robię, to tylko dlatego, że
ciebie kocham nad życie.
- Wiem... wiem... - odpowiedziała wśród
pocałunków. Nikodem jeszcze raz pocałował ją w
czoło, zabrał teczki i wyszedł. Gdy w hallu nakładał
palto, ze względu na obecność służącego pożegnała
Dyzmę oficjalnie:
- Do widzenia panu, szczęśliwej podróży. A co do
tej kwestii,
<strona 226>
niech pan postąpi, jak uważa za słuszne... Muszę panu
wierzyć, że tak trzeba... Muszę w ogóle komuś
wierzyć... Do widzenia...
- Do widzenia, pani Nino. Wszystko będzie dobrze. -
A niech pan prędko przyjeżdża.
- Jak tylko będę mógł wyrwać się, zaraz
przyjadę.
Ucałował jej rękę. Służący otworzył drzwi i
Nikodem pod ulewnym deszczem przebiegł kilka kroków
dzielących go od auta.
- To cholerna pogoda - zaklął zamykając drzwiczki.
- Całą noc będzie lało, ani chybi --
przytwierdził szofer. Istotnie deszcz nie ustawał do
rana i samochód, gdy wjeżdżał do Warszawy, cały
pokryty był błotem.
W chwili gdy Dyzma otwierał drzwi swego mieszkania, nie
było jeszcze ósmej. Pomimo tego zastał już
Krzepickiego. Zamknąwszy drzwi sąsiednich pokojów, by
lokaj nie mógł ich podsłuchiwać, zabrali się do
wertowania znalezionych przez Nikodema dokumentów
Krzepicki był zachwycony. Zacierał ręce, a kiedy w
paczce listów znaleźli dowody przekupienia urzędnika w
związku z dawnym procesem, zerwał się i zawołał:
- No, nie ma na co czekać, jedziemy do Urzędu
Śledczego. - A weksle? - zapytał Dyzma.
- Weksle... hm... Wprawdzie można by je zatrzymać na
wypadek zmiany uczuć i zamiarów pani Niny, ale
bezpieczniej spalić, oczy wiście, jeżeli jest pan
pewien, że pani Nina wyjdzie za pana.
- To murowane.
-- No więc klasa. Jedziemy.
Naczelnik Urzędu Śledczego, nadkomisarz Reich,
należał do gatunku ludzi bezkompromisowych w walce o
byt. Zimny, wyrachowany, trzeźwy i przenikliwy, od razu
połapał się w intencjach prezesa Dyzmy. Pomimo bujnej
elokwencji Krzepickiego, starającego się stworzyć
pozory bezinteresowności pryncypała, nadkomisarz Reich
w końcu wręcz zapytał:
- A pan prezes zamierza ożenić się z panią
Kunicką?
Nie było innego wyjścia i Dyzma musiał powiedzieć,
że istotnie myśli o tym.
- Niech pan prezes nie przypuszcza, że chcę wtrącać
się w jego sprawy osobiste. Bynajmniej. Sądzę jednak,
że wsadzenie Kunickiego
<strona 227>
do więzienia pociągnie za sobą jako naturalną
konsekwencję proces sądowy.
- Prawda - potwierdził Krzepicki.
- Otóż to - ciągnął naczelnik - a chyba proces
taki, który z natury rzeczy byłby sensacją, nie
będzie miłą rzeczą dla pańskiej przyszłej
małżonki, panie prezesie, ani dla pana.
- Hm... więc co robić?
Nadkomisarz Reich siedział chwilę w milczeniu.
- Panie prezesie - zaczął z namysłem - byłoby
jedno wyjście z sytuacji...
- Jakie?...
- Powiedzmy, że Kunickiemu grozi dziesięć, a
najmniej sześć lat ciężkiego więzienia. To nie ulega
wątpliwości. Dowody są tego rodzaju, że wymigać się
nie potrafi. Otóż, co by pan powiedział na to, panie
prezesie, gdybyśmy spróbowali ułożyć się z
Kunickim?...
- Ułożyć się?
- No tak. Chyba jemu najmniej może zależeć na
zdobyciu dziesięciu lat ciupy. Ja myślę, że
zgodziłby się na taką propozycję: on zrzeka się
wszelkich pretensji do majątku żony i do pana, za to
pan daje mu pewną kwotę pieniędzy i paszport
zagraniczny. Niech sobie jedzie na zbity łeb, dokąd
chce.
- To gotów później wrócić.
- Jest i na to rada. Zrobimy tak: dzisiaj go
aresztuję, bardzo surowo przesłucham, pokażę mu
wszystkie te szpargały i zamknę na jakieś, powiedzmy,
trzy dni, żeby zmiękł. Później go znowu wezmę na
przesłuchanie i wówczas zaproponuję ugodę. Nie
przyjmie, tym gorzej dla niego, a jeżeli przyjmie, dam
mu paszport i pozwolę uciec za granicę. Uciec!
Rozumiecie, panowie? Uciec to znaczy nie móc wrócić,
gdyż roześlę za nim listy gończe. Co pan na to powie,
panie prezesie?
- Bardzo mądre - skinął głową Krzepicki. - I
ja to samo myślę - dodał Dyzma.
- Wprawdzie - ciągnął Reich -- jest to plan
doskonały, ale nie wiem, czy będę mógł to
przeprowadzić. Zważcie, panowie, że w razie wykrycia
się całej sprawy ja będę najbardziej poszkodowany.
Dymisja pewna, a może być i kryminał. Otóż, to jest
ryzyko...
<strona 228>
- Panie naczelniku - przerwał Krzepicki - mnie
się wydaje, że obawy te nie mają podstaw. Niech pan
weźmie pod uwagę wpływy w rządzie pana prezesa. Chyba
nie znajdzie pan w Warszawie nikogo, kto by mógł
przeprowadzić tyle, ile pan prezes Dyzma.
Naczelnik pochylił się w ukłonie.
- O, wiem to doskonale. Tym milej mi byłoby zrobić
taką drobną usługę człowiekowi tak zasłużonemu,
tym bardziej że nie wątpię, iż pan prezes zechce
zachować mnie w łaskawej pamięci.
- Naturalnie- skinął głową Dyzma.
- Serdeczne dzięki, panie prezesie. Jak zaś wysoko
cenię poparcie pana prezesa, niech świadczy fakt, że
właśnie w tych dniach wybieram się do niego z pewną
małą prośbą.
- Chętnie zrobię wszystko, co będę mógł.
- To dla pana prezesa drobiazg, a dla mnie bardzo
ważna rzecz. Mianowicie od nowego roku ustępuje ze
stanowiska zastępca głównego komendanta policji.
Gdybym miał poparcie tak poważnej osobistości, jak pan
prezes, mógłbym liczyć na pewno na nominację...
- A od kogo to zależy? - zapytał Nikodem. - Od
pana ministra spraw wewnętrznych.
- Jeżeli tak - rzekł Dyzma - możesz pan być
spokojny. To mój przyjaciel.
- Serdeczne, serdeczne dzięki. Zerwał się, by
uścisnąć rękę Nikodema.
Następnie zaczęli omawiać szczegóły sprawy. Reich i
Krzepicki nie zapomnieli o najmniejszym drobiazgu i Dyzma
z podziwem słuchał przyznając w duchu, że sam nie
potrafiłby dać sobie rady.
Gdy wrócili do banku, czekał już tu Kunicki. Jego
ruchy, wyraz twarzy i oczu - wszystko zdradzało
wielkie zaniepokojenie. Krzepicki w przejściu obrzucił
go ironicznym spojrzeniem, lecz ten nawet nie zauważył
jego. Podbiegł nerwowym krokiem na spotkanie Dyzmy i
zaszeplenił:
- Przyjechał pan! Cieszę się bardzo. Przywiózł pan
teczkę?
- Dzień dobry. Przywiozłem.
- Panie Nikodemie, doprawdy nie rozumiem, co to
wszystko znaczy?
- Niby co?
<strona 229>
- No z tą audiencją u ministra! Czerpak powiedział
mi, że odłożona. Minister wcale nie wyjeżdża. Panie
Nikodemie, on wcale nie miał zamiaru wyjechać. Co to ma
znaczyć?
- Chodźmy do mego mieszkania - odparł czerwieniąc
się Dyzma - tam panu wytłumaczę.
- Doprawdy, doprawdy nie rozumiem - szeplenił bez
przerwy, drepcząc za Nikodemem.
- Niech Ignacy idzie sobie na miasto - rzekł Dyzma
do służącego.
Gdy Ignacy wyszedł, zwrócił się do Kunickiego:
- Panie Kunicki... hm... Otóż pańska żona
postanowiła wziąć rozwód.
- Co takiego?! - poderwał się Kunicki.
- To, co pan słyszy. Rozwodzi się i wychodzi za mnie.
Kunicki obrzucił Dyzmę złym wzrokiem.
- Ach tak... Może przyjechała z panem?
- Nie, została w Koborowie.
Stary zagryzł wargi.
- Kiedy moja żona powzięła to postanowienie?
Przecież to niemożliwe! Nic mi nie wspominała! Może
to chwilowy kaprys? Kaprys pod wpływem pańskiej
intrygi...
- Jakiej tam intrygi... Po prostu zakochała się we
mnie i ma dość starego dziada.
- Ale ten stary dziad - zasyczał Kunicki - ma
miliony.
- Guzik ma,.. nie miliony. Miliony i Koborowo są
własnością Niny.
- Na papierze, tylko na papierze, szanowny panie! Nie
ma na co łakomić się.
- Albo i jest na co - filozoficznie odparł Dyzma.
- Niestety, przykro mi bardzo - zjadliwie roześmiał
się Kunicki - ale mam weksle żony, które opiewają
na taką sumę, że z nawiązką pokrywają całą
wartość majątku.
Nikodem wpakował ręce w kieszenie spodni i wydął
wargi. - Co do weksli, panie Kunicki, to weksle
rzeczywiście były. Były, ale spłynęły.
Kunicki zbladł śmiertelnie. Trzęsąc się całym
ciałem i z trudnością łapiąc oddech, zajęczał:
- Co? Co?... Jak to?
<strona 230>
- Tak to.
- Skradłeś?! Skradłeś mi weksle?! Klucz, proszę
zaraz oddać klucz od kasy.
- Klucza nie oddam.
- Ależ to rabunek! Złodziej, bandyta! Ja ciebie do
kryminału wsadzę.
- Stul mordę, stary grandziarzu! - ryknął Dyzma.
- Rabunek! Dawaj klucz!
- Nie dam, bo klucz nie twój, rozumiesz, prajdocho!
Nie twój, tylko Niny. Jej majątek, jej kasa i jej
klucz.
- O nie! Łotrze, nie myśl, że stary Kunicki pozwoli
się wystrychnąć na dudka. Jest jeszcze
sprawiedliwość w Polsce, są sądy! Są świadkowie,
którzy widzieli, że ci klucz dawałem. Z wolna, bratku!
Nina też będzie musiała pod przysięgą zeznać, że
podpisała mi weksle.
- Nie bój się. To już moja sprawa.
- Są jeszcze sądy! - pienił się Kunicki. W
przedpokoju rozległ się dzwonek.
- Bydlę, on sądem straszy, tfu! - splunął Dyzma
na podłogę i poszedł otworzyć drzwi.
- Łajdak! Łajdak! - Kunicki biegał po pokoju jak
lis w klatce. - Zaraz muszę iść do prokuratora, do
policji...
Lecz iść nie potrzebował: drzwi otworzyły się i do
pokoju wszedł przodownik i dwaj wywiadowcy po cywilnemu.
- Czy pan nazywa się Kunicki Leon, vel Kunik Leon? -
zapytał szorstkim głosem przodownik.
- Tak, Kunicki.
- Jest pan aresztowany. Proszę nałożyć palto i
iść z nami. - Ja? Aresztowany? Ale za co? To chyba
pomyłka.
- Nie ma żadnej pomyłki. Oto rozkaz aresztowania. -
Ale za co?
- To nie moja rzecz - wzruszył ramionami policjant.
- W Urzędzie Śledczym powiedzą panu. No, jazda! Ma
pan broń? - Nie.
- Obszukać go!
Wywiadowcy obmacali mu kieszenie. Broni nie było.
- No, jazda! Moje uszanowanie panu prezesowi.
Przepraszam, że zakłóciliśmy spokój, ale taki
miałem rozkaz.
<strona 231>
- Jak rozkaz, to rozkaz - powiedział Dyzma. - Do
widzenia. Kunicki odwrócił się i chciał coś jeszcze
powiedzieć, lecz po
pchnięty przez wywiadowcę, zatoczył się i od razu
znalazł się za drzwiami.
Nikodem długo stał w pustym przedpokoju. Wreszcie
przygładził przed lustrem włosy i wszedł do jadalni.
Na stole przygotowane było śniadanie, o którym
dotychczas nie pomyślał. Teraz poczuł ostry głód.
Kawa była już zimna i cukier nie chciał w niej
rozpuścić się. Wyjął z kredensu karafkę z wódką,
na talerz nałożył dużo szynki, kiełbasy, cielęciny
i zabrał się do jedzenia.
- A widocznie było mi pisane zostać wielkim panem -
odezwał się głośno przy trzecim kieliszku. -
Pańskie zdrowie, panie prezesie!
W szyby siekł drobny, ostry deszcz, za oknami było
szaro.
<strona 232>
|