Dni biegły równe, pogodne i jasne. Dyzma zadomowił
się w Koborowie i czuł się jak u siebie w domu.
Wprawdzie zły był trochę na Ninę za jej
stanowczość, z jaką upierała się przy zachowaniu
wierności małżeńskiej aż do nadejścia chwili
wyzwolenia, jednakże nie cierpiał z tego powodu. W
naturze Nikodema Dyzmy nie leżała umiejętność
silnych pragnień, nie mówiąc już o namiętnościach.
Jadł dobrze, spał dobrze i próżnował.
Czuł się z tym wszystkim znakomicie. Przytył nieco i
opalił się, gdyż dla zabicia czasu włóczył się
trochę po okolicy. Początkowo robił to konno, lecz po
kilku wycieczkach doszedłszy do spostrzeżenia, że to
strasznie trzęsie, chodził już piechotą. Obejrzał
jeszcze raz całe gospodarstwo, tartaki, papiernię,
młyn, gdy go coś zaciekawiło, wypytywał
oficjalistów, którzy na jego widok zdejmowali czapki.
Wiedzieli, że nie z byle kim mają do czynienia.
Otaczała Dyzmę atmosfera głębokiego szacunku i
podziwu. Jedynymi chmurami na błękicie tych jasnych dni
były scysje z panną Kasią.
Wprawdzie awantury, wywoływane przez nią, dotyczyły
raczej Niny, lecz nieraz mimochodem zawadzały i o
Nikodema. W jednym wypadku - było to przy śniadaniu
- gdy mu bardziej dopiekła, a każde jego zdanie
wyszydzała bez miłosierdzia, Dyzma warknął:
- Zapomina pani, z kim ma pani do czynienia!
- Nic mnie to nie obchodzi - wzruszyła ramionami -
ale szachem perskim pan chyba nie jest? Czy nie trapi
pana mania grandiosa?
Dyzma nie zrozumiał, lecz z wyrazu twarzy pani Niny
wywnioskował, że musi to być wielka obelga.
Poczerwieniał i nagle z całej siły wyrżnął
pięścią w stół.
- Dość tego, smarkata! - ryknął.
<strona 129>
Na stole z brzękiem podskoczyły nakrycia, a obie panie
oniemiały.
Dopiero po chwili Kasia blada jak papier zerwała się i
wybiegła. Nina nie powiedziała ani słowa, chociaż
mina jej wyrażała zarówno aprobatę dla pointy
Nikodema, jak i przestrach. ,
Zaaplikowanie tak radykalnego środka poskutkowało, lecz
poskutkowało tylko zewnętrznie. Prawda, od tego dnia
Kasia nie dokuczała mu więcej, lecz w jej oczach tym
silniej żarzyła się nienawiść, która, wciąż się
zbierając, musiała w końcu wybuchnąć.
Eksplozja nastąpiła dla obu stron nieoczekiwanie jednej
niedzieli z rana.
Kunicki pracował w swoim gabinecie. Nina wyjechał&127;
do kościoła. Nikodem siedział w jej buduarze i
oglądał albumy z fotografiami.
Na to właśnie weszła Kasia.
Jeden rzut oka wystarczył, by poznała, że trzymany
przez Nikodema album zawiera wyłącznie niezliczoną
ilość zdjęć Niny w różnych pozach, zdjęć
robionych przez Kasi&127;.
- Proszę to oddać, to moje! - zawołała,
wyrywając mu album z impetem.
- Nie można grzeczniej?! - krzyknął Dyzma.
Chciała już wyjść, lecz to ją zatrzymało.
Odwróciła się doń i przez chwilę milczała, lecz
wyglądała tak, że Nikodem przygotował się do
zasłonięcia twarzy przed spodziewanym uderzeniem, i
tak, że miał ochotę chwycić ją w objęcia,
przycisnąć te małe, wznoszące się w przyśpieszonym
oddechu piersi, przemocą wycałować te roziskrzone oczy
i drgające pełne wargi, z których wreszcie zerwały
się chlaszczące jak bicz słowa:
- To jest podłość, podłość! Pan jest nikczemny!
Pan ją zbezcześcił! Pan wdarł się do domu mego ojca,
by uwieść jego żonę! Jeżeli pan nie wyniesie się
stąd zaraz, przy pierwszej sposobności, obiję pana
harapem, jak psa! Drwię sobie z pańskiej pozycji
socjalnej, drwię z pańskich stosunków! Rozumiesz pan!
Memu ojcu możesz pan tym imponować, nie mnie! Radzę
panu po dobremu: wynoś się stąd, i to prędko!...
Głos jej stawał się coraz donioślejszy, a że drzwi w
amfiladzie były pootwierane, dobiegł do uszu
Kunickiego. Rozpłomieniona Kasia nie słyszała jego
szybkich drobnych kroczków. Nie słyszał
<strona 130>
ich i Nikodem, zaskoczony żywiołowym wybuchem tej,
zdawałoby się, spokojnej panienki.
Kunicki stanął w progu, a twarz jego skurczyła się
wściekłością. - Kasiu - powiedział cicho -
proszę wyjść.
Nie ruszyła się z miejsca.
- Proszę wyjść - powtórzył jeszcze ciszej -
masz przejść do mego gabinetu i zaczekać na mnie.
Mówił na pozór spokojnie, lecz w tym spokoju wisiał
jakiś nieodparty nacisk. Kasia wzruszyła ramionami, ale
jednak usłuchała rozkazu.
- Co tu było? - zapytał Kunicki Dyzmę.
- Co było? A to było - odparł ten - że pańska
córka kazała mi się wynosić z pańskiego domu i
zrugała mnie od ostatnich. Diabli ją wiedzą, czego ona
chce ode mnie, ale jak mnie wyrzucają, to nie będę
wracać oknem. A na pański ten... kontyngent i na
podkłady kolejowe to może pan teraz pogwizdać, bo
ja... Kunicki chwycił go za rękę.
- Panie Nikodemie, przepraszam pana bardzo za moją
córkę. Niech pan o wszystkim zapomni. Dziś jeszcze
Kasia wyjedzie za granicę. Czy to da panu dostateczną
satysfakcję?
- Satysfakcję... a co nawymyślała mi, to co?
- Mówię panu, kochany panie Nikodemie, dziś jeszcze
wypędzę ją z domu.
Stary był coraz bardziej poirytowany i coraz
spokojniejszy na zewnątrz. Wyciągnął do Dyzmy rękę
i zapytał:
- No, zgoda? Nikodem podał swoją.
Tegoż wieczora Kasia wyjechała. Nikt w domu nie
wiedział, o czym mówił ojciec z córką w zamkniętym
gabinecie. Ani on, ani ona nikomu nic o tym nie
powiedzieli. W dodatku Kasia wyjechała nie żegnając
się nawet z Niną. Jedyną w Koborowie istotą, z
którą rozmawiała przed wyjazdem, była młodziutka
garderobiana Irenka. Ta jednak opowiedzieć mogła tylko
tyle, że panienka była bardzo zagniewana i że ją,
Irenkę, obiecała sprowadzić do Szwajcarii.
Po tej burzliwej i brzemiennej w skutki niedzieli żadna
już chmurka nie zaciemniała horyzontu Nikodema Dyzmy.
Kunicki
<strona 131>
wysilał się na uprzejmość. Nina ani słowem nie
wspominała o nieobecnej, bo sama czuła się teraz lżej
i swobodniej.
Jeździła z Nikodemem samochodem na dłuższe spacery.
Pływali łódką. Nie zmniejszyła się wszakże jej
stanowczość i romans wciąż ograniczał się do
rozmów, polegających właściwie na jej własnych
monologach, oraz do przelotnych pocałunków. Wszelkie
perswazje i namowy Nikodema nie odnosiły skutku.
Nie mógł zrozumieć powodów tego uporu. Tym bardziej
że od służby dowiedział się, iż pani Nina na noc
zamyka się na klucz, a podobno robiła to zawsze, od
samego niemal ślubu. Lokaj, który tych informacji
Dyzmie udzielił, pokpiwał nawet nieznacznie z jaśnie
pana, co po to z hrabianką się ożenił, żeby córce
zrobić przyjemność.
Wszystko to Dyzmie wydawało się mgliste i tajemnicze.
Postanowił sobie kiedyś &127;przycisnąć Ninę do
muru, by ta mu jasno wyłożyła, co i jak. Tymczasem
dowiadywał się od niej wielu szczegółów z życia jej
własnego i jej rodziny. Gdy chodziło o sprawy
dotyczące męża, Nina wykazywała zupełną
nieświadomość interesów.
- Nic mnie to zresztą nie obchodzi - mawiała - to
jest rzecz mężczyzn.
W każdym razie o tyle była zorientowana, że
powtarzała Dyzmie, iż ich przyszłość od niego tylko
zależy, gdyż ona własnego nie ma nic, nawet
przysłowiowej koszuli.
Wprawiało to Nikodema w duże zakłopotanie, ponieważ
nie miał najmniejszej nadziei zdobycia takiego majątku,
jaki by wystarczał na zaspokojenie obecnych wymagań
Niny. Zresztą nie zależało mu specjalnie na
małżeństwie z nią. Owszem, podobała się mu bardzo,
no i była wielką damą, nie byle co, hrabianka
Ponimirska... Ale ewentualność ożenienia się z nią
traktował jako rzecz nierealną, na równi z innymi
swymi sukcesami ostatnich czasów.
Natomiast stan uczuć Niny nie budził w nim
najmniejszych wątpliwości. Każdym gestem, każdym
spojrzeniem i wreszcie niemal każdym słowem
manifestowała swoją miłość.
Kunicki, jak wnioskował Dyzma, zbyt był zajęty
interesami i zbyt mało przestawał z żoną, by mógł
ich podejrzewać. Zresztą sam namawiał ich do wycieczek
we dwójkę.
<strona 132>
Po powrocie z jednej z takich wycieczek Nikodem zastał w
hallu depeszę adresowaną do siebie. Otwierając ją
był przekonany, że to wiadomość od ministra
Jaszuńskiego. Spotkała go jednak niespodzianka: pod
krótkim tekstem widniał podpis... Terkowskiego!
Nikodem czytał, a Nina zaglądała mu przez ramię.
Depesza brzmiała:
Pan prezes Rady Ministrów prosi pana o przybycie jutro,
tj. w piątek o godz. siódmej na posiedzenie komitetu
ekonomicznego Rady Ministrów w wiadomej sprawże.
Terkowski Nadszedł Kunicki i Dyzma podał mu depeszę.
Stary przeczytał ją w mgnieniu oka i z nieukrywanym
podziwem zapytał:
- Nadzwyczajne! Czy to w sprawie zbożowej? - Tak -
potwierdził Nikodem.
- Więc to już się robi? - A jak pan widzi.
- Boże drogi - Kunicki rozstawił ręce. - Boże
drogi, ile to przy pańskich wpływach, kochany panie
Nikodemie, można dobrego ludziom zrobić!
- Tak - uśmiechnęła się Nina - jeżeli tych
wpływów używa się dla dobra ogółu, no i jeżeli
się trafnie potrzeby ogółu ocenia. - O, przepraszam
- zaoponował Kunicki - nie tylko dla ogółu. Czyż
prywatnym ludziom nie należy pomagać? Che, che! Na
pewno w komitecie ekonomicznym bierze udział i minister
komunikacji. Będzie pan miał możność pomówić z nim
przy sposobności i o podkładach kolejowych. Co?
Nikodem wpakował ręce w kieszenie spodni i skrzywił
się. - Wolałbym nie teraz. Nieskładnie będzie.
- Cóż znowu! Panie Nikodemie! Ja przecież żadnego
nacisku nie wywieram. Całkowicie pozostawiam to do
pańskiego uznania. Tylko tak mimochodem napomknąłem,
gdyż dostawa podkładów to jest interes, o którym
warto pamiętać, che, che.
Na potwierdzenie tego zaraz po obiedzie zabrał Nikodema
do swego gabinetu i zaczął go piłować sążnistym
wykładem o szczegółach kwestii. Kiedy zaś ten znowu
poruszył historię dawnego procesu, stary zerwał się i
wyciągnął z kieszeni klucze.
<strona 133>
- Zaraz panu pokażę dokumenty. Moim zdaniem, powinny
one wystarczyć, by jeszcze raz dowieść, że byłem w
porządku.
Odsunął ciężką aksamitną kotarę i Dyzma ujrzał
kasę ogniotrwałą potężnych rozmiarów. Kunicki
szybko ją otworzył, wyjął zieloną teczkę i zaczął
wyciągać z niej pliki papierów, zapisanych maszynowym
pismem, kwitów, blankietów itp. Niektóre z nich
odczytywał, inne podawał Dyzmie i ten udawał, że je
czyta.
Wyrwał się od Kunickiego dopiero wieczorem. Nina
czekała nań na tarasie i poszli przejść się. Była
smutna i rozmarzona. Niespodziewany wyjazd Nikodema, tak
nagle przerywający sielankę, sprawił jej prawdziwą
przykrość. Gdy znaleźli się wśród drzew,
przytuliła się doń i szepnęła:
- Ale, kochanie, nie będziesz długo siedział w
Warszawie? Ninuś będzie tu strasznie tęsknił. Cóż
ja pocznę, tak bardzo przyzwyczaiłam się już do tego,
że mogę pana widzieć co dzień, że mogę z nim
rozmawiać, patrzeć w jego oczy...
Nikodem zapewniał, że niedługo wróci. Dzień, dwa,
najwyżej trzy.
Przy kolacji Nina była bardzo ożywiona, a to dzięki
projektowi męża, który wpadł na pomysł, by oboje
odprowadzili kochanego pana Nikodema na stację. Tym
bowiem razem Dyzma musiał jechać koleją, gdyż
samochód miał małą reperację.
Na dworcu Nina była bardzo wzruszona. Wprawdzie nie
mogła pożegnać Nikodema tak, jakby tego pragnęła,
jednakże wzrok jej wyrażał tyle, że starczył za
najgorętsze pocałunki.
W przedziale pierwszej klasy Dyzma był sam. Kunicki
bowiem dał napiwek konduktorowi, tłumacząc, by ten
nikogo tam nie wpuszczał, gdyż to jedzie sam pan Dyzma,
wielka figura, osobisty przyjaciel wszystkich ministrów.
Było to straszne pijaństwo. Nikodema przywieziono do
hotelu pijanego w sztok i na rękach wniesiono do jego
numeru.
Bo też było co pić. Teraz, gdy oprzytomniał, jeszcze
nie mógł wyjść z podziwu nad zdarzeniami ubiegłego
dnia, które zaznaczyły się w jego umyśle jakimiś
chaotycznymi liniami.
Więc posiedzenie w wysokiej sali, posiedzenie, na
ktcir5u:: on,
<strona 134>
Nikodem Dyzma, siedział przy jednym stole razem z
premierem, razem z ministrami, jak równy z równymi, za
pan brat.
Czytanie jakichś sprawozdań, jakichś cyfr... I jedna
chwila, gdy wszyscy zaczęli mu ściskać ręce za to,
że powtórzył to, co poradził Kunicki na magazynowanie
zboża. Jak oni to nazwali?... Aha
, lombard! Śmieszne! Dotychczas sądził, że lombard
służy jedynie do zastawiania zegarka lub ubrania... A
później to zapytanie premiera:
- Szanowny panie, czy pan zgodziłby się objąć
kierownictwo państwowej polityki zbożowej?
Gdy ociągał się z odpowiedzią, a potem wymawiał
się, że może nie potrafi, wszyscy hurmem namawiali,
aż musiał się zgodzić. Roześmiał się.
- To cholera! Do czego człowiek doszedł! Prezes
Państwowego Banku Zbożowego! Pan prezes!
Przypomniał sobie później grupę dziennikarzy, którzy
go zasypywali pytaniami, oślepiający blask magnezji.
Aha, trzeba zobaczyć, czy co wydrukowali.
Zadzwonił i kazał służącemu kupić wszystkie
dzienniki. Zaczął się ubierać. Gdy przyniesiono
gazety, chwycił pierwszą z brzegu i poczerwieniał.
Na pierwszej stronie widniała jego fotografia.
Stał z jedną ręką w kieszeni i z zamyśloną miną.
Wyglądał poważnie. Ba! Imponująco! Pod fotografią
podpis głosił:
Dr Nikodem Dyzma, twórca nowego systemu polityki rolnej,
otrzymał misję utworzenia Państwowego Banku Zbożowego
i nominację na jego prezesa.
Obok, pod sensacyjnym tytułem, obszerny artykuł
zawierał oficjalny komunikat rządu, życiorys Dyzmy i
wywiad z nim samym. Komunikat doniósł o uchwale Rady
Ministrów, która na wniosek
ministra Jaszuńskiego postanowiła rozpocząć
decydującą walkę z kryzysem gospodarczym przez silną
interwencję na rynku zbożowym. Następował
szczegółowy opis projektu i zapowiedź wydania
rozporządzeń wykonawczych po przyjęciu ustawy przez
Sejm.
Życiorys dla samego Dyzmy był niespodzianką.
Dowiedział się zeń, że urodził się w majątku
ziemskim swoich rodziców w Kurlandii, że gimnazjum
ukończył w Rydze, a wyższe studia ekonomiczne
<strona 135>
w Oksfordzie, że następnie jako oficer kawalerii
bohatersko walczył na froncie bolszewickim, gdzie
został ranny i odznaczony Virtuti Militari oraz Krzyżem
Walecznych, ostatnio zaś usunął się z widowni,
zajęty gospodarowaniem na wsi w województwie
białostockim.
Życiorys roił się od takich przymiotników, jak:
światły, znakomity, twórczy... W końcu zaznaczono,
że prezes Nikodem Dyzma cieszy się opinią człowieka o
niezwykłej sile woli i charakteru, znanego z wybitnych
zdolności organizacyjnych.
Największe zdumienie Nikodema wywołał jednak wywiad.
Czytał i oczom nie wierzył. Wprawdzie wieczorem
.urżnął się do nieprzytomności, ale przecie wówczas
gdy rozmawiał z dziennikarzami, był całkiem przytomny.
Przecie z tego, co tu napisali, on nie mówił ani
jednego słowa! Tu były wydrukowane zdania, których,
pomimo wysiłków, nie mógł zrozumieć, były wyrazy,
których znaczenia nie znał, opinia o różnych
sprawach, o których nie tylko nie mówił, lecz nawet
nie słyszał.
Zaklął, lecz nie było w tym złości. Przeciwnie,
kontent był z tego, gdyż po przeczytaniu takiego
wywiadu każdy musiał uważać pana Dyzmę, pana prezesa
banku Dyzmę, za człowieka niepospolicie mądrego.
Niemal wszystkie dzienniki zamieściły podobne artykuły
i jego fotografie w różnych pozach. Najlepiej podobała
się mu ta, gdzie siedział na kanapie między premierem
a ministrem Jaszuńskim, oraz ta, na której schodził ze
schodów, a za nim szedł starszy jegomość z siwymi
wąsami i trzymał kapelusz w ręku, podczas gdy on,
Nikodem, miał nakrytą głowę. Podpis pod tym zdjęciem
głosił:
Pan prezes Nikodem Dyzma opuszcza pałac Rady Ministrów
w towarzystwie swego przyszłego współpracownika, nowo
mianowanego dyrektora Banku Zbożowego, p. Władysława
Wandryszewskiego, b. wiceministra Skarbu.
"Ha - pomyślał Nikodem - teraz cała Polska
mnie zna". Nagle przeraził się. Przyszło mu na
myśl, że przecież dzienniki dotrą też do Łyskowa,
że pan Boczek, Jurczak i oni wszyscy, którzy go tak
dobrze znają, dobrze wiedzą, że to bujda z tą
Kurlandią i z tym gimnazjum, i z Oksfordem.
<strona 136>
Choroba! A jeżeli któremu z nich strzeli do głowy
napisać do jakiego dziennika całą prawdę?
Po plecach przebiegły mrówki. Chodził po pokoju i
klął, później znowu wziął się do przeglądania
pism i przyszedł do przekonania, że jakakolwiek
denuncjacja ze strony dawnych znajomych jest mało
prawdopodobna. Olśni ich i onieśmieli jego stanowisko i
stosunki. Chyba że donosić będą anonimowo... Ale
anonimów poważnie się nie bierze.
Uspokoił się znacznie. Natomiast podczas rozczytywania
się w przypisywanych mu talentach zatroskała go inna
myśl: jak sobie da radę?
Niby największa praca spadnie na tego dyrektora
Wandryszewskiego, ale przecie i on sam będzie musiał
coś robić, mówić, podpisywać, decydować... I to
wszystko w sprawach przerażająco niezrozumiałych! Nie
ma innego sposobu, tylko trzeba znaleźć kogoś
sprytnego... Żeby taki Kunicki zechciał, ale nie
zechce... W ogóle teraz będzie musiał rozstać się z
posadą w Koborowie. Zrobiło mu się przykro na myśl,
że rozstanie się także z Niną, ale powiedział sobie:
"Trudno. Jak trzeba, to trza. Nie ona jedna na
świecie".
Gorzej będzie z wynalezieniem takiego gościa, co by za
niego robił... Mógłby go zrobić, na przykład, swoim
sekretarzem... Nagle klepnął się w czoło.
"Krzepicki!" Aż podskoczył z radości.
Krzepicki to cwaniak, kuty na cztery łapy, ten wie, co w
trawie piszczy. W butelkę nabić się nie da, ale swój
chłop, brat łata, jak zrobi się z nim sztamę, będzie
ruszał mózgiem za dwóch.
Tak go ucieszył ten pomysł, że postanowił zaraz
odszukać Krzepickiego.
Ubrał się szybko i po kwadransie dzwonił już do drzwi
pani Przełęskiej. Właśnie wstawano od obiadu. Oprócz
pani domu był Krzepicki i cherlawa panienka, bardzo
piegowata, panna Hulczyńska.
Przyjęto Dyzmę głośnymi gratulacjami. Pani
Przełęska nazwała go zbawcą ziemiaństwa. Zyzio
Krzepicki - Napoleonem gospodarczym, a panna
Hulczyńska patrzyła weń jak w słońce.
<strona 137>
Zaczęła się rozmowa o Koborowie i wszyscy bardzo się
zmartwili, gdy Dyzma oświadczył, że teraz nie będzie
miał czasu zajmować się sprawą Żorża Ponimirskiego.
- Zresztą - dodał - z jego klepkami jest tak
źle, że nic nie dałoby się zrobić.
Zyzio zaklął, piegowata panienka zrobiła smutną
minę, a pani Przełęska wyraziła nadzieję, że nie
trzeba tracić nadziei. Kulminacyjnym momentem wizyty
Nikodema Dyzmy u pani
Przełęskiej była chwila, gdy pociągnąwszy łyk kawy
powiedział: - A ja tu przyszedłem z propozycją.
Panie Krzepicki, pan nie posiada żadnej posady?
- Nie.
- A ma pan chęć?
- Naturalnie! - klasnęła pulchnymi rączkami pani
Przełęska. - Bo widzi pan - ciągnął Nikodem -
ja będę teraz potrzebował sekretarza. Sekretarz
prezesa banku to przecież nie byle co. To musi być,
znaczy, inteligentny, sprytny i w ogóle, faktycznie
odpowiedzialny. Uważasz pan?
Krzepicki oblizał wargi i zrobił niedbałą minę.
- Dziękuję, panie prezesie, ale nie wiem, czy
potrafię. Poza tym... hm... powiem otwarcie, pan prezes
mi tego za złe nie weźmie, ale ja chyba nie nadaję
się do funkcji urzędniczych. Stałe godziny biurowe,
codzienne wczesne wstawanie...
Dyzma klepnął go po kolanie.
- Nic się pan nie bój! Żadnych stałych godzin.
Będziesz pan siedział w pracy tylko wtedy, gdy ja
będę siedział, a co panu się zdaje, że prezes to ma
siedzieć kamieniem? Od tego jest, panie, dyrektor. My
będziemy tylko od głównych spraw, od ważniejszych.
No, daj pan rękę!
Pani Przełęska wybuchnęła entuzjazmem. Z emocji
zaczęła Krzepickiego tykać, namawiając go gwałtownie
do natychmiastowego przyjęcia propozycji.
Zyzio uśmiechnął się i podał rękę.
- Bardzo dziękuję panu prezesowi. Ale czy można
spytać, jaką gażę pan prezes mi przeznaczy?
Nikodema mile połechtał "pan prezes". Wziął
się w boki i zapytał:
- No, a ile pan chciałbyś?
<strona 138>
- Czy ja wiem?...
- No, śmiało - zachęcał Nikodem. - Jak pan
prezes uważa.
Dyzma uśmiechnął się dobrotliwie.
- Pan prezes uważa, że pan sekretarz sam musi
powiedzieć. Wszyscy uprzejmie roześmieli się.
- Mój Boże - wtrąciła pani Przełęska - mnie
się zdaje, że jakieś tysiąc złotych...
- Tysiąc dwieście! - śpiesznie skorygował
Krzepicki.
- Co? Tysiąc dwieście? No, więc ja panu dam tysiąc
pięćset. Obrzucił triumfującym spojrzeniem pokój, a
Krzepicki wśród zachwyconych "ochów" pani
Przełęskiej zerwał się i, głośno szurgając nogami,
dziękował panu prezesowi.
Pani Przełęska oświadczyła, że to nie może
skończyć się na sucho, i kazała służącemu
przynieść butelkę szampana.
- No - rzekł Dyzma podnosząc szklaneczkę - no,
panie Krzepicki, tylko jeden jedyny warunek: sztama!
Rozumiesz pan? Sztama! Sztama, to znaczy, musimy trzymać
jeden z drugim. I ani pary z gęby o tym, o czym ze sobą
gadamy...
- Rozumiem, panie prezesie.
- A ja panu powiem, że jak będę z pana zadowolony,
to na święta czy przy innej okazji dwa, trzy tysiączki
gratyfikacji... Krzepicki odprowadził Dyzmę do hotelu.
Po drodze rozmawiali
jeszcze o organizacji banku i Nikodem zapowiedział, że
zaraz jutro poznajomi Krzepickiego z dyrektorem
Wandryszewskim.
- Nie będę miał zbyt wiele czasu, bo muszę
załatwić inne sprawy, więc tak się umówimy, że
organizacją zajmie się Wandryszewski, a sprawozdania
będzie składał nie mnie, tylko panu, rozumiesz pan? A
pan będzie gadał ze mną i referował, i moje
rozporządzenia powtarzał tamtemu.
- Tak będzie najlepiej - potwierdził Krzepicki.
- Umiejętność kierowania, panie Krzepicki,
zapamiętaj to pan sobie, polega na umiejętności
szybkiej decyzji!
W hotelu zastał Ulanickiego, który powitał go tubalnym
"na zdar!"
- Wiesz, Nikusiu, że jeszcze mi we łbie huczy po
wczorajszej bibie. Ale! Czyś ty złożył już wizyty?
- Jakie wizyty?
<strona 139>
- No, wiesz, wypada. Premierowi, Jaszuńskiemu,
Brożyńskiemu i jeszcze kilku, bo Terkowskiemu pewno nie
chcesz? Chociaż, wiesz, widziałem wczoraj, że on żalu
do ciebie nie ma.
- Sądzisz, że koniecznie trzeba? - No, niby tak.
- Hm - zakłopotał się Dyzma - kiedy, wiesz, tak
samemu... Gdybyś ty ze mną poszedł...
- No, mogę pójść...
Ułożyli się, że jutro złożą wizyty, gdyż tego
wieczora musieli jeszcze odbyć konferencję w sprawie
terminu otwarcia banku i rozpoczęcia jego
działalności.
W niespełna dwa tygodnie wstępne prace organizacyjne
znajdowały się już w pełnym biegu. Wyznaczono lokal w
nowym gmachu przy ulicy Wspólnej, przeznaczając na
biura banku dwa piętra oraz ośmiopokojowe mieszkanie
dla pana prezesa.
Wprawdzie sama ustawa była jeszcze wałkowana na
komisjach sejmowych, lecz nie ulegało wątpliwości, że
obie izby uchwalą projekt rządowy bez większych
poprawek.
Dyzma nie miał z tym wszystkim kłopotu, gdyż wszelkie
sprawy załatwiali Wandryszewski i Krzepicki.
Ten ostatni okazał się nieoceniony. Zabrał się do
pracy z zapałem, a że istotnie nie brakło mu sprytu,
przeprowadzał, co chciał, zasłaniając się wciąż
stanowczo wypowiadanym zdaniem:
- Pan prezes tego sobie życzy.
Początkowo Wandryszewski i inni, niekontenci z
wścibiania się Krzepickiego w najdrobniejsze kwestie,
zapytywali Dyzmę, czy istotnie tak postanowił, a nie
inaczej, lecz Dyzma, chociaż częstokroć nawet nie
wiedział, o co chodzi, nieodmiennie powtarzał:
- Jak co mówi Krzepicki, to znaczy, że ja tak
zdecydowałem i nie ma o czym gadać.
Toteż wkrótce musiano się pogodzić z wścibstwem
Krzepickiego. On sam zresztą zaprzyjaźnił się z panem
prezesem na dobre. Oczywiście stykając się z nim
nieustannie, szybko zorientował się w licznych brakach
swego szefa. Te mu wszakże raczej szły na rękę,
czyniąc sekretarza niezbędnym dopełnieniem prezesa.
Niemniej Dyzma i wobec Krzepickiego stale się trzymał
na baczności,
<strona 140>
a że był otoczony ogólnym podziwem i szacunkiem, że
wciąż rosły jego potężne wpływy i stosunki,
Krzepicki przyznawał mu w duchu posiadanie jakiejś
tajemniczej siły i dziwnego umysłu.
Często dziwiły go wprawdzie momenty jakby przyćmienia
umysłu Nikodema, kiedy zdawał się nie orientować w
najprostszych sprawach, lecz doszedł do przekonania, że
pan prezes umyślnie "udaje frajera", by tym
lepiej przyłapać podwładnych na jakichś kombinacjach.
Zresztą wiedział, że jego pozycja zależy wyłącznie
od prezesa, że znowu osiadłby na lodzie, gdyby tylko
kto inny został prezesem, że w jego interesie leży
wzmacnianie stanowiska swego szefa, i robił wszystko, by
jego osobę otoczyć aureolą nieprzystępności i
olimpijskości.
To znowuż całkowicie konweniowało Dyzmie.
Oszałamiające zaszczyty, jakie nań spadły, wprawdzie
utwierdziły go w przekonaniu, że sam siebie dotychczas
nie doceniał, lecz w najmniejszym stopniu nie
zmniejszyły jego ostrożności, wynikającej ze
świadomości braków we własnej inteligencji, obyciu,
wychowaniu i wykształceniu. Najswobodniejszym był w
stosunku do Krzepickiego, lecz i tu zawsze starał się
być tajemniczym.
Wkrótce zasłynął dzięki temu jako
"najmałomówniejszy człowiek w Polsce". Jedni
kładli to na karb angielskiego sposobu bycia, inni
przyjęli do wiadomości to, co powiedział na fajfie u
premiera, gdy go panie nagabywały o rozmowę:
- Nie mam o czym mówić.
Oczywiście, kto ma tyle do myślenia, nie ma nic do
mówienia. Ponieważ wszakże Nikodema, chociaż tego po
sobie nie pokazywał, doprowadzała nieraz do rozpaczy
jego nieznajomość różnych form i nierozumienie wielu
słów, postanowił uzupełnić zasób swej wiedzy.
W tym celu wstąpił do jednej z księgarni na
Świętokrzyskiej i nabył trzy dzieła:
"Słowniczek wyrazów obcych",
"Encyklopedię Powszechną" oraz "Bon-ton".
Zwłaszcza ta ostatnia książka oddawać mu poczęła
wielkie usługi. Zaraz pierwszego dnia znalazł w niej
rozwiązanie tajemnicy, dlaczego Ulanicki kazał mu
wrzucić do skrzynki u premiera nie jeden, lecz dwa
bilety wizytowe.
Co do "Słowniczka", używał go
systematycznie. Każde słowo,
<strona 141>
którego znaczenia nie znał, zapamiętywał, by
później odszukać objaśnienie.
Natomiast do encyklopedii zabrał się z całą
systematycznością. Zaczął ją czytać od początku i
do wyjazdu zdążył dojść do litery f". Nie
bawiła go wprawdzie ta lektura, lecz widząc doraźne
jej "
skutki w obcowaniu z ludźmi, postanowił wszystko
przeczytać do końca.
Było to bodaj jedyne zajęcie Nikodema w owym okresie,
jeżeli nie liczyć lektury listów Niny. Codziennie
otrzymywał przynajmniej jeden. Były to listy długie i
Dyzma, chociaż przyznawał, że są piękne, w końcu
stracił cierpliwość i przestał je czytać. Zaglądał
tylko na koniec, gdzie bywały zwykle informacje. Z nich
dowiedział się, że Kunicki nie zamierza wyrzec się
genialnego administratora, lecz uważa, że Nikodem
będzie mógł łatwo pogodzić stanowisko prezesa banku
ze stanowiskiem plenipotenta, gdyż Kunicki absolutnie
żadnych zajęć mu nie narzuca, pozostawiając wolną
rękę.
Nina bardzo się tym cieszyła i błagała Dyzmę, by na
to się zgodził. Nikodem długo namyślał się, lecz
zdecydował się przyjąć propozycję dopiero wówczas,
gdy Krzepicki z całą stanowczością stwierdził, że
od przybytku głowa nie boli.
Nie napisał o tym Ninie, gdyż zgodnie z jej prośbą w
ogóle do niej nie pisywał. W Koborowie 1isty zawsze
przechodziły przez ręce Kunickiego i Nina obawiała
się, by ten nie otworzył koperty, jak to już przed
paru laty zdarzyło się z listami Kasi.
Urządzeniem mieszkania pana prezesa zajmował się
Krzepicki, i to z taką energią, że w ciągu dwóch
tygodni wszystko było wykończone i Nikodem
przeprowadził się z hotelu na Wspólną.
Nazajutrz wyjechał do Koborowa, by zabrać rzeczy i
rozmówić się z Kunickim.
Była to niedziela, a że zapomniał zadepeszować po
konie, musiał iść pieszo. Odległość nie
przekraczała dwóch kilometrów, a że ranek był
piękny, przechadzka ta Dyzmie sprawiła nawet
przyjemność.
W pobliżu tartaku spotkał starszego majstra z papierni,
który z szacunkiem ukłonił się Dyzmie. Dyzma
przystanął i zapytał: - Cóż tu u was słychać w
Koborowie?
- Dzięki Bogu, nic nowego, proszę pana
administratora.
<strona 142>
- Nie jestem już administratorem, tylko prezesem
banku. To nie czytaliście tego w gazecie?
- Czytaliśmy, a jakże, że nas taki zaszczyt
spotkał.
- No więc? Więc mówi się do mnie "panie
prezesie". Rozumiecie?
- Rozumiem, panie prezesie.
Dyzma włożył ręce w kieszenie, kiwnął głową i
ruszył dalej. Po paru krokach odwrócił się jednak i
zawołał:
- Hej, człowieku!
- Słucham, panie prezesie.
- A pan Kunicki jest w pałacu?
- Nie, panie prezesie, pan dziedzic pewnikiem w Siwym
Borku, bo tam kolejkę zakładają.
- Przecież dziś niedziela, święto.
- O, u pana dziedzica to święto jest wtedy, jak
roboty nie ma, panie prezesie - rzekł majster z
gorzką ironią.
Dyzma nasrożył się.
-Tak powinno być. Praca to grunt! A wy to byście
wiecznie świętowali. Naród z was taki.
Założył ręce na plecy i poszedł w stronę pałacu.
Drzwi frontowe były zamknięte i dopiero po kilku
dzwonkach otworzył je lokaj, który struchlał,
ujrzawszy minę Dyzmy.
- Co do cholery, powymieraliście tutaj! Dodzwonić
się nie można!
- Moje uszanowanie jaśnie panu, przepraszam
najmocniej, byłem w kredensie.
- Co w kredensie! Bałwanie jeden! Pół godziny
czekam, a on w kredensie. Bydlę nieskrobane! No,
zdejmujże palto, co patrzysz jak wół na malowane
wrota. Gdzie pani?
- Nie ma, proszę pana administratora, jaśnie pani
pojechała do kościoła.
- Po pierwsze, nie żaden pan administrator, tylko pan
prezes, ćwoku jeden, a po drugie, to jak państwa nie
ma, to wy tutaj sobie święto urządzacie, próżniaki!
Nie ma święta! Święto jest wtedy, jak roboty nie ma,
rozumiesz! Za mordę was trzeba trzymać! No, czego
stoisz?
Lokaj ukłonił się i wyśliznął się do hallu.
<strona 143>
- Za mordę tych draniów trzeba trzymać - mruczał
Dyzma do siebie - inaczej na łeb włażą.
Włożył ręce w kieszenie i zaczął chodzić.
Wszystkie pokoje były już sprzątnięte, w sypialni
Kunickiego natomiast na środku pokoju stała szczotka do
zamiatania. Zadzwonił i bez słów wskazał służącemu
szczotkę.
- Uch, cholera! - burknął, gdy ten zniknął za
drzwiami. Obszedł cały parter i wszedł na górę. W
saloniku Niny były otwarte okna. Nie był tu jeszcze
nigdy i z ciekawością zaczął oglądać meble, obrazy,
fotografie.
Tych najwięcej było na biurku. Nikodem usiadł na
małym foteliku i przyglądał się im. Od niechcenia
spróbował otworzyć szufladę, lecz była zamknięta.
Druga też, natomiast środkowa była otwarta.
"Co też ona tu ma?" - pomyślał i odsunął
szufladkę do połowy.
Wewnątrz panował takiż uderzający ład, jak i na
biurku. W opaskach z niebieskich i zielonych wstążek
leżały listy. Zaczął je przeglądać. Były to
przeważnie listy koleżanek Niny z klasztoru, niektóre
były pisane po francusku.
Tuż obok leżała książka, oprawna w płótno.
Zajrzał. Był to rękopis pisany ręką Niny. Więcej
niż połowa kartek było czystych.
"Pamiętnik" - pomyślał i zaciekawił się.
Wziął go i usiadł na oknie, by w porę zobaczyć
nadjeżdżający powóz.
Na pierwszej kartce widniał aforyzm:
Wszystko zrozumieć - to wszystko przebaczyć. Na
odwrocie zaczynał się tekst:
Przystępuję do pisania tego, co jest tak ośmieszone:
pamiętnik. Nie, to nie będzie mój pamiętnik.
Pitigrilli powiada, że człowiek piszący pamiętnik
przypomina takiego, który po wytarciu nosa przygląda
się chusteczce. Nie ma racji. Bo czyż chodzi o
spisywanie zdarzeń? A nawet wrażeń? Przecież ja na
przykład będę pisała jedynie po to, by ujrzeć swoje
myśli w konkretnym ich wyrazie.
<strona 144>
Wydaje mi się, że w ogóle myśl nie wyrażona słowem
czy pismem nie może być myślą sformułowaną,
skonkretyzowaną.
I drugie kłamstwo o pamiętniku zdaje się, że to Oskar
Wilde stwierdził, iż piszący pamiętnik czyni to
świadomie, a w najlepszym wypadku podświadomie, jedynie
po to, by ktoś mógł kiedyś to przeczytać.
Mój Boże! Widocznie nie przyszło mu na myśl, że
może istnieć człowiek nie, mający na świecie nikogo,
nikogo w całym przeraźliwym tego słowa znaczeniu!
Dla kogóż mogłabym pisać? Dla niego? Dla tego, który
właśnie jest równoznaczny ze straszną pustką,
otaczającą mnie, z pustką, nie dającą się niczym
zapełnić. Dla dzieci? Nie mam ich ż niestety nigdy nie
będę miała. Więc dla rodziny, która się odsunęła
ode mnie, czy dla półobłąkanego Żorża?
Kasia?... Och, nigdy! Jesteśmy na dwóch biegunach, ona
mnie nigdy nie zrozumże. Cóż z tego, że mnie tak
kocha. Czy można w ogóle kochać, nie rozumiejąc?
Sądzę, że nie. Zresztą czyż to jest miłość?
Jeżeli nawet tak, to miłość stojąca na bezwstydnie
niskim poziomie. Nieraz myślałam, że gdybym wskutek
jakiegoś przypadku została oszpecona... Kasia... Cóż,
czym ona jest właściwie dla mnie? Dlaczego ja, która
przy świetle dziennym przeklinam ubiegłą noc, nie
umiem obronić się przed tą nocą, obronić się,
oczywiście, przed własną słabością?
Nikodem, wzruszył ramionami.
"Ot, ględzi i tyle. Co to wszystko ma
znaczyć?" Przewrócił kilka kartek.
Pamiętnik był pisany bez podania dat. Na jednej z
dalszych stron znalazł krótką wzmiankę o pobycie za
granicą, dalej rozmyślania na temat muzyki, później
znowu o jakiejś Bilitis i o jakiejś Mnazidice. (Pewno
kuzynki czy koleżanki Niny.)
Chciał znaleźć coś o sobie. I rzeczywiście, po
przeczytaniu kilkudziesięciu kart ujrzał swoje
nazwisko.
"No, zobaczymy" - pomyślał z zaciekawieniem
i zaczął czytać:
Poznałam dziś nowego człowieka. Nazywa się dziwnie:
Nikodem Dyzma. Jest w tym brzmieniu coś tajemniczego i
niepokojącego.
<strona 145>
Ma opinię silnego człowieka. Wydaje mi się słuszna.
Wyglądałby dobrze z batem Nietzsche'go w ręku. Po
prostu emanuje zeń maskulinizm. Może zbyt brutalny,
może zbyt symplicystyczny, lecz tak potężny, że musi
sugestionować. Kasia powiada, że on jest brusque i
trywialny. W pierwszym ma rację. Co do drugiego, nie
wyrobiłam jeszcze sobie zdania. Podoba mi się.
Nikodem uśmiechnął się, wyjął notes i starannie
zapisał wszystkie słowa niezrozumiałe.
j "No, co dale ..
Dalej było kilka stron zajętych opisem jakiegoś snu i
sprzeczki z Kasią. Tu zatrzymał się, gdyż znowu była
wzmianka o nim: Ona tego nie rozumie. Nienawidzi pana
Nikodema, gdyż jej stosunek do życia jest zawsze
patologiczny. Czymże jestem poza swoją kobiecością?
Przecież po to istnieję. Właśnie mój intelekt, moje
wyrobienie artystyczne, słowem; wszystko ma służyć
mojej kobiecości, nie odwrotnie. Cóż dziwnego, że
działa na mnie - przyznaję - nie tylko psychicznie,
lecz i fizycznie obecność mężczyzny. Mój Boże,
czyż ja wiem, może rzeczywiście gdyby to byt inny,
równie zdrowy i normalnie męski człowiek, równie
silnie działałby na mnie.
"Widzisz ją! - pokręcił głową Nikodem -
byle portki, to już jej wystarczy".
Wyjrzał przez okno i przekonał się, że może czytać
bezpiecznie. Było teraz kilkanaście kart świeżo
zapisanych, gdyż atrament nie zdążył jeszcze
sczernieć.
Dziś wyjechał do Warszawy, wezwany przez premiera.
Jakże dziwnym uczuciem jest tęsknota. Wprost wypija
spokój duszy. Czy będzie mnie tam zdradzał? Nie wiem,
tak dalece go nie znam! Gdy o nim myślę, utwierdzam
się w przeświadczeniu, że treścią jego istoty jest
jakaś tajemnica, tajemnica, która zamknęła go jak
konchę. Kto wie, czy pod największym ciepłem promieni
koncha kiedykolwiek się otworzy? I czy wreszcie otwarta,
nie przerazi mnie?
Nie wiem. Właściwie mówiąc, nic o nim nie wiem, poza
tym, że
<strona 146>
pragnę go każdym nerwem i niemal każdą myślą. On
tak mało mówi, tak mało i tak prosto, że doprawdy
można by go posądzić o brak inteligencji, gdyby nie
codzienne dowody, że pod szeroko sklepionym czołem trwa
nieustanna praca nieprzeciętnego mózgu. Kasia
twierdziła, że on nie jest kulturalny. Nieprawda. Jest
może nieucywilizowany, może ma pewne braki w
wychowaniu, braki - przyznaję - zastanawiające,
jeżeli chodzi o byłego oksfordczyka. Może to być
jednak równie dobrze specjalna maniera. Coś w rodzaju
manifestacyjnego lekceważenia form dla tym mocniejszego
podkreślenia wagi, jaką się przywiązuje do treści.
To samo widoczne jest w jego sposobie ubierania się.
Jest niewątpliwie dobrze zbudowany, a tylko dzięki
ubraniu wygląda niezgrabnie. Zastanawiałam się nad
tym, czy jest ładny? Raczej nie. Czyż chodzi mi o jego
urodę? Jest męski, hipnotyzuje mnie swą męskością.
Wolałabym, by miał ładniejsze ręce. Wysyłam dziś
długi list. Brak mi bardzo jego obecności.
Na drugiej kartce rękopis zaczynał się od dłuższego
zdania w języku francuskim, po czym Nikodem przeczytał:
Stało się nieszczęście. Myślałam, że zemdleję,
gdy przeczytałam dzienniki. Drżę na samo
przypuszczenie, że może nie wrócić już do Koborowa.
- To się kobita we mnie wklepała! - mruknął do
siebie Dyzma i pomyślał, że chociaż to mile łechcze
ambicję, jednak może się z czasem stać niewygodne.
Leon wysłał doń. depeszę gratulacyjną. Boże,
gdybyż on przyjął propozycję Leona i został ze mną.
Myślałam o ewentualności zamieszkania w Warszawie.
Nie, to jest niepodobieństwo. Bałabym się wyjść na
ulicę, by nie spotkać cioci Przełęskiej czy kogoś z
dawnych znajomych. Nie umiałabym im spojrzeć w oczy, a
jednak nie potrafiłabym tym bardziej zrezygnować z
widywania jego.
Na następnej stronie była jeszcze krótsza notatka:
Nie spalam całą noc. Boże! Przecie on teraz może
stać się bogaty!!!
<strona 147>
Czy mnie kocha?
Gdy go pytałam, odpowiedział krótko: "Tak".
A to może znaczyć bardzo wiele. Może też nic nie
znaczyć... Nikodem przewrócił kartkę i spojrzał w
okno.
W końcu alei ujrzał zbliżający się samochód.
Wracał Kunicki. Szybko wstał, złożył pamiętnik Niny
i wsunął go do szuflady na dawne miejsce, po czym,
starając się zachowywać jak najciszej, wyszedł na
korytarz i zbiegł ze schodów.
W samą porę, bowiem drzwi frontowe właśnie się
otwierały i ujrzał w nich sylwetkę z rozkrzyżowanymi
ramionami.
Wpadł w objęcia Kunickiego.
- Kochany, kochany panie Nikodemie! Nareszcie,
nareszcie! Serdeczne gratulacje! Czy otrzymał pan moją
depeszę? I jakże? Organizuje pan ten bank z rozmachem!
Prasa pisze o panu z najwyższym uznaniem! Serdecznie
winszuję. Sam pan najlepiej wie, że mu życzę
wszystkich pomyślności.
- Dziękuję.
- Niechże pan siada, kochany panie Nikodemie, kochany
panie prezesie! Ja mam dla pana pewną propozycję.
Usadowił Dyzmę w fotelu i zapytał: - A może pan
chciałby wypocząć? - Nie. Nie zmęczyłem się.
- No, to dzięki Bogu. Tedy niech mnie pan zechce
wysłuchać. Z góry proszę, by pan nie dawał
natychmiastowej odpowiedzi, jeżeli ta odpowiedź ma być
odmowna. Dobrze?
Nikodem uśmiechnął się i przymrużył oko.
- A jakbym tak zgadł, co mi pan chce zaproponować?
Co? - Chyba niemożliwe? - zastanowił się Kunicki.
- A pan chciałby, żebym ja został i nadal
administratorem. Nie?
Kunicki zerwał się i znowu chwycił Dyzmę w objęcia.
Zaczął obszernie motywować swój plan, aż udowodnił
jak dwa razy dwa - cztery, że Nikodem powinien
zgodzić się.
- Przecie prezes banku, kochany panie Nikodemie, to nie
urzędnik państwowy, ale szef przedsiębiorstwa, może
dowolnie dysponować swoim czasem...
Nikodem udawał, że się waha, lecz po kilku minutach
zgodził
<strona 148>
się, pod tym jednak warunkiem, by Kunicki nie chwalił
się nikomu, że pan prezes banku zbożowego jest u niego
administratorem.
Warunek oczywiście został przyjęty z całym
zrozumieniem jego nieodzowności.
Gdy rozmawiali o tym, wróciła pani Nina.
Nie powiedziała nic na powitanie, lecz wyraz jej szeroko
otwartych oczu był tak wymowny, że Kunicki musiałby
nie mieć za grosz zmysłu spostrzegawczego, gdyby tego
nie zauważył.
Możliwe jednak, że nastrój, w którym się znajdował
z racji nadspodziewanej zgody Dyzmy, zbytnio zwracał
jego uwagę na szczęśliwy obrót sprawy, gdyż z
miejsca i hałaśliwie zaczął opowiadać żonie, jak
bardzo się cieszy z tego, że kochany pan Nikodem nie
porzuca Koborowa na łasce losu, że, owszem, będzie
czuwał nad jego interesami i obiecał często tu
zaglądać.
- I ja bardzo się cieszę - powiedziała krótko
Nina, po czym przeprosiła ich i poszła się przebrać,
gdyż obiad w niedzielę podawano o drugiej.
Dzień, ku z trudem ukrywanemu niezadowoleniu Niny,
spędzili we trójkę. Kunicki żywo interesował się
bankiem i terminem rozpoczęcia jego działalności.
Mówił dużo 0 ogólnym kryzysie, skarżył się na
nadmierne podatki, na ciężar świadczeń socjalnych,
lecz już nie martwił się urodzajem, który wypadł w
tym roku wręcz świetnie.
Po kolacji pojechali na spacer samochodem. Wieczór był
wyjątkowo piękny, a droga wśród lasu, naświetlona
srebrem księżyca, miała jakiś tajemniczy urok. Nina
rozmarzona wtuliła się w poduszki auta, nawet Nikodem
odczuwał coś niezwykłego w tym pędzie. Tylko Kunicki
nie przestawał mówić.
Po dziesiątej byli już w domu. Nina szybko pobiegła na
górę, jej mąż odprowadził Dyzmę do jego pokoju,
życząc przyjemnej nocy.
Nikodem zaczął się rozbierać.
Teraz dopiero mógł w spokoju zastanowić się nad tym,
co przeczytał w pamiętniku Niny. Trudno mu było
zdobyć się na wyraźną o tym opinię. Jedno nie
ulegało wątpliwości: zakochała się w nim na umór i
miała nadzieję, że się z nią ożeni.
<strona 149>
Najbardziej kontent był z tego, że nie połapała się
ani co do Oksfordu, ani co do jego inteligencji.
Widocznie jego system był bez zarzutu. Ale co do
ożenku...
Właściwie mówiąc, pierwszy raz zamyślił się nad
tym poważnie. No, prawda, podobała się mu, mieć
żonę hrabiankę to też nie w kij dmuchał. Żaden z
tych wielkich dygnitarzy nie jest żonaty z
arystokratką... Tylko, z drugiej strony, żenić się z
kobietą, która nic nie ma, a ma takie potrzeby... Tych
sukien!... Trzy razy na dzień się przebiera, za
granicę jeździ, pierścionki i. bransolety zmienia... A
przecie Kunicki w razie rozwodu złamanego grosza jej nie
da...
Wprawdzie z banku jest duża pensja, ale ta też nie
wystarczy. Zresztą, kto wie, mogą go przecie z tego
prezesostwa wylać, a wówczas co zrobi z tą babą na
karku?... Żeby to Kunicki pomimo rozwodu zatrzymał go
jako administratora!... Ale ba, o tym nie ma gadania.
I jeszcze jedno: co będzie z tym zwariowanym jej bratem.
Trzeba będzie i tego gagatka wziąć na kark...
Zgasił światło i podciągnął kołdrę pod brodę.
Myśl o Ponimirskim zdecydowała ostatecznie.
- Nie ma głupich - powiedział i przewrócił się
na drugi bok. Już zasypiał, gdy nagle do uszu jego
dobiegł szmer kroków na żwirowej alejce.
"Co za cholera tam się włóczy po nocy?" -
pomyślał podnosząc głowę.
Nagle struchlał.
Wśród fantastycznych smug cienia gałęzi zmieszanych z
bladymi plamami księżyca ujrzał wyraźnie jakąś
postać stojącą przy oszklonych drzwiach od parku...
Złodziej!" - przemknęło mu przez głowę.
Postać stała chwilę nieruchomo, nagle podniosła
rękę i rozległo się pukanie.
Nikodemowi przebiegły mrówki po grzbiecie i nagle
olśniła go myśl:
"Ponimirski! Zwariował całkiem i przyszedł mnie
zabić". Pukanie powtórzyło się na ten raz
głośniej. Dyzma nie ruszał się, po prostu bał się
poruszyć. Dopiero gdy zobaczył, że klamka się
ugięła, a drzwi nie otworzyły się (więc są
zamknięte!), uspokoił się.
<strona 150>
To go ośmieliło. Cichutko wstał i idąc pod ścianą
zbliżył się do drzwi. Ostrożnie wychylił głowę
tak, by nie móc być dostrzeżonym.
Omal nie krzyknął ze zdziwienia. Za drzwiami stała
Nina.
Szybko nałożył spodnie od pidżamy i otworzył drzwi.
Cicho wsunęła się do pokoju i zarzuciła mu ręce na
szyję.
Pociągnął ją w stronę łóżka.
- Nie, nie - oparła się stanowczo - błagam cię,
nie to... Siądźmy sobie tu... Tak cię kocham za to,
że umiesz zrozumieć to moje może nawet
przewrażliwienie na tym punkcie. Kochasz mnie?
- Kocham.
- Mój najsłodszy...
Zaczęło się opowiadanie o tęsknocie, o nadziei, o
radości, opowiadanie często przerywane pocałunkami.
- I wiesz, musiałam przyjść, nie zasnęłabym,
gdybym dziś jeszcze nie przytuliła się do ciebie, nie
powiedziała ci, jak mi dobrze i spokojnie, gdy jesteś
przy mnie, gdy mam tę pewność, że żadna inna nie
kradnie mi ciebie. Powiedz, zdradzałeś mnie?
- Nie.
- Na pewno?
- Jak dotychczas - na pewno.
- Powiedz - nalegała - czy nie masz w Warszawie
dawnej kochanki.
Zapewnił ją, że nie ma, w nagrodę za to został
ponownie wycałowany.
Zły był na siebie, że zabrakło mu stanowczości,
obawiał się nawet, czy Nina po wyjściu od niego nie
nazwie go fujarą, co to cacka się z kobietą.
Tymczasem ona zaczęła mówić o jego nowym stanowisku i
o tym, czy teraz nie mogliby pobrać się.
Trzeba było dyplomatyzować. Nikodem zastanowił się i
odparł, że na razie muszą poczekać, bo jego dochody
jeszcze nie są wystarczające.
- A po drugie, sama mówiłaś, że nie chcesz
mieszkać w Warszawie, a przecie ja muszę tam mieszkać.
Nina zmartwiła się. Prawda... chyba żeby zamieszkali
gdzieś
<strona 151>
pod Warszawą. Nikodem mógłby dojeżdżać samochodem.
Zaczęła układać plany na przyszłość.
Nikodem poczuł senność, a że bał się zasnąć,
zapalił papierosa. - Ach - mówiła - i dzieci
będziemy mieli. Jakaż to rozkosz, jakie to szczęście
mieć dzieci. Powiedz, kochanie, lubisz dzieci?
Dyzma nie cierpiał dzieci i odparł: - Bardzo lubię.
- Ach, to cudownie! Będziemy mieli dużo dzieci...
- Słuchaj - przerwał jej - a czy twój mąż nie
spostrzeże, żeś ty wyszła ze swojej sypialni?
Zaniepokoiła się. Istotnie zbyt długo tu siedzi.
Ostatecznie jest to jej obojętne, lecz pragnęłaby
uniknąć awantury.
Pożegnali się czule i wyszła.
Dyzma położył się do łóżka, naciągnął kołdrę
na głowę i mruknął:
- Ee... do cholery z taką miłością.
<strona 152>
|