Przez szczelinę ciężkich firanek wdarła się do
pokoju czerwona smuga zachodzącego słońca.
Nikodem ociężałym ruchem sięgnął po zegarek. Była
szósta.
Dziwne. Nie czuł ani bólu głowy, ani niesmaku w
ustach, jak zwykle po większych pijaństwach.
Był tylko straszliwie osłabiony.
Każdy ruch, ba, każde podniesienie powiek wydawało
się mu ciężkim trudem.
A jednak trzeba było wstawać. Musi przecie jechać do
Warszawy. Co sobie w banku pomyślą...
Zadzwonił. Zjawił się sztywny lokaj i oznajmił, że
kąpiel jest przygotowana.
Dyzma leniwie wciągnął na siebie pidżamę i
przeszedł do łazienki. Tu, spojrzawszy w lustro, aż
się przeraził: blady był jak płótno, pod oczyma
wystąpiły dwa sine szerokie półkola.
- Cholera - zaklął - urządziły!...
Ubrał się i powłócząc nogami zszedł na dół.
Tu czekała nań pani Koniecpolska, która na powitanie
omdlałym ruchem podała mu rękę.
- Głodny pan?
- O, nie, dziękuję.
Spojrzał na nią spod oka i spotkał figlarny, jak
zwykle, wzrok. Zaczerwienił się po same uszy.
"To cholera - pomyślał - ani się zawstydzi.
Bo chyba nie mogła zapomnieć?"
- Chciałbym jechać - odezwał się po pauzie. -
Ależ proszę, samochód do pańskiej dyspozycji.
W pożegnaniu nie było nic szczególnego i to właśnie
jeszcze
<strona 187>
bardziej detonowało Nikodema. Gdy auto skręciło na
szosę, obejrzał się.
- To świnie! - rzekł z przekonaniem.
- Słucham jaśnie pana - odwrócił się szofer. -
Jedź pan, jedź pan, nie do pana gadam.
- Przepraszam.
Rozmyślał o ubiegłej nocy. Czuł trochę strachu.
Wspomnienie, że wszystko to odbywało się nie bez
udziału diabła, gniotło go najbardziej. Natomiast
cieszył się z odkrycia, że w tych najwyższych sferach
towarzyskich ma takież prawa jak każdy hrabia czy
książę. Ba, większe. Muszą go słuchać, a niech na
którą z nich tylko palcem kiwnie, to przyjdzie jak
pierwsza lepsza z ulicy.
Jakże inaczej wyobrażał je sobie, ilekroć widywał te
dumne i eleganckie damy...
Roześmiał się z zadowoleniem.
"Prawdę mówi Krzepicki: wszystkie takie same
dziwki..." Zaczął padać deszcz. Gdy samochód
zatrzymał się na Wspólnej, lało jak z cebra.
Szybko przebiegł chodnik i wszedł do bramy. Gorzej
było ze schodami. Wchodził na nie tak, jakby dźwigał
wielki ciężar. "Urządziły, choroba!"
Ignacy powitał pana oznajmieniem, że przez wczorajszy i
dzisiejszy dzień było z dziesięć osób, a pan
sekretarz kilka razy, i ciągle dowiaduje się telefonem,
czy pan prezes nie przyjechał. A najgorszy to był jeden
nachał. Wymyślał i koniecznie chciał sam obejść
mieszkanie, bo nie wierzył, że pana prezesa nie ma...
Mówił, że pan prezes chowa się przed nim...
- Jak wyglądał? - zapytał Dyzma.
- Taki niski, gruby.
- Nie mówił, jak się nazywa?
- Mówił, jakoś Bączek czy coś...
- Cholera! - zaklął pan prezes. - Czego ten drań
jeszcze chce?!
- Jakby przyszedł, panie prezesie, to ja mogę go
zrzucić ze schodów - ofiarował się Ignacy.
- Nie, nie trzeba.
Zadzwonił telefon. Mówił Krzepicki. Są bardzo ważne
sprawy, czy może przyjechać zaraz?
<strona 188>
- Stało się co?
- Nic, nic nadzwyczajnego.
- No, to czekam.
Kazał Ignacemu przygotować czarną kawę i położył
się na kanapie.
Zastanowił się, czy opowiedzieć Krzepickiemu wszystko,
co go spotkało u hrabiny Koniecpolskiej... Doszedł
jednak do przekonania, że mogłoby to uchodzić za
zdradę, a ryzykować nie chciał.
Ignacy przyniósł listy. Była to tylko prywatna
korespondencja, której nie otwierał sekretarz, a
składała się z trzech nowych listów od Niny oraz z
niezwykle długiej depeszy Kunickiego, który prosił
Dyzmę o śpieszne zajęcie się sprawą podkładów
kolejowych, gdyż kwestia stała się szczególnie
aktualna.
Przy czytaniu tej depeszy zastał Dyzmę Krzepicki.
Zaczął od żarcików na temat wycieczki z hrabiną
Lalą, opowiedział kilka anegdotek, mimochodem
napomknął, że w banku wszystko w porządku, i lekko
zapytał:
- Kto to jest, panie prezesie, ten Boczek?
Nikodem zmieszał się.
- Boczek?
- Tak, taki tłusty facet. Codziennie przychodzi do
banku i tak nachalnie domaga się audiencji u pana
prezesa, jakby pewien był, że pan go przyjmie. Czy to
znajomy pana prezesa?
- Tak, owszem...
- Bo, wie pan, wydawało mi się, że to wariat.
- Dlaczego?
- No, bo gdy mu powiedziałem, że pan prezes przyjmuje
w piątki, ten zaczął awanturować się. "Co to,
powiada, w piątki, w piątki to wielki pan prezes może
przyjmować, kogo chce, a zobaczysz pan, jeszcze panu
uszu natrze, że mnie nie wpuszczasz. Już ten wasz
wielki prezes, powiada, to u mnie nie będzie taki
fisz..."
Dyzma siedział czerwony jak burak.
- I co jeszcze mówił?
Krzepicki zapalił papierosa i dorzucił:
- Awanturnik i gbur... Pozwolił sobie nawet na jakieś
idiotyczne groźby pod pańskim adresem, że to on panu
pokaże i tak dalej...
<strona 189>
Nikodem zmarszczył brwi i bąknął:
- Tak... Panie Krzepicki, jakby on znowu przyszedł,
wpuść go pan do mnie... To taki .narwaniec... Zawsze
był taki...
- Dobrze, panie prezesie.
Powiedział to całkiem po prostu, lecz Dyzma nie
wątpił, że Krzepicki albo już coś wywąchał, albo
chce wywąchać. Postanowił za wszelką cenę zmusić
Boczka do milczenia.
Krzepicki został u Nikodema na kolacji. Rozmowa zeszła
na Koborowo i Dyzma powiedział z westchnieniem:
- Jakże to miło jest mieszkać na wsi, żyć
spokojnie...
- Dobre wspomnienia ma pan prezes z Koborowa -
zauważył Krzepicki. - A to ładny majątek! Cóż,
niech pan rozwiedzie Ninę z Kunickim i ożeni się.
- Ba - kiwnął głową Dyzma - gdyby Koborowo
było jej, to w trymiga!
- Ale przecież nominalnie ona jest właścicielką?
- To i co? Kunicki ma plenipotencję bez ograniczeń.
- Plenipotencję można cofnąć.
Nikodem wzruszył ramionami. - Ale weksli cofnąć nie
można. Krzepicki zamyślił się i zaczął gwizdać.
- Ot, co - dorzucił Dyzma - guzik! Krzepicki nie
przestawał gwizdać.
- Co mamy jutro? - zapytał Nikodem.
- Jutro... Nic specjalnego. Ale owszem, jest
zaproszenie do cyrku. Wielka ma być sensacja.
Przyjechał ten największy siłacz światowy,
zapomniałem, jak się nazywa, ale ma walczyć z mistrzem
Polski, Wielagą. Pan prezes lubi walki francuskie?
- Owszem. To pójdziemy? O której to? - O ósmej.
Pożegnał sekretarza i położył się spać.
Nakładając pidżamę zauważył, że ma na szyi złotą
gwiazdę. Czym prędzej zdjął ją, wpakował do
pudełka od zapałek i schował w biurku, a gasząc
światło przeżegnał się na wszelki wypadek.
Nazajutrz oczekiwania jego sprawdziły się. O pierwszej
zjawił się Boczek. Istotnie zachowywał się z wielką
pewnością siebie. Z daleka wiało od niego wódką.
Dyzma zmienił taktykę.
<strona 190>
Podał Boczkowi rękę, podsunął mu krzesło i
zapytał, jak mógł najuprzejmiej, czym może służyć.
Natomiast Boczek, tym pewniej się czując, nie
krępował się ani w słowach, ani w gestach. Posunął
się nawet do takiej poufałości, że klepnął pana
prezesa po ramieniu.
Tego Dyzmie było już zanadto. Zerwał się z miejsca i
wrzasnął: - Wont! Cholero! Wont!
Boczek patrzał nań jadowicie i wstał.
- Popamiętasz jeszcze mnie, widzisz go, szyszka!
- Czego ty chcesz ode mnie? Pieniędzy, draniu, chcesz?
- pienił się Dyzma.
Boczek wzruszył ramionami. - Pieniądze też
przydadzą się. - Uuu... swołocz!...
Nikodem wyjął z kieszeni dwadzieścia złotych, po
namyśle dorzucił drugie dwadzieścia.
- Czego pan piekli się, panie Nikodem - pojednawczo
zaczął Boczek - przecie ja panu żadnej krzywdy nie
chcę zrobić...
- Nie chcę, nie chcę, a czego pan mordę rozpuszczasz
przy moim sekretarzu, co?
Boczek usiadł.
- Sza, panie Nikodem. Czy nie lepiej nam żyć w
zgodzie? Pan mnie pomożesz, a ja panu szkodzić nie
będę...
- To nie dałem może panu posady?
- Co mi za posada - wzruszył ramionami Boczek. -
Osiem godzin człowiek tyra za głupie czterysta
złotych. A przy tym w fabryce taki huk, że nerwy nie
strzymają. To nie dla mnie...
- Może pana ministrem zrobić, co? - zadrwił Dyzma.
- Co pan kpisz, panie Nikodem, a niby dlaczego pana
zrobili prezesem banku?
- Bo rozum mam, rozumiesz pan?
- Każdy ma swój rozum. A ja tak myślę, że jeżeli
pan możesz być prezesem, to mnie wprost niehonorowo,
żebym ja, dawniejszy pański zwierzchnik, nie miał
pensji choćby z osiemset złotych.
- Zwariowałeś pan, panie Boczek? Osiemset złotych,
któż to panu da?
<strona 191>
- Tylko bez bujania, panie Nikodem, już ja wiem, że
jak się pan postarasz, to niejeden taki znajdzie się,
co da.
W oczach Dyzmy zabłysła nienawiść. Powziął nagle
postanowienie.
- No, dobrze, panie Boczek, widzę, że muszę... Hm...
mogę pana zrobić zastępcą dyrektora Państwowych
Składów Spirytusowych... Chcesz pan?
- To już pewno będzie lepiej. To może z mieszkaniem
dostanę? Rodzinę trzeba będzie przecież sprowadzić.
- Pewno, że jest i mieszkanie. Ładne mieszkanie,
cztery pokoje, kuchnia i opał darmowy, i światło.
- A pensja?
- Pensja będzie z tysiąc złotych.
Boczek rozrzewnił się. Wstał i wziął Dyzmę w
objęcia.
- No widzisz pan, panie Nikodem, my swojaki z jednych
stron, to musimy się wspomagać.
- Pewno - potwierdził Nikodem.
- Zawsze byłem pańskim przyjacielem. Inni odsuwali
się od pana, że to, powiadali, bękart, niby z
nieprawego łoża, podrzutek... - Przestań pan, do
cholery!
- Toż mówię, inni tak w całym Łyskowie na pana, a
ja nic i nawet w swoim domu pana przyjmowałem...
- Wielkie mecyje - pogardliwie skrzywił się Dyzma.
- Kiedyś były wielkie - flegmatycznie zauważył
Boczek ale co będziemy się spierać.
Nikodem siedział ponury jak noc. Wypomnienie tego, że
jest podrzutkiem, skręciło mu wnętrzności. Nagle z
całą jasnością uprzytomnił sobie, że dla nich
dwóch, dla niego i dla Boczka, za mało miejsca w
Warszawie... Nie tylko w Warszawie.
Wypogodzony wyraz twarzy Boczka znikłby bez śladu,
gdyby mógł on teraz odczytać myśli swego dawnego
podwładnego.
- Tak panu powiem, panie Boczek - zaczął Dyzma -
przyjdź pan jutro i przynieś pan swoje papiery,
wszystkie papiery, bo wystarać się o taką posadę dla
pana, to nie byle co. Trzeba będzie dużo nagadać się
i wytłumaczyć, że pan potrafisz być zastępcą
dyrektora.
- Serdeczne dzięki, nie pożałuje pan tego, panie
Nikodem.
- Wiem, że nie pożałuję - mruknął Dyzma -
teraz jeszcze
<strona 192>
jedno: ani słówkiem nikomu, bo na to miejsce amatorów
ze sto będzie, rozumiesz pan?
- Juści rozumiem.
- No to fertig. Jutro o jedenastej.
Zapukano do drzwi i w progu ukazał się Krzepicki.
Boczek chytrze mrugnął do Dyzmy i skłonił mu się tak
nisko, jak tylko pozwalała mu jego tusza.
- Najniższe uszanowanie panu prezesowi, będzie
załatwione wedle rozkazu pana prezesa.
- Do widzenia, możesz pan iść.
Nikodem spostrzegł, że Krzepicki, udając zajętego
trzymanymi w ręku papierami, spod oka obserwował
znikającego za drzwiami Boczka.
- No, cóż tam, panie Krzepicki?
- Wszystko w porządku. Oto zaproszenie do cyrku. - A
prawda, idziemy.
- Dzwoniła jeszcze hrabianka Czarska, ale
powiedziałem, że pan prezes zajęty.
- To szkoda.
- Che, che, che! Rozumiem pana prezesa. Te panny
Czarskie to fin-fin:.. W zeszłym roku...
Nie dokończył, gdyż do gabinetu wpadł, nie zamykając
za sobą drzwi, pułkownik Wareda.
- Serwus, Nikuś! Gdzie to ciebie anieli noszą! -
Jak się masz, Waciu.
Krzepicki skłonił się i wyszedł.
- Wiesz, bracie - zawołał pułkownik - zaszedłem
tu do ciebie, bo przyszło mi na myśl, czy nie
wybrałbyś się do cyrku, dziś przyjechał, wiesz, ten
Tracco, najsilniejszy człowiek świata, będzie walczył
z naszym mistrzem Wielagą.
- Wiem, nawet wybieram się.
- A to klasa! - klepnął Dyzmę po kolanie. -
Będzie cała paczka. Uszycki, Ulanicki, Romanowicz z
żoną...
Odezwał się telefon. - Halo!
Krzepicki oznajmił, że znowu dzwoni panna Czarska, czy
połączyć?
- Dawaj pan... Halo!... Tak, to ja, dzień dobry
pani...
<strona 193>
Zasłonił tubę ręką i szepnął do Waredy: - To
hrabianka Czarska!
- Fiu... fiu... - pokręcił ten głową.
- Ależ nie przeszkadza pani. Wprost naprzeciw, bardzo
mi przyjemnie...
Przytrzymał słuchawkę ramieniem i zapalił papierosa,
którym go poczęstował pułkownik.
- Ależ, proszę pani, ja na literaturze nie znam
się... Słowo honoru... A kiedy to?
- ...No dobrze, dobrze... A jakże zdrowie
siostrzyczki? Wie pani, i ja też, ale o tym przez
telefon lepiej nie mówić... Co, do teatru? Eee... wie
pani co, czy nie chciałyby panie pójść ze mną do
cyrku?... O nie, dziś walczy najsilniejszy człowieka
świata... Jak?... Wacek, jak się on nazywa?
- Włoch, Tracco... Nie, tu u mnie siedzi mój
przyjaciel, Wareda...
- Nikuś, powiedz jej, że rączki całuję.
- Rączki pani całuje... Będzie, a jakże... No, to
dobrze się składa. Zajadę po panie moim samochodem...
Do widzenia.
Położył słuchawkę i uśmiechnął się. - Ach te
baby, te baby!...
- Pójdą? - zapytał pułkownik. - Jeszcze by nie!
- No to chodź, jedziemy na obiad. - Zabierzemy i
Krzepickiego.
- Jak chcesz - zgodził się Wareda.
W restauracji spotkali Ulanickiego i od razu zrobiło
się wesoło. - Znacie już tę anegdotę o buldogu i
pinczerku? Gadajcie, co? - zapytał, gdy podano kawę.
- Uważaj! - ostrzegał Wareda. - Nie zapominaj,
że kto powie stary kawał, stawia butelkę koniaku.
- Nie mądrzyj się, Wacuś - skarcił go z poważną
miną Ulanicki. - Likurgiem, który tę zasadę prawną
ustanowił, byłem przecie ja sam we własnej osobie. Ale
słuchajcie. Otóż siedzi sobie na rogu Marszałkowskiej
wyżeł...
- Mówiłeś, buldog...
- Nie zawracaj kontrafałdy. Siedzi sobie wyżeł i
patrzy, a tu z Ogrodu Saskiego pędzi buldog, olbrzymi
buldog...
<strona 194>
Dyzma wstał i bąknął:
- Na chwilę przepraszam.
- Znasz ten kawał? - zapytał Wareda. Nikodem nie
znał, lecz odpowiedział:
- Znam.
Prędko włożył płaszcz i wybiegł drzwiami,
uchylonymi prze&127; portiera.
Szofer nacisnął starter i otworzył drzwiczki.
- Możesz pan jechać do domu - powiedział Dyzma.
Stał chwilkę na chodniku, zanim auto odjechało, po
czym poszedł w kierunku Bielańskiej i wsiadł do
taksówki.
- Róg Karolkowej i Wolskiej.
Kiedy jeszcze był mandolinistą w barze "Pod
Słoniem", często odwiedzał z kolegami i
przygodnymi kompanami tamte strony. Goście w barze
czasami w przypływie dobrego humoru zabierali ze sobą
orkiestrę.
Na długiej, wąskiej ulicy Karolkowej było ich kilka.
Gdy auto stanęło, Nikodem zapłacił i, odczekawszy,
aż szofer odjechał, skręcił w Karolkową.
Po obu stronach piętrzyły się jednostajne kamienice z
czerwonej cegły: fabryki. Jednostajne mury tu i ówdzie
dzielił wysoki drewniany parkan lub mały drewniany
domek, w którego oknach pobłyskiwało światło małych
żarówek zza żółtych firanek. Były to knajpy
robotnicze, tak mało różniące się jedna od drugiej,
że trudno byłoby je rozpoznać.
Nikodem szedł pewnym krokiem, aż pchnął wąskie
drzwi. Od razu ogarnął go zapach piwa i kiszonej
kapusty. Szeroka lada, oszklona i przysłonięta białymi
firaneczkami, zajmowała połowę niedużej salki,
której kamienną podłogę pokrywały świeże trociny.
Zza zielonej kotary dochodziły głośne dźwięki
harmonii i skrzypiec. Za ladą stał ponury mężczyzna o
czerwonej twarzy i dwie podstarzałe kobiety. W bufetowej
sali tylko dwa stoliki były zajęte.
Nikodem podszedł do szynkwasu. - Większą? -
zapytał gospodarz. - Lej pan - odparł Dyzma. Wypił
i sięgnął po dzwonko śledzia.
<strona 195>
- No co, panie Malinowski, jak idzie?
- Ot, pomału.
- A gra u pana Ambroziak, harmonista Ambroziak?
- Bo co? - nieufnie zapytał gospodarz.
- Nalej pan - powiedział Dyzma i wypił. Przekąsił
grzybkiem.
- Pan mnie nie pamięta, panie Malinowski, co?
- Tylu się ludzi zna - obojętnie zauważył
knajpiarz.
- Jestem Pyzdraj. "Pod Słoniem" na Pańskiej
grałem.
- Na Pańskiej?
- Tak. Mandolinista. Nazywają mnie Pyzdraj.
Restaurator nalał bez prośby kieliszek.
- A tak, owszem... No i jak tam? - Żyje się...
Łyknął wódkę i zapytał:
- A tam - wskazał podbródkiem na kotarę - gra
Ambroziak? Niech pan powie, to mój kolega...
- Gra - lakonicznie odparł restaurator.
Nikodem wziął wykałaczkę w zęby i uchylił zielonego
kretonu. Tu było więcej osób, a orkiestra grała
długo, widocznie na zamówienie.
Jednakże harmonista spostrzegł Dyzmę i gdy tylko
skończyli tango, zbliżył się ku niemu.
- Dobry wieczór, Pyzdraj.
- Dobry wieczór - odparł prawie wesoło. - Z tej
okazji daj pan większe piwo, panie Malinowski.
- No, jak przyszedł stary kompan - dodał harmonista
- to daj pan dwie z kropelkami.
Wypili. - Interes macie? - zapytał Ambroziak.
Nikodem kiwnął głową.
- A wy teraz gdzie pracujecie?
- Ja - odparł po chwili wahania - et, na
prowincji.
- Żyjecie?
- Żyję.
- No, jak macie interes, to siądziem z boku. Wzięli
swoje kufle i poszli pod okno.
<strona 196>
- Ambroziak - zaczął Dyzma - musicie mnie po
starej znajomości zrobić jedną rzecz...
- Jaką rzecz?
- Ludzi mi trzeba trzech, czterech ludzi, takich, co
pietra nie mają, a gładko się załatwią.
- Mokra robota? - zagadnął harmonista przyciszonym
głosem. Nikodem pokiwał się na krześle.
- Jeden facet dojadł mi do żywego.
- Gość polityczny? - zaciekawił się Ambroziak.
- Nie, gdzież tam... taki... drań...
- I co? Trzeba ukatrupić? Nikodem poskrobał się po
ramieniu.
- Nie, po co, tylko zamknąć pysk, żeby nie gadał...
Harmonista wychylił kieliszek i splunął.
- Można, dlaczego nie, tylko trzeba wybulić ze sto
złociszów... Może sto dwadzieścia...
- Dam radę - odparł Dyzma.
Ambroziak kiwnął głową, wstał i znikł za kotarą.
Dyzma czekał.
Po chwili harmonista wrócił w towarzystwie małego
blondyna o uśmiechniętych oczach.
- Poznajomcie się, kolego Pyzdraj, Franek
Lewandowszczak. Blondynek wyciągnął rękę,
niespodziewanie wielką i sękatą. - Kto umarł? -
zapytał wesoło.
- Tak sobie - odpowiedział Dyzma z namysłem -
mały interes.
- Jak interes, to i zagrycha będzie? Nikodem kiwnął
na gospodarza.
- Panie Malinowski, butelka czystej i kotlet wieprzowy.
Ambroziak pochylił się do blondyna.
- Panie Franek, a kogo pan weźmie?
- Myślę, że Antek Klawisz pójdzie i Teść
pójdzie. Starczy.
- We trójkę starczy? - z powątpiewaniem zapytał
Nikodem. - A co? Taki silny?... Szemrany facet czy
zielony?
- Zielony. Z prowincji... Gruby jak beczka.
- Zrobi się - skinął głową Franek - ale za
przeproszeniem, pan to kto jesteś?
<strona 197>
- Co ci, Franek, do tego - wzmieszał się Ambroziak
- mój przyjaciel i tyle. Po co wszędzie suniesz nos?
- Nie sunę, tak przez ciekawość. No to gadaj pan.
Nikodem pochylił się nad stolikiem i zaczął
objaśniać.
Zarówno Lewandowski, jak i harmonista pili, nie
wylewając za kołnierz, a Dyzma dotrzymywał
towarzystwa. Toteż gospodarz wkrótce zabrał pustą, a
postawił pełną butelkę. Również, nie czekając
zamówienia, przyniósł nowy kotlet na zimno i kiszony
ogórek.
Wiedział, że jak ktoś z Lewandowskim "ma
gadanie", to bez sznapsa nie obejdzie się.
Ambroziak kilka razy wstawał, wzywany do orkiestry, i
wracał do stolika. Gospodarz zapalił lampę gazową.
Drzwi raz po raz otwierały się, do knajpy przychodzili
nowi goście.
Prawie wszyscy zamieniali ukłon z Lewandowskim, który
niedbale kiwał głową.
Dyzma dużo słyszał o nim. Nigdy jednak nie
przypuszczał, że ten osławiony awanturnik, przed
którego nożem czuł respekt niejeden na Woli i na
Czystem, wyglądać może tak chłopaczkowato i
łagodnie. W każdym razie wiedział, że w pewne ręce
oddaje sprawę.
Zbliżała się ósma, gdy zapłacił rachunek i
dyskretnie podsunął Frankowi stuzłotówkę.
- I grunt, przeszukać kieszenie, żeby śladu nie
było - powiedział ściskając węzłowatą rękę na
pożegnanie.
Gdy wychodził, Ambroziak odprowadził go do drzwi i po
zapewnieniu, że Franek to marmur-żelazo, poprosił o
pożyczenie dziesięciu złotych, a chowając pieniądze
do kieszeni rzekł nie bez ironii:
- Wy to tam na wsi dorabiacie się. Forsy jak lodu! -
Ot, idzie sobie.
Ulica była pusta. Doszedł do rogu Wolskiej i stanął
na przystanku tramwajowym.
Wkrótce nadeszła "dziewiątka".
Cyrk był pełny. W ogólnym gwarze zmieszanych głosów
ostro odcinały się okrzyki krążących wśród
publiczności chłopców.
- Czekolada, lemoniada, wafle!
<strona 198>
Gdy Nikodem wchodził z pannami Czarskimi, orkiestra
zagrała właśnie marsza i na arenę gęsiego wkroczyli
atleci.
Było ich coś dziesięciu. Mężczyźni ogromnego
wzrostu, o potwornie rozrosłych mięśniach, z byczymi
karkami, w skąpych trykotach, odsłaniających fałdy
skóry porośniętej kępkami włosia.
Szli rytmicznym krokiem, zataczając krąg wokół areny.
Kiedy towarzystwo przedostało się do swojej loży, w
której już siedział pułkownik Wareda, panna Marietta
Czarska roześmiała się:
- Imponujące góry mięsa! Witali się.
- To Mik - poinformował Wareda. - Ma budowę
chłopięcą, ale silniejszy jest od niejednego z tych
hipopotamów. Rozpoczęła się prezentacja.
Atleci stali w szeregu, zaś sędzia przy stoliku jury
wymieniał ich nazwiska.
Przy każdym podawał jakiś tytuł: mistrz Anglii,
mistrz Brazylii, mistrz Europy itp.
Przy dwóch nazwiskach galerie rozbrzmiały oklaskami.
Tak witano mistrza Polski, Wielagę, i olbrzymiego
Włocha, Tracco. Następnie arena opustoszała. Pozostali
tylko dwaj przeciwnicy:
opasły Niemiec o małpio długich rękach i smukły
Mulat Mik, wyglądający przy swym przeciwniku jak
antylopa, która za chwilę zostanie stratowana przez
nosorożca.
Rozległ się gwizdek i przeciwnicy zwarli się.
- Już go wziął! - zawołał Dyzma, widząc, jak
pod samym ciężarem Niemca Mulat zwalił się na dywan.
- Nie, bracie - uśmiechnął się Wareda - trzeba
dobrze namęczyć się, zanim tego piskorza przyciśnie
się na obie łopatki. Istotnie Mulat jednym zręcznym
ruchem wyśliznął się z łap
przeciwnika, a gdy ten chrapiąc z wysiłku podniósł go
w górę, by ponownie rzucić o dywan, Mik
niespodziewanie odbił się jedną nogą od ziemi, co -
mogło się wydawać - ułatwiło tylko manewr
Niemcowi, lecz dało wynik wręcz niezwykły. Mianowicie
smagłe ciało Mulata śmignęło łukiem nad głową
przeciwnika, a że ten trzymał go pod ramionami,
stracił równowagę, padając na wznak. W tejże chwili
Mulat płaskim skokiem znalazł się na jego piersi.
<strona 199>
Sędzia z gwizdkiem w ustach podbiegł w sam czas, by
uchwycić moment, gdy obie łopatki Niemca dotykały
dywanu. A trwało to dosłownie moment, gdyż pokonany z
dzikim rykiem zerwał się, zrzucając swego pogromcę z
taką łatwością, z jaką koń wyrzuca z siodła
niewprawnego jeźdźca.
Jednakże walka była skończona i przewodniczący jury
ogłosił zwycięstwo Mulata, który z uśmiechem
kłaniał się wpół, dziękując za gromkie brawa.
Natomiast pokonany, klnąc, schodził z areny; żegnany
gwizdaniem galerii.
- Ach, jakiż on jest piękny, ten Mulat -
zachwycała się Marietta Czarska. - Jak z brązu!
Panie prezesie, czy to byłby wielki skandal, gdybyśmy
zabrali go ze sobą na kolację?
- Ależ, Marietto - reflektowała ją siostra.
- Chyba nie wypada - powiedział Dyzma, lecz reszta
towarzystwa zaopiniowała, że będzie to równie dobra
atrakcja, jak każda inna, a jeżeli pójdą do gabinetu,
to wszystko będzie w porządku.
Tymczasem na arenie ukazała się druga para.
Dyzma z roznamiętnieniem wpatrywał się w walczących.
W momentach niebezpiecznych tak z emocji zaciskał
dłonie, że te aż trzeszczały w stawach. Przez
zaciśnięte zęby wyrywały się mu raz po raz słowa
zachęty:
- Mocniej, wal go...
Spocone cielska przewalały się po arenie, wśród
stękania i charkotu przyduszonych gardzieli.
Z galerii raz po raz zrywały się okrzyki, gwizdania i
brawa. Pary atletów zmieniały się już kilkakrotnie.
Wreszcie przyszła kolej na walkę, która stanowiła
główną sensację wieczoru.
Naprzeciw siebie stanęli dwaj najsilniejsi przeciwnicy.
Mistrz Polski, Wielaga, o potwornie szerokich ramionach i
herkulesowych barach, z krótkim zdeformowanym nosem i
wygoloną głową, robił wrażenie goryla. Naprzeciw
wyższy i szczuplejszy Tracco o lśniącej skórze, pod
którą grały wielkie supły mięśni, stał na
rozstawionych nogach, przypominających dwa sękate pnie
dębu.
Wśród zupełnej ciszy rozległ się gwizdek.
<strona 200>
Przeciwnicy, nie śpiesząc się i mierząc się
spojrzeniem, szli ku sobie. Obaj oceniali poważnie
czekającą ich walkę, lecz od pierwszego chwytu stało
się jasne, że każdy z nich inną obrał taktykę.
Polak chciał nadać walce błyskawiczne tempo. Włoch
natomiast postanowił przeciągać zapasy jak
najdłużej, licząc na zmęczenie przeciwnika.
Toteż prawie nie opierał się i po kilku chwytach dał
się wciągnąć w piruet i położył się brzuchem na
dywanie.
Wielaga stanął nad nim i usiłował przewrócić go na
wznak. Trwało to kilka minut. Widząc, że nic nie
wskóra, z pasją zaczął nacierać mu kark.
- Co on robi? - zapytała panna Marietta.
Wareda pochylił się ku niej i, nie odwracając oczu od
areny, objaśnił:
- To się nazywa masaż. Uważa pani, bić nie wolno,
ale taki masaż jest dopuszczalny. Tym sposobem rozgniata
się mięśnie karku i znacznie się je osłabia.
- No i skóra od tego boli.
Widocznie i Włoch doszedł do tego przekonania, gdyż
poderwał się nagle i, wymknąwszy się z rąk
przeciwnika, chwycił go w pasie z tyłu.
Miał jednak zbyt krótkie ręce, jak na objętość
Wielagi. Ten bowiem jednym wdechem natężył brzuch i
splecione dłonie Tracca rozsunęły się natychmiast.
Galeria przyjęła ten efekt rzęsistymi oklaskami.
W ogóle od początku nie ulegało wątpliwości, że
wszystkie sympatie widowni są po stronie zapaśnika
polskiego.
Tymczasem walka nie dawała rezultatów, co doprowadziło
Wielagę do nie ukrywanej wściekłości. Podniecały ją
okrzyki z galerii:
- Wielaga, nie daj się! - Wal Italiańca!
- Brawo, Wielaga!
Oczy atlety nabiegły krwią, z piersi wydobywało się
głuche rzężenie.
Walka stawała się coraz gwałtowniejsza. Zwarte ze
sobą ciała pokryły się kroplami potu.
Wielaga z wściekłością atakował przeciwnika, ten
bronił się
<strona 201>
zawzięcie, lecz zawsze w dobrym stylu i zgodnie z
regulaminem, podczas gdy Wielaga nie hamował już
brutalnej żądzy pokonania Włocha, a nawet sędzia
kilkakrotnie musiał interweniować, gdyż używał
niedozwolonych chwytów.
Nagle udało mu się ująć Tracca w straszliwy chwyt,
zwany podwójnym nelsonem. Ogromne jego ręce
przesunęły się z tylu pod ramionami Włocha i zwarły
się na jego karku.
Cyrk zamarł w oczekiwaniu.
Zapaśnicy trwali w kamiennym bezruchu, w bezruchu tak
pełnym wysiłku, że kłęby mięśni zdawały się
rozsadzać skórę. Wielaga cisnął. Twarz Włocha
stała się najpierw purpurowa,
później sina. Oczy wytrzeszczały się męką nie do
zniesienia, z otwartych ust po wysuniętym języku
ściekała ślina.
- Ohyda! - powiedziała panna Marietta i zakryła
oczy.
- On go zamorduje - przeraziła się jej siostra -
panie prezesie, to okropne...
- A niech i skręci mu kark! - odparł Dyzma.
- Wstyd, panie prezesie - denerwowała się Marietta.
- Przecie może się poddać - wzruszył ramionami
pułkownik. Lecz Włoch nie myślał o poddaniu się.
Znosił piekielny ból i było widoczne, że nie ustąpi.
Wielaga też doszedł do tego przekonania, a wiedząc,
że wkrótce rozlegnie się gwizdek sędziego na
przerwę, postanowił za wszelką cenę skończyć.
Nagłym ruchem targnął przeciwnika w bok i, nieznacznie
podstawiwszy mu nogę, rzucił o ziemię i przywalił
sobą na obie łopatki.
Cyrk zatrząsł się w posadach. Ogromny ryk, burza
oklasków i tupanie tysiąca nóg zmieszały się w
hałas, w którym zarówno gwizdek sędziego, jak i
dzwonek przewodniczącego stały się nieme.
- Brawo, brawo, Wielaga! - ryczał Dyzma, aż mu pot
wystąpil na czoło.
Tymczasem zapaśnicy podnieśli się z dywanu.
Wielaga kłaniał się dokoła, natomiast Tracco
podszedł do stolika jury i coś mówił, pocierając
siny kark.
Wreszcie hałas ucichł. Wówczas sędzia wyszedł na
środek areny i oznajmił:
<strona 202>
- Spotkanie zapaśnicze mistrza Polski, Wielagi, z
mistrzem Włoch, Tracco, zostało nie rozstrzygnięte,
gdyż Wielaga położył przeciwnika dzięki podstawieniu
nogi, co jest chwytem niedozwolonym. Jury postanowiło...
Dalsze jego słowa zagłuszył ryk protestów. -
Nieprawda!
- Nie podstawił nogi! - Sędzia kalosz!
- Wielaga zwyciężył! - Precz z Italiańcem!
Wreszcie pozwolono dojść do głosu przewodniczącemu
jury. - Proszę państwa. Walka została nie
rozstrzygnięta, gdyż Wielaga podstawił nogę. Widział
to nie tylko sędzia, lecz i ja.
- Nieprawda, nie podstawił! - krzyknął Dyzma.
- To pan mówi nieprawdę - oburzył się
przewodniczący.
- Że co? - krzyczał Dyzma. - Że co? Jak ja
mówię, że nie podstawił, ja, prezes Państwowego
Banku Zbożowego, to mnie więcej można wierzyć jak
takiemu bubkowi z gwizdkiem.
Cyrk zatrząsł się od oklasków. - Brawo, brawo!
- Prawdę mówi!
Przewodniczący podniósł się z miejsca i zawołał:
- W zapasach wyrokuje jury, a nie publiczność. Walka
została nie rozstrzygnięta.
Nikodem stracił całkiem panowanie nad sobą i ryknął
na cały cyrk:
- A g... !
Efekt był kolosalny. Z galerii podniósł się istny
huragan oklasków, śmiechu i okrzyków, wśród których
słowo użyte przez Dyzmę powtarzało się wciąż.
Nikodem wpakował ręce w kieszenie i powiedział: -
Chodźmy z tej budy, bo mnie szlag trafi. Wychodzili,
śmiejąc się.
- No - mówił pułkownik Wareda - dopiero to ci
zrobi popularność!
- Eee...
- Nie żadne eee... tylko popularność. Jutro cała
Warszawa tylko o tym będzie mówiła. Zobaczysz. Ludzie
lubią mocne słowa..
<strona 203>
Nazajutrz nie tylko mówiono o tym, lecz i pisano. Niemal
wszystkie dzienniki podały szczegółowy i pikantny opis
awantury, a niektóre zamieściły nawet fotografię
bohatera wieczoru. Nikodem był zły na siebie.
- Miałem rację - mówił do Krzepickiego - że
ich rugnąłem, ale teraz gotowi mnie za ordynusa mieć.
- Co tam, drobiazg - pocieszał Krzepicki. - Bo
mnie rozzłościli, dranie!
<strona 204>
|