Państwowy Bank Zbożowy prosperował świetnie.
Eksperyment ekonomiczny udał się ponad wszelkie
przewidywania. Zwróciło to baczną uwagę innych
państw europejskich, a prasa zagraniczna, a zwłaszcza w
krajach rolniczych, domagała się od swoich rządów
zastosowania "metody prezesa Dyzmy".
Sam pan prezes stał ,się osobistością cieszącą się
uznaniem sfer rządowych, a nawet opozycja traktowała go
z szacunkiem, od czasu do czasu nie skąpiąc mu
komplementów.
I nic w tym dziwnego.
Państwowy Bank Zbożowy dzięki jego żelaznej ręce
był podawany jako wzór sprawnej organizacji;
oszczędnej a mądrej gospodarki i rozmachu w akcji.
Nadto zasłynęła pracowitość prezesa Dyzmy.
Człowiek ten odznaczał się bowiem nie tylko
zdumiewającą pomysłowością, lecz pracowitością
niezwykłą. Jego gabinet był niedostępnym sanktuarium,
do którego niezmiernie rzadko wpuszczani byli
interesanci. Jedynie sekretarz Krzepicki miał tam wstęp
nieograniczony. On to codziennie przedkładał prezesowi
sprawozdania poszczególnych szefów działów, on
referował korespondencję, prasę i wszystkie sprawy
bieżące.
Codziennie o godzinie jedenastej zjawiał się u pana
prezesa dyrektor Wandryszewski na krótką konferencję.
Konferencja zaś polegała na tym, że dyrektor
przedstawiał najbardziej skomplikowane sprawy, normalnie
wymagające długiego i gruntownego namysłu, zaś prezes
Dyzma nieodmiennie natychmiast wydawał ostateczną
decyzję:
- Tę propozycję odrzucić. Albo też:
- Załatwić przychylnie.
Początkowo dyrektor miał daleko idące wątpliwości,
jednakże
<strona 153>
z biegiem czasu ku swemu najwyższemu zdumieniu
przekonał się, że decyzje prezesa zawsze są
najszczęśliwsze.
Oczywiście, nie przypuszczał nawet, by w tych decyzjach
jakąkolwiek rolę mogły odgrywać rozmowy prezesa z
sekretarzem Krzepickim.
W tymże czasie patera do biletów wizytowych w prywatnym
mieszkaniu prezesa Dyzmy zaczęła napełniać się
kartami, na których widniały nazwiska nie, tylko
wszystkich grubych ryb politycznych i finansowych, lecz i
bardzo liczne nazwiska arystokratyczne. Nikodem
własnoręcznie, za każdym razem, gdy inne bilety
przykrywały kartę księcia Tomasza Roztockiego,
wydobywał ją i kładł na samym wierzchu.
Wizyty przyjmował rzadko, tłumacząc się nawałem
pracy. Niemniej jednak rewizytował wszystkich, bacząc,
by ściśle przestrzegać przepisów zawartych w
książce "Bon-ton".
Stosunki z panią Przełęską i magiczne słowo
"Oksford" otwarły przed Nikodemem wszystkie
drzwi pluto- i arystokracji. Książę Tomasz nazywał
go głośno nowoczesnym Wokulskim, a multimilioner
Zbigniew Szwarcnagel - Neckerem dwudziestego wieku.
Toteż za rzecz normalną uznano, że gdy powstał ostry
zatarg między rządem z jednej a przemysłem naftowym z
drugiej strony, obie z ufnością zwróciły się do
prezesa Dyzmy, prosząc o arbitraż. Sprawa została
przezeń rozstrzygnięta po salomonowemu. Najpierw
zwlekał z decyzją, co zapewniło mu wdzięczność
przemysłowców, następnie zaś uznał, że premie
wywozowe na ropę nie mogą być stosowane, co
zadowoliło rząd.
Z racji tego arbitrażu prasa ponownie zamieściła
podobiznę Nikodema, z czego ten nie cieszyłby się
wcale, gdyby mógł przewidzieć, jakie to da skutki i w
jak prędkim czasie.
Pewnego dnia urzędował w swym gabinecie, pochłonięty
lekturą kroniki kryminalnej w sensacyjnych dziennikach,
gdy dobiegły go podniecone głosy z sąsiedniego pokoju,
który był gabinetem Krzepickiego.
Wyraźnie ktoś chciał uzyskać audiencję u prezesa i
wbrew wyprosinom Krzepickiego ośmielał się robić
awanturę.
Zirytowało to Dyzmę. Zerwał się i otworzył drzwi.
- Cóż to za wrzask, do diabła!
Krzepicki, który stał tuż przy drzwiach, zameldował:
<strona 154>
- Panie prezesie, tu jakiś Bączek czy Boczek chce
gwałtem... Nie dokończył, gdyż gruby, niski człowiek
wysunął się przed niego i zawołał:
- Serwus, panie Nikodemie, to ja.
Dyzma poczerwieniał. Przed nim z wyciągniętą łapą
stał pan naczelnik urzędu pocztowego z Łyskowa. Trzeba
było opanować się. - A dzień dobry - powiedział
- proszę wejść.
Zamknął drzwi, lecz licząc się z tym, że Krzepicki
może podsłuchiwać, odprowadził gościa w najdalszy
kąt pokoju i, siadając na kanapie, wskazał mu
krzesło.
- Czego pan chce, panie Boczek?
Boczek teraz dopiero uczuł się onieśmielony.
- Ja tak po starej znajomości, panie Nikodemie...
- Panie Boczek - przerwał Dyzma - do mnie prezes
Rady Ministrów mówi "panie Nikodemie", a pan
możesz wysilić się na pana prezesa.
- Ja przepraszam, ale tak wyrwało się po dawnemu, po
koleżeńsku... panie prezesie.
- No, o tym pan zapomnij. Czego pan sobie życzy, panie
Boczek?
- Ot tak, z uniżoną prośbą przyjechałem do pana
prezesa, niby po starej znajomości.
- Dobrze, dobrze, więc co?
- O wstawienie się za mną. Od miesiąca już jestem
bez posady, a żona, dzieci...
- Wyleli pana?
- Zwolnili, eee... panie Nik... panie prezesie,
nasłali wrogi jakąś komisję i tam był taki Skowronek
z okręgu, pies, nie człowiek, to on doszperał się
jakichś nieporządków w książce przesyłek
wartościowych, w tej samej, wie pan, co to pan kiedyś
prowadził...
- Ciszej, do cholery, czego pan wrzeszczysz!
Boczek ze zdumieniem otworzył szeroko małe,
zarośnięte tłustymi powiekami oczy. Wcale nie mówił
zbyt głośno, więc?... Czyżby jego dawny podwładny
bał się, by ktoś nie usłyszał, że... Boczek był
dość sprytny, by to spostrzec.
- No więc, czego pan chcesz?
- Prosiłbym pana prezesa o posadę, bo...
<strona 155>
- Nie mam żadnych posad. Wszystko zajęte.
- Pan prezes żartuje. Na jedno kiwnięcie palcem
wielmożnego pana prezesa...
- Ale ja nie myślę kiwać palcem, rozumiesz pan,
panie Boczek? Ani myślę! Dlaczegoż to mam kiwać, co?
Niby z jakiej takiej parady? Jak byłem pod panem, panie
ładny, to pan mnie traktowałeś, pan wyrażałeś się
do mnie, a teraz to koza do woza? Figa z makiem, o!
Boczek siedział ponury.
- Guzik panu, nie posadę! Widzisz go! Wielką szyszkę
kroił, a teraz w pas się zgina.
Nikodem w podnieceniu wstał i tupnął nogą.
- Wiesz pan, z kim masz do czynienia? Z panem prezesem,
z przyjacielem ministrów! Bałwan jeden! Wstać, kiedy
ja stoję! Boczek ociągając się wstał.
- Ja pana mogę zaraz ze schodów kazać zrzucić na
zbity pysk! I nikt słowa nie powiel Wynoś się, pókim
dobry, i gębę na kłódkę, rozumiesz pan?! Ani
słówkiem nikomu o pańskiej z....j poczcie i o tym, że
mnie znasz! Ani słówkiem! A teraz wont!
Boczek nie ruszał się z miejsca i po chwili, patrząc w
podłogę, powiedział:
- Dobrze, ja pójdę... Tylko chciałem powiedzieć,
że co do zrzucenia ze schodów, to niby nie tak
łatwo... Jest jeszcze sprawiedliwość na świecie... A
jakby w jakiej gazecie napisali, że pan prezes swego
byłego zwierzchnika...
- Co? - ryknął Dyzma.
- Czego pan krzyczy, panie prezesie, co pan myśli, że
mi pan język zawiąże? Teraz pańskie na wierzchu, ale
zobaczymy jeszcze. Idę... Do widzenia...
Ukłonił się i ruszył ku drzwiom.
- Czekaj pan! - zawołał Dyzma. Boczek stanął,
patrząc spode łba.
- Czekam, panie prezesie.
- Co pan chciał zrobić?
- Cóż ja mogę zrobić?
- Uuu... gadzina!
- Nikodem splunął na dywan.
Zatarł ślady nogą i siadając za biurkiem wziął
słuchawkę telefonu. Wymienił jakiś numer i po chwili
odezwał się:
<strona 156>
- Tu mówi prezes Banku Zbożowego, Dyzma. Dzień dobry
panu dyrektorowi.
- Dziękuję. Tak sobie, A, panie dyrektorze, czy nie
wsadziłby pan do swojej fabryki jednego faceta?...
- Owszem, niczego, zdolny... tak... tak... Nazywa się
Boczek, Józef Boczek.
- Więc zrobione?... Dziękuję bardzo... zależało
mi, owszem... Do widzenia.
Odwrócił się do uśmiechniętego Boczka i powiedział:
- No, niech tam pana szlag trafi. Dam panu miejsce. -
Dziękuję uprzejmie panu prezesowi.
- Tylko uważaj pan, panie Boczek - podszedł doń i
grubą pięść podniósł pod sam nos byłego szefa -
tylko uważaj pan: mordę na kłódkę!
- Rozumiem, panie prezesie, ani pary z gęby -
ukłonił się i dziobnął nosem w pięść Dyzmy.
Nikodem usiadł przy biurku i na kartce z notesu napisał
adres. - Zgłosi się pan tam jutro o pierwszej.
- Dziękuję panu prezesowi.
Wyciągnął rękę na pożegnanie i cofnął ją, gdyż
Nikodem swoje wpakował do kieszeni.
Ukłonił się jeszcze raz bardzo nisko i wyszedł.
- Cholera! - zaklął Dyzma.
Widział w oczach Boczka nienawiść i chociaż był
pewien, że teraz go nie wysypie, postanowił coś
wymyślić na zaradzenie niebezpieczeństwu.
Tymczasem wszedł Krzepicki z jakąś korespondencją i z
najnowszą plotką, dotyczącą jednego z buchalterów,
który pisze listy miłosne do maszynistki z działu
korespondencji.
- Która to? - zapytał Nikodem.
- Taka ładna brunetka. Siedzi przy oknie.
- A co na to dyrektor?
- Nie wie o niczym.
- Czy nie wylać tego buchaltera?
Krzepicki wzruszył ramionami.
<strona 157>
- Cii... po co? Szkoda go, żonaty, dzieciaty...
- To świnia! Powiedz mu pan, że ja wiem o wszystkim i
żeby uspokoił się z tymi romansami.
Krzepicki kiwnął głową i zaczął streszczać
przyniesione papiery. Nikodem słuchał z roztargnieniem
i wreszcie przerwał:
- A ona jest ładna?
- Kto?
- No ta brunetka.
- Bardzo ładna.
Dyzma uśmiechnął się szeroko.
- A względem tego?...
Krzepicki przysiadł na rogu biurka.
- Panie prezesie, czy to można o jakiej kobiecie coś
wiedzieć, che, che, che, che.
Nikodem klepnął go po kolanie.
- Z pana to też numer! Ale żeby pan wiedział, z
jaką kobietą ja miałem okoliczność, tobyś pan
zdębiał!
- Chyba nie mówisz pan o pani Jaszuńskiej?
- Tfu, klempa!
- A ja ją znam?
- Znasz pan, nie, znałeś pan, jak jeszcze była
panną. No?...
- Pojęcia nie mam.
Nikodem podniósł palec i wyrecytował:
- Pani Kunicka.
- Nina?... Nina?... Niemożliwe!
- Daję słowo honoru.
- Niemożliwe... Dyzma zatarł ręce.
- Pierwszoklaśna baba! Powiadam panu tipes-topes!...
- Niech się pan prezes nie gniewa, ale ja nigdy nie
uwierzę, żeby Nina puszczała się z każdym.
- A kto panu powiedział, że z każdym? Ze mną to nie
z każdym.
- A choćby z panem - upierał się Krzepicki. -
Już ja tam w swoim czasie próbowałem i nic. A teraz,
jak ma męża...
- Idźże pan do bani z takim mężem - zirytował
się Nikodem - stary piernik, gruchot, co ani be, ani
me! A mnie ona kocha, rozumiesz pan, zakochała się w
trymiga!...
<strona 158>
Krzepicki z niedowierzaniem oglądał zwierzchnika. Znał
subtelne usposobienie Niny i nie mógł sobie wyobrazić,
jak ona...
- No co, nie wierzysz pan?
- Wierzę, po kobietach można się wszystkiego
spodziewać. W gruncie rzeczy pomyślał, że fakt ten
jeszcze bardziej potwierdza to, że prezes Dyzma włada
jakąś tajemniczą siłą, której on, Krzepicki, nie
zna i nie rozumie, lecz której objawy widzi na każdym
kroku.
- W ogień rzuciłaby się za mną - dodał
chełpliwie Dyzma.
- A może pan prezes się ożeni?
Wzruszył ramionami.
- Goła.
- A Koborowo? Ona tam pewno ma jakąś część?
- Na papierze to niby całe Koborowo jej własność.
Ale tylko na papierze.
- Zaraz, bo już nie pamiętam, dlaczego?
Dyzma pokrótce wyjaśnił sytuację. Krzepicki
pokręcił głową.
- Hm, ciekawe...
Na tym urwała się rozmowa, gdyż zadzwonił telefon.
Dyrektor Wandryszewski prosił Krzepickiego, by zajrzał
doń na chwilę w ważnej sprawie.
Tegoż wieczora pan prezes Dyzma był na fajfie u
księstwa Roztockich, w pierwszym salonie nie tylko w
stolicy, lecz i całego kraju. Z tego powodu Nikodem
chciał nawet nałożyć frak, żeby było uroczyściej i
bardziej elegancko. Ponieważ zaś "Bon-ton"
wyraźnie nakazywał smoking, na wszelki wypadek
zadzwonił do Krzepickiego i za jego radą zrezygnował z
fraka.
Woźny bankowy Ignacy, pełniący jednocześnie funkcję
lokaja pana prezesa, otwierając przed nim drzwi
oświadczył:
- Jaśnie pan prezes wygląda niczym Valentino!
- Dobrze, co?
- Wszystkie kobity: trup! - uderzył się w piersi
Ignacy. To dodało Dyzmie pewności siebie. W istocie
miał dużą tremę. Co innego ministrowie czy tam pani
Przełęska, a co innego prawdziwa wielka arystokracja.
Kiedyś, jeszcze w Łyskowie, wyobrażał sobie
książąt i hrabiów tak, jak ich poznał w
najpiękniejszej powieści na świecie, w
"Trędowatej". Nawet śniło mu się raz, że
<strona 159>
sam jest ordynatem Michorowskim i jako taki zdobywa
względy młodszej panny Boczkówny, córki tego samego
łajdaka Boczka. Od czasu jednak pobytu w Koborowie i
zawarcia znajomości z tym zwariowanym hrabią nabrał
obawy, że wszyscy arystokraci będą go traktowali na
sposób Ponimirskiego.
To wstrzymało go nawet na czas dłuższy przed bywaniem
w domach arystokratycznych, które go zapraszały.
Ograniczał się do rzucania kart wizytowych i dopiero
wieczór dzisiejszy miał być pierwszą próbą.
Pocieszał się myślą, że , w salonie księcia
Roztockiego od razu znajdzie oparcie o Jaszuńskiego i
Waredę. Istotnie już w sieni ujrzał tego ostatniego,
oddającego garderobę służbie.
Przywitali się serdecznie i razem weszli po szerokich
marmurowych schodach na pierwsze piętro, gdzie już
było kilkanaście osób. Tuż przy progu stał książę
Tomasz, wysoki i smagły brunet
o siwiejących włosach. Rozmawiał z dwoma panami po
niemiecku. - Uważasz, Nikuś - poinformował Wareda
- ten myszkowaty mały to baron Reintz, dyplomata
berliński, rekordzista samochodowy, wiesz?...
- Aha, a ten drugi?
- Hrabia Hieronim Koniecpolski. Wygląda jak burłak
znad Wołgi, po podobno jego matka...
Nie dokończył, gdyż w tej chwili książę Tomasz
spostrzegł Dyzmę i przeprosiwszy towarzyszy zbliżył
się ku nowo przybywającym.
- Witam, witam, nareszcie pan prezes był łaskaw.
Kiedyż, pułkowniku, ujrzymy pana w generalskich
szlifach?... Proszę, panowie pozwolą...
Ruchem ręki skierował ich na prawo i przedstawił
tamtym Dyzmę, pułkownik znał obu od dawna.
Mówiono po niemiecku. Książę podniósł pod niebiosa
geniusz gospodarczy Dyzmy i raz po raz nazywał go
Napoleonem ekonomicznym, na co dyplomata uprzejmie kiwał
głową, a hrabia Koniecpolski przytakiwał żarliwie.
Nagle z kanapy powstała wysoka i niezwykle szczupła
dama. Książę przerwał swój wywód i wziął Dyzmę
pod rękę.
- Pozwoli prezes, że go przedstawię mojej żonie. Od
dawna pragnęła pana poznać.
<strona 160>
Wyprowadził go na spotkanie chudej damy. mogącej
liczyć równie dobrze lat dwadzieścia pięć, jak i
czterdzieści. Uśmiechnęła się już z daleka i nim
książę zdążył wymienić nazwisko Nikodema,
zawołała:
- Ależ wiem, wiem, już mi powiedziano. Witam pana,
prezesie. Jakże się cieszę, że nareszcie mam
możność podania ręki człowiekowi który uratował
egzystencję rdzenia narodu, jakim jest ziemiaństwo.
Wyciągnęła ku Dyzmie szeroką brzydką rękę z małym
skromnym pierścionkiem.
- Rolnictwo, rolnictwo - lekko poprawił książę.
- Czyż to nie synonim? - uśmiechnęła się
księżna do Nikodema.
- Przepraszam państwa - skłonił się jej mąż -
ale mam obowiązki gospodarza.
- Czy zechce pan być przedstawiony hrabinie
Koniecpolskiej? To pańska wielbicielka. Chociaż
wychowała się w Wiedniu i bardzo źle mówi po polsku,
żywo się interesuje naszymi sprawami. A propos, woli
pan mówić po niemiecku czy angielsku?
- Wolę po polsku.
- Ach, to bardzo patriotyczne. Rozumiem pana. Można
poznać języki obce, by zaznajomić się bezpośrednio z
literaturą obcą, ale przecie najwyżej cenić swój
własny. Na przykład Jean Ogiński... zna pan
Ogińskiego?...
- Bardzo mało...
- No tak, przyznaję, że to trochę dziwak, lecz kto
wie, czy nie stanie się jednym z zasłużonych dla
ojczyzny dzięki temu odkryciu. Mianowicie lansuje on
hasło: mówmy z cudzoziemcami jedynie po polsku! To
ładnie, prawda? Bo istotnie, dlaczego w Paryżu czy w
Londynie my musimy używać ich języka? Niechże i oni,
bawiąc u nas, używają naszego.
- To prawda, tylko oni nie umieją...
- Ach, rozumiem, teoria bankrutuje w praktyce. Toteż
ma prezes rację, że Jean Ogiński jest dziwakiem.
Zbliżyli się do kącika, gdzie siedem czy osiem osób,
przeważnie panie, prowadziło ożywioną rozmowę.
<strona 161>
Panowie wstali i wymawiając swe nazwiska mocno ściskali
ręce Nikodema. Pani Lala Koniecpolska zaszczebiotała
coś uprzejmego po niemiecku, jakiś sztywny pan w
monoklu wypowiedział cedząc słowa zdanie angielskie, z
którego Nikodem zrozumiał tylko swoje nazwisko
powtórzone dwukrotnie.
Speszył się i chciał uciec, lecz księżna już
znikła, a jemu pod[sunięto krzesło.
Usiadł, nie było innego wyjścia, i uśmiechnął się
bezradnie. Zapanowała cisza i Dyzma pojął, że musi
coś powiedzieć. Czuł w mózgu rozpaczliwą pustkę i
złość, że zaatakowano go w trzech niezrozumiałych
dlań językach. Chciał coś powiedzieć i nie mógł.
Sytuację uratował tęgi łysy jegomość, siedzący
obok hrabiny Koniecpolskiej, odezwawszy się:
- Zatem mamy możność sprawdzenia, że fama o
małomówności pana prezesa nie jest legendą.
- Nareszcie coś po polsku! - wyrwało się
Nikodemowi. Był tak podniecony beznadziejnością swej
sytuacji, że mimo woli wypowiedział to, co, zdawało
się mu, grzebie go do reszty.
Towarzystwo roześmiało się i Dyzma ku swemu zdumieniu
spostrzegł, że nie tylko nie popełnił gafy, lecz
powiedział coś dowcipnego.
- Pan prezes jest wrogiem języków obcych? -
zapytała młoda panna o wąskich ustach i brwiach tak
wyskubanych, że wyglądały jak niteczki.
- Nie, bynajmniej! - ochłonął Dyzma. - Ja tylko
uważam, że pan Ogiński ma rację. Trzeba znać języki
obce dla literatury i dla zagranicy, a mówić po polsku.
- Ach - zawołała hrabina Koniecpolska - a gdy
ktosz nie potrafił?
Dyzma zastanowił się i odparł:
- To niech się nauczy.
- Brawo, brawo - rozległy się głosy.
- Tak się rozcina węzły gordyjskie - z
przekonaniem zaopiniował krępy brunet w złotych
binoklach - to ma ścisły związek z naszą
godnością państwową.
Sztywny pan w monoklu przechylił się do siwiejącej
damy i po. wiedział niemal głośno:
<strona 162>
- Szambelan Jego Świątobliwości znów nas
poczęstuje mocarstwem. Przyszły hetman koronny!
Wszyscy uśmiechnęli się, zaś krępy brunet
zaoponował:
- Ordynacie, żartami tych kwestii nie zbywa się.
Zawsze będę twierdził, że dwie drogi prowadzą do
mocarstwowego rozwoju naszej kochanej ojczyzny:
podniesienie naszej godności i związki rodzinne z
wielkimi rodami europejskimi. Dlatego cieszę się, że
mamy dziś w naszym gronie męża stanu i człowieka
czynu, który stał się moim poplecznikiem. Albowiem...
Mówił dalej, a tymczasem Nikodem, korzystając z tego,
że pan w monoklu poczęstował go papierosem, zapytał:
- Dlaczego powiedział pan o tym panu, że to przyszły
hetman? - Jak to? Prezes nie wie? To przecież poseł
Laskownicki, ziemianin spod Krakowa. Ot, nieszkodliwy
snobizm... Uważa się za magnata, bo żonaty z
baronówną von Lidemark...
- ...idea myśli mocarstwowej - ciągnął
Laskownicki - od wieków była pielęgnowana właśnie
w naszej sferze. Nie zapominajmy, że Czarniecki
przepłynął przez morze, że Żółkiewski zajął
Moskwę, że Jan Warneńczyk zdobył Wiedeń...
- Wszystko to prawda - przerwał łysy hrabia -
ale, kochany przyjacielu, dziś mamy inne czasy.
- A cóż to szkodzi? Dawniej karmazynowie przelewali
swą błękitną krew na rubieżach, dziś my wewnątrz
ojczyzny pozostaliśmy spadkobiercami idei mocarstwowej,
niespożytą twierdzą, skarbnicą tej myśli!
- Zdaje się - powiedziała matowym głosem
siwiejąca dama że w naszej skarbnicy pozostała
niestety tylko idea.
Pan w monoklu, nazwany przed chwilą ordynatem, odparł z
półukłonem w stronę Nikodema:
- Miejmy nadzieję, że wkrótce zapełni się bardziej
konkretną treścią.
Hrabina Koniecpolska z uroczym uśmiechem zwróciła się
do Dyzmy:
- Ach, sagen Sie, bitte, Herr Praesident... ach,
pardon... Mosze mi pan powi, jak sze robi taki szwietny
pomysl?
- Jaki pomysł?
<strona 163>
- No, ten jenialna pomysl z te obligacja zborżowa?
Nigdy nie widziałam ludzi, no... no...
- Pomysłowych? - zagadnął ordynat.
- Mais non, ludzi w die Oekonomie takich, jak par
exemple w muzice Strawiński.
- Aha - wyjaśnił łysy pan - pani Lali chodzi o
twórców nowych prądów!
- Tak, tak - potwierdziła - jestem ciekawy, jak to
sze wymiśli?
Nikodem wzruszył ramionami.
- Całkiem prosto. Człowiek siądzie, pomyśli i
wymyśli.
Dla ilustracji oparł na chwilę głowę na ręku.
Wywołało to głośny śmiech całego towarzystwa. Pani
w popielatej sukience, dotychczas milcząco obserwująca
Dyzmę przez lorgnon, skinęła głową.
- Pan, prezesie, jest naprawdę nadzwyczajny. Pański
rodzaj humoru przypomina mi Buster Keatona: nieruchoma
maska znakomicie podkreśla dowcip.
- Pan jest sloszliwy - robiąc nieco urażoną minkę
powiedziała hrabina Lala - ja pytala, czy to trudno
wymiślić cosz, taki pomysl?
- Nie - odparł Dyzma - całkiem łatwo. Trzeba
tylko mieć trochę do myślenia...
Nie mógł sobie przypomnieć, czy w "Słowniku
wyrazów obcych" nazywało się to inwencją czy
intencją? Na wszelki wypadek zakończył:
- Mieć trochę... intencji.
Znowu rozległ się śmiech, a siwiejąca dama zawołała
do zbliżającej się pani domu:
- Jeannetto! Twój prezes jest czarujący!
- No i co za esprit d'a propos - dorzuciła młoda
panna z oskalpowanymi brwiami.
Księżna była uszczęśliwiona. Wprawdzie Dyzma nie
zrobił takiej furory, jak sprowadzony na poprzedni fajf
podobno autentyczny kuzyn Alain Gerbaulta, jednakże i
dziś wszyscy byli zadowoleni z atrakcji. Świadczyło o
tym wciąż rosnące koło osób, które otoczyło
Nikodema.
Między innymi Dyzma przywitał się ze szczupłą starą
damą,
<strona 164>
którą spotkał dawniej na brydżu u pani Przełęskiej.
Była to baronowa Lesner, przed którą pani Przełęska
widocznie nie miała wielu tajemnic, gdyż ta zapytała z
miejsca Dyzmę, czy nie wie, jak się ma "ten biedny
George Ponimirski!"
- Dziękuję, niezgorzej.
- Ach, to pan zna Ponimirskiego? - zainteresowała
się panna bez brwi.
- Jeszcze jak - odparł - to mój kolega z
Oksfordu.
Zaczęła się rozmowa o rodzinie Ponimirskich, którą
wszyscy tu dobrze znali. W pewnym momencie zabrał głos
poseł Laskownicki: - Co za straszna tragedia tego
domu! Wydali córkę za jakiegoś lichwiarza, jak on się
nazywa?
- Kunicki - podpowiedział Nikodem.
- Straszne - ciągnął poseł - niedobrane
związki małżeńskie ograbiają naszą sferę z...
- Panie pośle - przerwała księżna -
przepraszam, że przerywam, ale chciałam zapytać... -
a gdy zbliżył się do niej, dodała szeptem: - Niech
pan uważa, prezes Dyzma jest, zdaje się, spokrewniony z
Ponimirskimi.
Tymczasem mówiono o pani Przełęskiej. Baronowa
utrzymywała, że pani Przełęska na pewno przekroczyła
pięćdziesiątkę, natomiast ordynat twierdził, że nie
doszła do czterdziestu pięciu. Nikodem uważał za
stosowne sprostować:
- Pani Przełęska ma trzydzieści dwa lata.
Wszyscy ze zdumieniem nań spojrzeli, zaś łysy hrabia
zapytał: - Skądże pan to wie, panie prezesie? Czy to
nie za mało czasami?
- Co znowu - obruszył się Dyzma - wiem z całą
dokładnością. Mówiła mi to sama pani Przełęska.
Powiedział to w najlepszej wierze i zdumiał się, że
znowu wszyscy wybuchnęli śmiechem, a pani Koniecpolska
po raz dziesiąty powtórzyła, że jest
"sloszliwy".
Pomimo znacznego otrzaskania się w tym towarzystwie,
Dyzma uczuł wielką ulgę, gdy spostrzegł
Jaszuńskiego. Przeprosił wszystkich i poszedł ku
niemu. Po chwili obaj stali we framudze okna. Jaszuński
opowiadał jakąś anegdotę.
- Niezwykły człowiek - rzekł poseł Laskownicki.
<strona 165>
- Z kim on tam rozmawia? - zapytała siwiejąca dama.
- Ach, tak. Ten prezes Dyzma... Widać, że nawet
prowadząc lekką konwersację waży w głowie poważne
sprawy. Bardzo ciekawy typ.
- Typ męża stanu - apodyktycznie zakończył
poseł. - Wcale interesujący - dorzuciła panna bez
brwi.
- Czy on rzeczywiście wywodzi się z baronów
kurlandzkich? zapytała siwiejąca dama.
- O tak - potwierdził Laskownicki, mający ambicję
heraldyka - z całą pewnością.
- Zupełnie comme il faut - zakończyła księżna.
Nikodem wcześnie wrócił do domu i położył się do
łóżka. Początkowo rozważał swoje sukcesy z
przyjęcia u księstwa Roztockich.
Poznał całą najwyższą arystokrację, która
przyjmowała go z uznaniem. Otrzymał kilka zaproszeń na
różne daty. Miał je zanotować w pugilaresie, gdyż
postanowił bywać w jak największej ilości domów.
Zaszkodzić to nie może, a pomóc może.
W gruncie rzeczy nie nabrał wygórowanego zdania o
arystokracji.
"Głupki - myślał - dość im byle co
powiedzieć, a już zachwycają się, jakby człowiek
Amerykę odkrył"
Nie znaczyło to, by zdecydował się na zmianę taktyki,
której zawdzięczał famę niezwykle małomównego.
Rozmyślania na te tematy wybiły go ze snu. Przewracał
się z boku na bok, palił papierosy jeden po drugim i
wreszcie zapalił światło.
Przyszło mu na myśl, czyby nie przejrzeć listów
Niny...
Miał ich trzy duże paczki, prawie wszystkie nie
otwarte. Położył się znowu i zaczął je czytać.
Powtarzało się w nich to samo: miłość, tęsknota,
nadzieje, prośba o przyjazd, no i wszędzie długie
wywody psychologiczne.
Były tak nudne, że po kilkunastu minutach zrzucił je
na podłogę i znowu zgasił światło.
Myślał o kobietach, jakie spotkał w życiu. Nie było
ich wiele i musiał w duchu przyznać, że żadna z nich
nie zajęła mu tyle czasu i myśli, co Nina. Wspomniał
o Mańce z Łuckiej. Pewno już
<strona 166>
całkiem zeszła na psy, a może i do książeczki się
dochrapała... W gruncie rzeczy szkoda dziewczyny... Co
by też powiedziała, gdyby dowiedziała się, że ich
były sublokator jest teraz takim grubym fiszem...
Otworzyłaby gębę od ucha do ucha...
Bo z tych pań, co spotkał w salonie u księcia
Roztockiego... "No, i te leciały na mnie, ale
prawdę powiedziawszy, nie wiedziałbym, co z taką
robić... Chociaż wszystkie jednakie. Byle zdrowy
chłop, jak się patrzy, każdej da radę..."
<strona 167>
|