Ulica Krochmalna o tej porze była całkiem pusta. I nie
dziw, bo minęła północ, a mieszkańcy tej dzielnicy
już o szóstej wstają do pracy. W nikłym świetle
gazowych latarń stały śpiące kamienice z czerwonej
cegły. Z rzadka rozlegały się kroki przechodnia
śpieszącego do domu.
Tylko w jednej bramie stali trzej mężczyźni. Stali w
milczeniu, oparci o mur. Czekali. Można by było
pomyśleć, że zdrzemnęli się, gdyby nie trzy
żarzące się punkt&127; papierosów.
Wtem doszedł do ich uszu odgłos ciężkich kroków.
Ktoś szedł od strony ulicy Żelaznej. Jeden z
oczekujących w bramie przykucnął i ostrożnie -wychylił
głowę tuż nad ziemią, po czym cofnął się i
szepnął:
- Jest.
Kroki zbliżały się i po minucie ujrzeli niskiego,
grubego człowieka w czarnej jesionce. Gdy minął
bramę, wysunęli się za nim. Obejrzał się.
- Panie - zawołał szczupły blondyn - ma pan
zapałkę? - Mam - odparł tamten i przystanął,
sięgając do kieszeni. - Pan się nazywasz Boczek? -
nagle zapytał blondyn. Grubas przyjrzał się mu.
- Skąd pan mnie zna?
- Skąd, a stąd, draniu, że mordy nie trzymasz na
kłódkę! - Kiedy...
Nie dokończył. Potężny cios twardej pieści
rozmiażdżył mu nos i górną wargę. Jednocześnie
otrzymał z tyłu uderzenie w głowę i silne kopnięcie
w brzuch.
- Jezu! - krzyknął i potoczył się do rynsztoka.
Pod czaszką uczuł szum, w ustach smak krwi.
Napastnicy nie uważali jednak roboty za skończoną.
Jeden pochylił się nad leżącym i walił go
pięściami w brzuch i w piersi,
<strona 205>
drugi zbiegł na jezdnię i wymierzył obcasem dwa
straszliwe ciosy w twarz.
Okropny ból poderwał leżącego. Z nieprawdopodobną,
jak na jego tuszę, szybkością stanął na równe nogi
i rozpaczliwym głosem ryknął:
- Ratunku! Ratunku!...
- Zatknij mu pysk! - zdyszanym szeptem zawołał
blondyn. Drugi chwycił leżący na chodniku kapelusz
ofiary i przytknął go do zmasakrowanej twarzy.
- Ratunku!... ratunku! - krzyczał ten bez przerwy. Z
daleka na rogu ulicy przystanął ktoś.
- Te, Franek, ktoś idzie. - Ratunku! Ratunku!...
- Nie ma rady, trzeba go pomacać.
Szczęknęła sprężyna składanego noża i szerokie
długie ostrze bezgłośnie wpiło się po rękojeść w
ciało.
Raz, drugi, trzeci... - Fertig.
Wytarł nóż o jesionkę. Dwaj pozostali szybko
przeszukali kieszenie. Zegarek, paszport, pugilares...
Po chwili ulica Krochmalna była znowu pusta.
Niebo poczynało już szarzeć, gdy skręcili w nią dwaj
policjanci na rowerach. Nocny patrol.
- Patrz no - zawołał jeden - tam ktoś leży. -
Pewno pijak.
Zeskoczyli z rowerów i od razu po kałuży krwi poznali,
z czym mają do czynienia.
- Oporządzony jak wieprz. - Zobacz no puls.
- Zimny już.
- To naród, psia ich mać! Trzeba jechać do
komisariatu. - To już trzeci w tym tygodniu.
Zaczął prószyć deszcz. Drobny, zimny jesienny deszcz.
Nocy dzisiejszej patrol rowerowy VIII komisariatu policji
państwowej znalazł na ulicy Krochmalnej trupa
mężczyzny, lat około pięćdziesięciu.
<strona 206>
Przybyły lekarz Pogotowia stwierdził śmierć wskutek
przebicia worka sercowego ostrym narzędziem ż wskutek
upływu krwi oraz pęknięcia czaszki. Wskutek zupełnego
zmiażdżenia twarzy trudno ustalić tożsamość ofiary.
Żadnych dokumentów ani przedmiotów mogących ułatwić
śledztwo nie znaleziono. Zwłoki przewieziono do
prosektorium. Istnieje przypuszczenie, iż zmarły
zginął wskutek porachunków partyjnych.
Prezes Nikodem Dyzma złożył gazetę i zaczął
bębnić palcami po suknie biurka.
- A cóż ja na to poradzę - wzruszył ramionami.
Początkowo przeraził się faktu śmierci Boczka.
Przyszło mu na myśl, że śledztwo dojdzie jednak do
niego. Bał się też, że widmo zamordowanego nie da mu
spać po nocach.
Z drugiej strony świadomość nieistnienia tego wysoce
niebezpiecznego człowieka, świadomość bezpieczeństwa
i zniknięcia wiszącej dotychczas nad głową groźby
była uczuciem silniejszym od obaw, które z biegiem
czasu malały do zera.
Któż jego, prezesa banku, może posądzić o
podmawianie jakichś bandytów do mordu!
Zresztą czyż on, Dyzma, winien jest śmierci Boczka?
Przecież jej nie chciał.
- Sam sobie winien. Głupia pała... Doigrał się...
Do gabinetu wszedł Krzepicki. Zamknął za sobą drzwi i
z tajemniczym uśmiechem powiedział:
- Panie prezesie, czy zechce pan przyjąć pewnego
interesanta? Interesanta bardzo ciekawego.
- Kogo?
- Pańskiego dobrego znajomego.
Dyzma zbladł jak płótno. Zerwał się z miejsca i
drżąc na całym ciele, zapytał nieswoim głosem:
- Kto?!...
Opanował go nieludzki strach, że tam za drzwiami czeka
Boczek, pokrwawiony, ze zmasakrowaną twarzą...
- Co panu jest, panie prezesie? - z niepokojem
zapytał Krzepicki.
Dyzma oparł się o biurko.
<strona 207>
- Pan jest chory?
-- Nie, nie... Więc kto tam jest? - Kunicki.
- Ach, Kunicki... Dobrze... - Przyjmie go pan?
- Dobrze.
Po chwili do gabinetu wpadł Kunicki. Rumiany i ruchliwy
jak zawsze. Już w progu rozpoczął powitania,
wyrzucając szepleniące słowa z niesłychaną
szybkością.
Nikodem patrzał na niego kilka minut, nie mogąc na tyle
się skupić, by zrozumieć, co mówi.
- A, bo człowiek, kochany panie Nikodemie, lat ma
coraz więcej, a jednak nie starzeje się. Ale i pan
doskonale wygląda. Cóż tam w polityce? Co? Jak
interesy? Skarżą się wszyscy na stagnację, na
podatki, panie złoty, przecie ten podatek obrotowy to
zarzyna obywatela! I świadczenia! Słowo daję. Śliczny
ma pan gabinet, ze smakiem, stylem. Może zrobi mi pan
łaskę, kochany panie Nikodemie, no, mój drogi, nie
odmówi mi pan i zje ze mną śniadanko, od rana nic w
ustach nie miałem... Śliczny gabinet. Nie wybierze się
pan do mnie, do Koborowa? Wprawdzie pogoda pod psem, ale
spokój, spokój. Dla nerwów to konieczne i Nina ucieszy
się, biedactwo, taka samotna... Przyjechałby pan na
parę dni, co?
- Owszem, może w przyszłym tygodniu.
- Królu złoty, dziękuję, bardzo dziękuję. No to
chodźmy na śniadanko. Może do "Bachusa", co?
- Dziękuję, ale nie mogę. Jestem dziś na śniadaniu
u księcia Roztockiego.
Skłamał, lecz osiągnął przewidywany efekt. Kunicki
rozpłynął się w zachwycie i zaczął wyliczać
wszystkie możliwości, jakie otwierają człowiekowi
takie olbrzymie stosunki, jakie ma kochany pan Nikodem.
Teraz wyjechał i właściwy powód wizyty: podkłady
kolejowe. Staruszek przymilał się, krygował, sypał
cyframi zysków, jakie obaj osiągną z uzyskania przez
Koborowo dostaw dla kolei, tłumaczył, że ostatecznie,
jeżeli jemu, Leonowi Kunickiemu, z powodu tamtego
procesu nie zechcą dać, to mogą dać przecie pani
Ninie Kunickiej.
- Nie wiem - bronił się Dyzma.
<strona 208>
- Che, che, che, ale ja wiem, że jak kochany pan
zechce paluszkiem kiwnąć... No, królu złoty, niechże
pan pogada z ministrem komunikacji!
Póty piłował Nikodema, aż ten zgodził się.
- Tylko niech pan nie wyjeżdża, bo jeżeli trzeba
będzie układać się, to ja się na tym nie znam.
Kunicki, uradowany, zapewnił kochanego prezesa, że
oczywiście nie wyjedzie, aby w razie potrzeby służyć
informacjami, chociaż jest przekonany, że te nie będą
potrzebne człowiekowi mającemu tak genialną głowę.
Wejście Krzepickiego z korespondencją przerwało potok
jego wymowy. Pożegnał się z Dyzmą, zamawiając się
na jutro, i wyszedł.
- To znany spryciarz - zauważył Krzepicki.
- Ho, ho i jaki - potwierdził Nikodem - takiego
nie łatwo wykiwać.
Długa twarz Krzepickiego rozszerzyła się w
lekceważącym uśmiechu.
- Moim zdaniem, panie prezesie, nie ma takiego
wielkiego spryciarza, który by nie znalazł większego,
co go nabije w butelkę.
Dyzma roześmiał się szczerze. Sam siebie uważał
właśnie za takiego spryciarza. Wydało mu się nawet,
że rozumie to i Krzepicki, co zdawał się mówić
poufały uśmiech na jego twarzy.
- No, co pan kalkulujesz? - zapytał Dyzma.
- Kalkuluję - odparł Krzepicki, spuszczając oczy
- że nasze czasy należą do tego, co umie łapać
okazję.
- Niby jaką okazję?
Krzepicki zadarł głowę, przeciągnął dłonią po
ostro wystającej grdyce i rzucił niedbale:
- Koborowo to piękny grosz. - Ba!...
- Nie każdemu się zdarza... Dyzma pokiwał głową.
- A ot, Kunickiemu się zdarzyło - A może zdarzyć
się i... panu. Nikodem spojrzał nań nieufnie: -
Mnie?...
<strona 209>
- Świat należy do tych, co umieją skrupuły
wyrzucić za okno. - Niby nie być skrupulantami?...
Krzepicki nie odpowiedział i tylko bacznie obserwował
oczy Dyzmy.
- Panie prezesie - zaczął po chwili, cedząc
słowa. - Wie pan, że jestem dla pana więcej niż
życzliwy?
- Wiem - odparł Dyzma.
- Otóż chcę być szczery. Dla pańskiego dobra, a
nie przeczę, że i dla mojego. Dziś tylko ten traci,
kto jest głupi.
Zamyślił się, a zniecierpliwiony Dyzma zawołał: -
No, gadajże pan, do cholery!
- A nie pogniewa się pan prezes?
- Cóż to, masz mnie pan za głupiego? - Boże broń
i dlatego mówię... Przysunął krzesło i spoważniał.
- Panie prezesie, czy żona Kunickiego wciąż kocha
się w panu? - I to jak! Co dzień ot takie listy
przysyła.
- To bardzo dobrze.
Pochylił się do ucha Nikodema i zaczął mówić.
Było już po trzeciej, gdy obaj wyszli z banku i wsiedli
do samochodu.
- "Oaza"! - krzyknął Dyzma szoferowi i
klepnął swego sekretarza po kolanie. - A pan to też
masz łeb na karku. Żeby się tylko udało!
- Dlaczego się nie ma udać? Więc sztama? -
wyciągnął rękę. - Sztama! - ścisnął ją mocno
Dyzma.
Tegoż wieczora prezes Nikodem Dyzma złożył wizytę
inżynierowi Romanowi Pilchenowi, ministrowi komunikacji.
Był to. drobny brunet, zawsze uśmiechnięty i pogodny,
znany ze swej pasji zdrabniania wyrazów. Jego żona,
siwiejąca szatynka, o wybitnie semickim typie, i sam
minister przyjęli Dyzmę owacyjnie.
- Prezesiuniu kochanieńki - zawołał Pilchen na
jego widok - ależ to słówko w cyrczku! Niechże cię
kaczuszki podepczą! Myślałem, że szlaczek mnie trafi
ze śmiechu! To się nazywa określonko!
- Może niezbyt salonowe - ciągnąc słowa
potwierdziła jego żona - ale za to bardzo męskie.
<strona 210>
- Słuszniutko, racyjka, mamy w naszym kraiku za dużo
ugrzeczniaków i fajtłapków, za dużo cukiereczków!
Silne słówko tak działa jak kubełeczek zimniutkiej
woduni.
Nikodem śmiał się i usprawiedliwiał tym, że tak już
był zirytowany, że musiał "wygarnąć".
Po kolacji przystąpili do interesu.
Nikodem nie przypuszczał, że pójdzie tak łatwo.
Pilchen wprawdzie zastrzegł się, że ostatecznej
decyzji dać nie może, zanim nie porozumie się z
odnośnym departamentem swego ministerstwa, lecz w
zasadzie "dla mileńkiego prezesiunia" gotów
jest zrobić wszystko. A progi kolejowe, czy takie, czy
owakie, zawsze się przydadzą.
- I ma pan moje przyrzeczonko, że załatwimy się
prędziutko. Tak czy owak, aby szybciutko, taka moja
metodka.
Dyzma podrapał się w głowę.
- Właściwie mówiąc, to mnie zależałoby na tym,
żeby załatwienie sprawy przeciągnąć...
- Przeciągnąć, braciszku? - zdziwił się
minister. - Che, che, nie śpieszy mi się za bardzo.
Pilchen roześmiał się i zaopiniował, że wobec tego
musi uznać Dyzmę za niebywałego interesancika.
Nikodem zapytał, czy będzie mógł jutro przyjść do
ministerstwa i, otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź,
zaczął się żegnać. - Bardzo zdolniutki łebek -
powiedział minister, gdy drzwi
za Dyzmą się zamknęły - i wierzaj, moja malupuśka,
że każdziutka grzecznostka zrobiona jemu to dobrze
ulokowany kapitalik. - Ach, nie wiem - odpowiedziała
pani Pilchenowa - nie znam
się na tych waszych kombinacjach politycznych, jednak
przyznać muszę, że pan Dyzma wywiera bardzo dodatnie
wrażenie. Co to jednak znaczy wychowanie angielskie.
Nikodem wrócił do domu i zaraz zatelefonował do
Krzepickiego, oznajmiając, że sprawa jest na dobrej
drodze.
Następnie zabrał się do czytania od dawna nie
otwieranych listów Niny. Szukał w nich potwierdzenia
trwałości jej uczuć. Słowa i ton listów nie
pozostawiały w tym względzie najmniej
szych wątpliwości. Wszystkie przepełnione były
miłością i skargami na mękę tęsknoty, wspomnieniami
chwil wspólnie spędzonych i marzeniami o przyszłym
szczęściu we dwoje.
<strona 211>
W jednym z listów znalazł wzmiankę o żalu, z jakim
porzuci Koborowo, w którym się urodziła i które mówi
do niej wyrazem jasnych lat dziecinnych.
Dyzma uśmiechnął się, zatarł ręce i otworzył
biurko. Z paczki papierów wyjął drukowany formularz i
zaczął uważnie czytać. Była to plenipotencja,
uprawniająca pana Nikodema Dyzmę do
wszelkich czynności finansowych i prawnych w imieniu
Niny Kunickiej. Plenipotencję tę wręczył mu zaraz po
jego przyjeździe do Koborowa Kunicki.
Dyzma złożył arkusz starannie i wsunął do
pugilaresu.
Gwizdał wesoło, zdejmując ubranie, i z rozmachem
położył się do łóżka. Jego myśli całkowicie
zajęte były wielką grą, którą rozpoczął, a były
to myśli radosne i emocjonujące.
I nagle, ni z tego, ni z owego, w tej samej chwili, gdy
przekręcił kontakt stojącej na nocnym stoliku lampy i
gdy pokój zaległa ciemność, jak obuchem uderzyła go
świadomość. Zamordowano Boczka"
Znieruchomiał. "Zamordowano na mój rozkaz... Za
moje pieniądze... Ja zamordowałem Boczka...
Cholera!"
Uparta myśl zdawała się wsysać w mózg. Czy te? jest
życie pozagrobowe, czy prawda, co mówią o duchach?...
Wtem na przeciwległej ścianie dojrzał jakiś ruch w
ciemności... Jakiś tworzący się kształt...
Włosy zjeżyły się mu na głowie i rozdygotaną ręką
sięgnął do kontaktu. Zawadził jednak rękawem
pidżamy o abażur i lampa z łoskotem spadła na
ziemię.
Zdrętwiał. Kształt posuwał się ku łóżku.
Cała krew zbiegła się do serca, z krtani wyrwał się
przeraźliwy, długi okrzyk. Jeden, drugi, trzeci,
czwarty...
Sekundy zdawały się godzinami.
Nagle usłyszał człapanie pantofli. Przez szparę
sąsiednich drzwi wpadła smuga światła i na progu
sypialni stanął Ignacy z rewolwerem w ręku.
- Co się stało?
- Zapal prędzej światło.
Macanie ręką po ścianie i miękki trzask kontaktu.
Pokój zalało światło, oślepiające, rozkoszne,
zbawcze światło.
<strona 212>
- Co się stało, panie prezesie? Dyzma usiadł na
łóżku.
- Nic. Przez sen zdawało mi się... że ten... że
złodziej... - A ja się przestraszyłem. No, chwała
Bogu.
- Nerwowy jestem. Wiesz co, Ignacy, weź swoją
pościel i będziesz tu spał na otomanie.
- Jak pan rozkaże.
- Aha, i idź do kredensu, nalej mi szklankę wódki i
przynieś. To dobrze mi zrobi.
Gdy wypił dwoma haustami i zjadł na przekąskę jakiś
czerstwy pasztecik, a Ignacy ułożył się na otomanie,
Nikodem uczuł zupełny spokój.
- Tfu, baba ze mnie - powiedział do siebie,
odwrócił się do ściany i zasnął kamiennym snem.
<strona 213>
|