Awantura zaczęła się od tego, że pani Nina zmieniła
suknię wieczorem na bardziej szykowną i że dłużej
niż zwykle układała przed lustrem włosy.
Kasia dość miała zmysłu obserwacyjnego, by to
spostrzec.
- Szkoda - powiedziała lekko - że nie
nałożyłaś toalety balowej.
- Kasiu! -
- Co?
- Twoja uszczypliwość jest zupełnie nie na miejscu.
- Więc po co się przebrałaś? - z nie ukrywaną
ironią zapytała Kasia.
- Przebrałam się bez powodu. Ot, tak sobie. Dawno tej
sukni nie nosiłam.
- Wiesz dobrze - wybuchnęła Kasia - że w niej
wyglądasz ślicznie!
- Wiem - odparła z uśmiechem Nina i obrzuciła
Kasię powłóczystym spojrzeniem.
- Nino!
Nina uśmiechała się wciąż.
- Nino! Przestań! - rzuciła książkę, którą
przed chwilą czytała, i zaczęła chodzić po pokoju.
Wtem zatrzymała się przed Niną i wyrzuciła z siebie:
- Gardzę, rozumiesz, gardzę kobietami, które dla
przypodobania się mężczyźnie robią z siebie -
szukała mocnego epitetu robią z siebie kokotki! -
wypaliła.
Nina zbladła.
- Kasiu, obrażasz mnie!
- Kobieta przymilająca się mężczyźnie robi na mnie
wrażenie, daruj, ale będę szczera, suki, tak, suki!...
Oczy Niny zapełniły się łzami. Przez chwilę
patrzyła na Kasię szeroko rozwartymi źrenicami,
później ukryła głowę w ramionach
<strona 106>
i zaczęła płakać. Szloch unosił nierównym rytmem
jej łopatki, skóra na karku zaróżowiła się.
Kasia zaciskała piąstki, była jednak zbyt wzburzona,
by mogła się pohamować.
- Może zaprzeczysz - wołała - może zaprzeczysz,
że dziś od południa, odkąd przyszła depesza,
zmienił ci się nastrój?! Może zaprzeczysz, że
przebrałaś się dla Dyzmy?! Że teraz od godziny
mizdrzysz się przed lustrem, żeby go o-cza-ro-wać!
- Boże, Boże - szlochała Nina. - Brzydzę się
tym, rozumiesz!
Nina zerwała się z krzesła. Jej wilgotne oczy
rozpłomieniły się buntem.
- Więc tak, więc tak - wyszeptała dobitnie. -
Prawda, masz rację, chcę go oczarować, chcę podobać
się mu jak najbardziej... Jeżeli się tym brzydzisz,
pomyśl, czy raczej ja nie powinnam się brzydzić tobą
i sobą?
Kasia wzięła się za boki, wybuchnęła śmiechem. -
Też znalazłaś sobie obiekt!
Sądziła, że zmiażdży Ninę swą ironią, lecz ta
wyzywająco podniosła główkę.
- Tak, znalazłam!
- Ordynarny brutal - wyrzuciła z pasją Kasia -
wulgarny typ "griaduszczewo chama"... Goryl!
- Właśnie, właśnie! I cóż z tego? -
zarumieniona, podniecona w najwyższym stopniu wołała
Nina. - Brutal? Tak! To jest typ nowoczesnego
mężczyzny! To jest silny człowiek! Zwycięzca!
Zdobywca życia!!... Po cóż mi zawsze wmawiasz, że
jestem stuprocentową kobietą? Uwierzyłam ci i teraz,
kiedy spotykam na swej drodze stuprocentowego
mężczyznę...
- Samca - syknęła Kasia.
Nina przygryzła wargi i zatrzymała oddech.
- Tak mówisz?... Więc dobrze, samca, samca... Czyż
nie jestem samicą?!
- Chama - dodała Kasia.
- Nieprawda! Pan Nikodem nie jest chamem. Dość
miałam dowodów jego subtelności. Jeżeli zaś jest
brusque, czyni to świadomie. To jest jego styl, jego
typ. To ja nad tobą powinnam się litować, że natura
cię tak upośledziła, że nie jesteś w stanie odczuć
<strona 107>
elektryzującego działania tej najpiękniejszej siły,
tej władczej, prymitywnej męskości... Tak, właśnie
pierwotność, symplicyzm natury...
- Jakoś łatwo rezygnujesz z kulturalnych pretensji.
- Kłamiesz, kłamiesz, świadomie kłamiesz, sama
przyznawałaś, że zenitem kultury jest wżycie się w
prawa przyrody...
- Po co te frazesy? - z zimną ironią przerwała
Kasia. - Powiedz po prostu, że chcesz go mieć w
łóżku, że trzęsiesz się z żądzy podstawiania mu
swego ciała.
Chciała jeszcze mówić dalej, lecz widząc, że Nina
zakryła twarz chusteczką i zaczęła płakać,
umilkła.
- Jakaż ty jesteś... bez serca... jaka... bez
serca... - wśród łkania powtarzała Nina.
W oczach Kasi zapaliły się ogniki.
- Ja? Bez serca? I to ty mnie mówisz, Nino! Nino!
- Zostaje mi chyba - płakała tamta -
samobójstwo... Boże, Boże... jakże ja jestem sama...
Kasia nalała szklankę wody i przyniosła Ninie.
- Wypij, Ninuś, musisz się uspokoić, no wypij,
kochana. - Nie, nie, nie chcę... Zostaw mnie,
zostaw...
- Wypij, Ninuś - prosiła.
- Nie chcę, idź, idź, jesteś bez litości...
Po zaciśniętych palcach ściekały łzy. Kasia objęła
ją i szeptała pieszczotliwe słowa. Wtem Nina
drgnęła. Z daleka rozległ się sygnał samochodu.
Po chwili światło jego reflektorów przesunęło się
jaskrawą smugą przez półcień pokoju.
- Nie płacz, Ninuś, będziesz miała zaczerwienione
oczy.
- I tak nie zejdę na kolację - odparła Nina i
zaszlochała znowu.
Kasia okrywała pocałunkami jej mokre policzki, oczy,
drgające usta, włosy.
- Nie płacz, nie płacz, kochanie, byłam niedobra,
brutalna, przebacz, najdroższa...
Tuliła ją mocno w ramionach, jakby siłą uścisku
chciała zdusić spazm łkania.
- Ninuś, moja kochana Ninuś!
W drzwiach stanęła pokojówka, meldując, że kolację
podano.
<strona 108>
- Powiedz panu, że panią głowa boli i że nie
zejdziemy na kolację.
Gdy pokojówka wyszła, Nina zaczęła namawiać Kasię,
by zostawiła ją i zeszła na dół. Kasia jednak ani
słyszeć o tym nie chciała. Nina, chlipiąc, ocierała
oczy, gdy znowu zapukano.
Do pokoju wpadł Kunicki. Był rozpromieniony i
rozgestykulowany.
- Chodźcie, chodźcie - szeplenił - przyjechał
Dyzma! A nie macie pojęcia, z jakimi rezultatami! To
złoty człowiek! Powiadam wam, wszystko przeprowadził,
co chciał! Chodźcie! Umyślnie prosiłem, by z
opowiadaniem zaczekał na was...
Tak był przejęty, że dopiero teraz spostrzegł, że
musiała zajść tu jakaś awantura.
- Co wam jest? No? Chodźcie. Dajcie spokój...
Chciał coś dalej mówić, lecz Kasia nagle się
zerwała i, wskazując na drzwi, krzyknęła:
- Wynoś się! - Ależ...
- Wynoś się w tej chwili!
Kunicki znieruchomiał. W małych oczkach zaiskrzyła
się nienawiść. Wyrzucił z siebie ordynarne
przekleństwo i wybiegł z pokoju, tak trzasnąwszy
drzwiami, że siedzący w hallu Nikodem aż podskoczył
na kanapie.
- Co się stało? - zapytał lokaja. Ten
uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Pewnie panienka wyrzuciła jaśnie pana za drzwi.
Dokończył już szeptem, gdyż na schodach ukazał się
Kunicki, któremu twarz rozpogodziła się w jednej
chwili.
- Jaka szkoda, kochany panie Nikodemie! Niech pan sobie
wyobrazi, że żona moja ma silną migrenę i nie może
zejść. A Kasia nie chce zostawić biedactwa samej.
Trudno, che, che, che, zjemy kolację bez kobiecego
towarzystwa.
Wziął Dyzmę pod ramię i przeszli do jadalni, w
której służba zdążyła już sprzątnąć dwa zbędne
nakrycia.
Tu Kunicki zaczął szczegółowo wypytywać Nikodema o
przebieg jego misji w Warszawie i w Grodnie. Po każdej
zaś odpowiedzi podskakiwał na krześle, klepiąc się
obu dłońmi po udach i wykrzykując entuzjastyczne
pochwały.
<strona 109>
- Wie pan, drogi panie Nikodemie - zawołał w końcu
- że to podniesie dochód Koborowa o jakieś sto do
stu czterdziestu tysięcy rocznie! To znaczy, że według
naszej umowy pańska tantiema wyniesie ponad
czterdzieści tysięcy rocznie! Co? Nieźle? Opłaciło
się panu?
- No, niby tak. - Jak to niby?
- Wydatki miałem duże, bardzo duże. Ja liczyłem,
że i pensja musi pójść w górę.
- Zgoda - odparł zimno Kunicki - więc dodaję
pięćset. Będą okrągłe trzy tysiące.
Dyzma chciał powiedzieć "dziękuję", lecz
spostrzegłszy, że Kunicki patrzy nań z
zaniepokojeniem, pokiwał się na krześle i powiedział:
- To mało. Trzy pięćset.
- Czy to znowu nie będzie za dużo?
- Za dużo? Co pan sobie myśli? Jeżeli dla pana trzy
pięćset to za dużo, to wobec tego cztery.
Kunicki skurczył się i chciał wszystko w żart
obrócić, lecz Dyzma uparcie powtórzył:
- Cztery!
Przyparty do muru, musiał się zgodzić, osłaniając
kapitulację przyznaniem Dyzmie umiejętności
załatwiania interesów.
- Zgadzam się - mówił - tym chętniej, że
szczęśliwy początek wróży równie szczęśliwe
zakończenie.
- Jak to? - zdziwił się Dyzma - przecie już
sprawa skończona?
- Sprawa kontyngentu tak. Ale ja uważam, kochany panie
Nikodemie, że przydałaby się panu tantiema,
przypuśćmy sto, a może i sto pięćdziesiąt tysięcy
złotych. Co?
- No?
- Jest na to sposób, ściślej mówiąc, pan ma na to
sposób.
- Ja?
- Pan, kochany panie Nikodemie. Oczywiście kosztować
to będzie wiele starań i zabiegów. Czy pan ma stosunki
w Ministerstwie Komunikacji?
- Komunikacji? Hm... znalazłyby się.
- Otóż to - ucieszył się Kunicki - otóż to! A
mógłby pan
<strona 110>
otrzymać większe dostawy podkładów kolejowych?... Co?
To jest dopiero interes! Na tym dopiero robi się
pieniądze!
- Pan już na tym robił? - zapytał Dyzma. Kunicki
zmieszał się.
- Ach, myśli pan o tym procesie? Zaręczam panu,
wszystko było dęte. Wrogów siać nie trzeba... Dęte.
No i sąd musiał mnie uniewinnić. Miałem niezbite
dowody w ręku.
Uważnie przyglądał się Dyzmie, a że ten milczał,
Kunicki zaniepokoił się.
- Sądzi pan, że ten proces może nam teraz
przeszkodzić w uzyskaniu dostaw?
- Pomóc nie pomoże.
- Ale da się zrobić? Co? W razie czego przecie są
dokumenty, mam je w ręku, w razie jakichś zastrzeżeń
mogę powtórnie udowodnić...
Mówił jeszcze długo, rozwodząc się nad szczegółami
i cytując fragmenty swojej obrony w sądzie.
Zbliżała się już północ, gdy spostrzegł senność
słuchacza.
- Ale pan jest zmęczony! No, wyśpi się pan i tak. I
bardzo pana proszę, kochany panie Nikodemie, nie zadawaj
pan sobie trudu zbyt wiele. Oczywiście będę panu
niezmiernie wdzięczny, jeżeli pan swoim bacznym okiem
rzuci tu i ówdzie. Zawsze c0 dwie głowy, to nie jedna;
ale, powtarzam, dzięki Bogu, jestem zdrów i nie widzę
potrzeby obarczania pana moją pracą. Niech pan
wypoczywa sobie i czuje się jak w domu.
- Dziękuję - rzekł Dyzma i ziewnął.
- Ale jeszcze jedno. Jak pan będzie miał ochotę i
czas, niechże pan trochę zaopiekuje się moimi paniami.
Kasia to jeszcze jeździ konno, uprawia inne sporty, ale
żona moja, biedactwo, nudzi się bardzo. Nie ma żadnego
towarzystwa. Dzięki temu i nudy, i migreny, i
melancholie. Przyzna pan: obcowanie jedynie z Kasią musi
wpływać źle na stan nerwów. Więc będę bardzo
wdzięczny, jeżeli pan znajdzie dla nich trochę czasu.
Dyzma obiecał zająć się rozerwaniem pani Niny, zaś
kładąc się spać, myślał:
"Taki stary kanciarz, a taki frajer! Kobieta i tak
na mnie leci, a on jeszcze ją popycha".
<strona 111>
Usiadł na łóżku oparty o poduszki i, wyjąwszy z
portfelu pieniądze przeliczył je z grubsza, po czym na
kartce papieru zaczął obliczać, ile też będzie miał
dochodu. Właśnie zamyślił się nad kwotą tantiemy,
gdy usłyszał przyciszone kroki w sąsiednim pokoju.
Ktoś szedł po omacku, gdyż kilka razy potrącił
krzesła. Było już po drugiej. Zainteresowany, chciał
wstać i wyjrzeć, gdy kroki zatrzymały się tuż przed
drzwiami, po chwili zaś klamka poruszyła się i drzwi
zaczęły się uchylać.
Na progu stanęła Kasia.
Dyzma przetarł oczy i ze zdumienia otworzył usta.
Miała na sobie czarną jedwabną pidżamę z czerwonymi
wyłogami. Patrzyła nań spod opuszczonych rzęs. Cicho
zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do łóżka.
W jej sposobie zachowania się nie znać było
najmniejszego zażenowania i Dyzma przyglądał się jej
z rosnącym zdumieniem.
- Nie przeszkadzam panu? - zapytała swobodnie. -
Niby mnie?... Ależ... Co znowu.
- Zapomniałam o papierosach - powiedziała niedbale.
- A ja myślałem...
- Co pan myślał? - zapytała- z akcentowaną
wyniosłością. Zmieszał się.
- Myślałem, że... że ma pani jakiś interes.
Zapaliła papierosa i skinęła głową.
- Owszem, mam.
Przysunęła sobie krzesło i usiadła, zakładając
nogę na nogę. Między czerwienią atłasowego
pantofelka a mankietem nogawki odsłoniła się szczupła
kostka o smagłej skórze. Nikodem nigdy jeszcze nie
widział kobiety w spodniach i wydawała się mu teraz
nieprzyzwoitą. Milczenie przerwał znowu niski,
głęboki alt Kasi:
- Chcę z panem pomówić rzeczowo. Jakie ma pan
zamiary w stosunku do Niny?
- Ja?..
- Proszę, niech pan nie stara się zbyć mnie
wykrętami. Sądzę, że powinien pan po męsku i
otwarcie postawić kwestię. Przecie nie zaprzeczy pan,
że zabiegasz o jej względy. W jakim celu? Dyzma
wzruszył ramionami.
- Chyba nie łudzi się pan, że Nina dla niego porzuci
swego
<strona 112>
męża. Że durzy się teraz w panu, to jeszcze niczego
nie przesądza. - Skąd pani wie, że pani Nina durzy
się? - zapytał zainteresowany.
- Mniejsza o to. Przyszłam tu, by dowiedzieć się,
czy pan jest dżentelmenem, czy też człowiekiem, który
zdolny jest do podłego wyzyskania słabości uczciwej
kobiety i uczciwej żony. Uważałabym pana za łotra,
gdyby pan, korzystając z sytuacji, zrobił z Niny swoją
kochankę!
Była wzburzona i głos jej zaczął drgać niemal
chrapliwie. Oczy iskrzyły się ciemnym połyskiem.
- Czego się pani mnie czepia - odparł już nieco
poirytowany - czy ja wsadzam nos w pani sprawy?
- Tak? Więc mam to rozumieć jako zapowiedź
świństwa, do którego pan zmierza? Ach, z jakąż
rozkoszą obiłabym pana nahajem po tej kwadratowej
twarzy!
- Że co? - warknął Dyzma. - Że kogo? Mnie?
- Pana! Pana! - zasyczała z nienawiścią,
zaciskając piąstki. Dyzma był wściekły. Cóż sobie
myśli ta smarkata! Przyłazi w nocy i....
Nagle Kasia zerwała się z krzesła i chwyciła go za
rękę. - Nie ruszy pan jej! Słyszy pan! Nie śmie pan
jej ruszyć! Wargi jej dygotały. Nikodem jednym
szarpnięciem uwolnił rękę. - Zrobię, jak zechcę!
Rozumie pani? Co mi tu pani ma do gadania!
Przygryzła wargi i odeszła do okna.
- To też coś takiego - doburknął Dyzma.
W gruncie rzeczy wcale nie mógł zorientować się w
sytuacji. Wprawdzie miłe go połechtało to, że pani
Nina w nim się durzy, lecz nie rozumiał, dlaczego to
tak oburza Kasię, dlaczego przyszła tutaj w nocy,
zamiast po prostu podzielić się swoimi podejrzeniami z
ojcem. Wiedział, że nienawidziła Kunickiego, 1ecz
dlaczego w takim razie tak namiętnie pilnuje wierności
macochy? U tych wielkich państwa zawsze wszystko do
góry nogami...
Tymczasem Kasia odwróciła się i Nikodem znowu się
zdziwił: uśmiechała się doń z kokieterią.
- Gniewa się pan na mnie? - zapytała z wyraźnym
przymilaniem się. - Bardzo?
- Pewno, że bardzo.
<strona 113>
- Ale mnie pan nie wyprosi? Można usiąść? - Czas
spać - bąknął niechętnie.
Roześmiała się wesoło i niespodziewanie usiadła na
brzegu łóżka. - Czy pan zawsze noce spędza tak
cnotliwie? Tak samotnie?... Spojrzał na nią zdumiony.
Pochyliła się lekko ku niemu. Nad
równiutkim rzędem niebywale białych ząbków
rozchylały się ciemnowiśniowe wargi, nad nimi
niepokojąco poruszały się nozdrza, rumieniec zabarwił
brzoskwiniową skórę policzków. Była tak ponętna,
jakiej jej dotychczas nigdy nie widział. Tylko oczy nie
zmieniły swego pierwotnego wyrazu. Patrzyły zimno i
badawczo spod wspaniałego wąskiego łuku zrośniętych
brwi.
- Pan na pewno tęskni za Warszawą, gdzie noce nie
skazują mężczyzn na samotność tak jak tu, w
Koborowie. O, ja rozumiem pana...
- Co pani rozumie? - zapytał niepewnie. -
Rozumiem, dlaczego pan bałamuci Ninę. - Ja nie
bałamucę - powiedział szczerze.
Roześmiała się i nagle pochyliwszy głowę musnęła
policzkiem jego wargi.
"Ot, jaka sprawa - pomyślał Dyzma - to ona
przez zazdrość! Ta też leci na mnie!"
- Panie Nikodemie - zaczęła filuternie -
rozumiem, że pan chce i tu mieć kobietę, ale nie
rozumiem, dlaczego właśnie Ninę. Czy ja się panu tak
dalece nie podobam?
Kołdra była cienka i czuł przez nią wyraźnie ciepło
jej ciała. - Dlaczego, owszem, pani mi się podoba.
- Jestem młodsza od Niny... Nie jestem też od niej
brzydsza. O, niech pan patrzy!
Wstała i podbiegła do kontaktu. Sypialnię zalał potok
światła. - Niech pan patrzy, niech pan patrzy...
Szybkimi ruchami rozpięła pidżamę. Czarny jedwab
zsunął się ślisko po smukłym, giętkim ciele i
opadł na ziemię.
Nikodem zbaraniał do reszty. Patrzył wytrzeszczonymi
oczyma na tę dziwną pannę, która tak bezwstydnie
stała przed nim całkiem nago. Stała tak blisko, że
mógłby ręką dosięgnąć tej śniadej skóry.
- No co? Co? Podobam się panu? Kasia wybuchnęła
cichym śmiechem.
<strona 114>
Dyzma bezradnie siedział z otwartymi ustami.
- Ładna jestem - przechyliła zalotnie głowę - a
może chce pan sprawdzić, jaką gładką mam skórę,
jak jędrne mięśnie? O, proszę się nie krępować!...
Nie przestając śmiać się, zbliżyła się do samego
łóżka. - No!
W jej śmiechu coś przestraszało Nikodema. Nie mógł
zdobyć się na żaden ruch.
- A może pan myśli, że jestem nierządnicą?... Tak?
Nie, czarujący panie Nikodemie, upewniam go, że
zachowałam dziewictwo, o czym może się pan przekonać,
jeżeli to mu bardziej konweniuje niż romans z Niną...
No!... śmiało!...
Uklękła na łóżku i nagłym ruchem przycisnęła
głowę Nikodema do swoich piersi. Uczuł na twarzy ich
chłodny, sprężysty dotyk, nozdrza napełniły się
zapachem młodego ciała, dziwnie ostrym i
podniecającym, a przecież tak subtelnym.
- No!...
- Psiakrew! - wyrzucił przez zaciśnięte zęby
Dyzma i zachłannym rzutem zagarnął ją pod siebie.
Twarz Kasi owiał gorący oddech. Źle ogolone wargi
zaczęły łapczywie szukać jej ust. Dłonie natrafiły
na spoconą włochatą skórę. Ogarnął ją nie dający
się przezwyciężyć wstręt. Obrzydzenie ścisnęło
jej gardło.
- Precz, precz, proszę mnie puścić, ohyda!...
Precz!...
Smukłe ciało w spazmatycznych, rozpaczliwych rzutach
usiłowało wyrwać się z grubych łap.
Na próżno.
Teraz zrozumiała, że przeceniła swoją miłość do
Niny, zrozumiała, że tego poświęcenia znieść nie
potrafi, że woli umrzeć, niż swoimi uściskami okupić
tamto uczucie.
Zrozumiała - za późno.
Gdy szybko drżącymi rękoma nakładała pidżamę,
Nikodem zaśmiał się:
- Che, che, che... klasa z pani dziewucha.
Obrzuciła go spojrzeniem pełnym nienawiści i pogardy,
lecz on tego nie spostrzegł i dodał:
- Dobrze było? Co?
<strona 115>
- Bydlę! - rzuciła przez zaciśnięte zęby i
szybko wybiegła ż pokoju.
Teraz Dyzma już całkiem pojąć nie mógł, o co tej
panience chodzi. Przecież sama przyszła, sama chciała,
a tymczasem... Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślając
o całym zdarzeniu doszedł
do przeświadczenia, że Kasia nie udawała obrzydzenia,
że z romansu z nią nic nie będzie.
Oni tu wszyscy fiksum dyrdum" - konkludował,
przypomniawszy Ponimirskiego.
Nazajutrz przy śniadaniu spotkał tylko Ninę, która
wyjaśniła, że Kasia leży w łóżku. Z zachowania
się Niny wywnioskował, że ta nic nie wie o wybryku
Kasi.
Wieczorem wrócił Kunicki i zaanektował Dyzmę aż do
późnej nocy.
Dopiero następnego ranka Nikodem spotkał Kasię w
przejściu do jadalni. Na jego ukłon odpowiedziała
wyniosłym skinięciem głowy. Nina już siedziała przy
stole. Obie panie były milczące. Trzeba było zacząć
rozmowę. Na pierwszą wzmiankę Dyzmy o ładnej
pogodzie, Kasia odpowiedziała z wyzywającą ironią:
- Ach, był pan łaskaw zauważyć to niezwykłe
zjawisko.
Gdy zaś wstał, by sięgnąć po wędlinę, i wpakował
rękaw w masło, zaśmiała się wyzywająco:
- Takie piękne ubranie! Jaka szkoda! Ślicznie
zrobione, z takim smakiem. Czy pan ma krawca w Londynie?
- Nie - odparł po prostu - ja kupuję ubrania
gotowe.
Nie odczuł szyderstwa i zdziwił się w duchu, że to
ubranie może się aż tak podobać. Nie zrozumiał też
spojrzenia pełnego wyrzutu, jakim pani Nina próbowała
powstrzymać docinki Kasi.
- Widzisz - powiedziała pani Nina - dostałaś
dobrą nauczkę od pana Nikodema. Mówiłam ci, że
snobizm nie może leżeć w naturze pana, człowieka
czynu.
Kasia zmięła serwetkę i wstała.
- Ach, co mnie to obchodzi. Do widzenia! - Jedziesz
do Krupiewa?
- Tak.
- Ale przed obiadem wrócisz? - Nie wiem. Zobaczę.
<strona 116>
Gdy wyszła, Dyzma zapytał ostrożnie: - Czego się
panna Kasia złości? Nina skinęła głową.
- Ma pan rację. Właśnie złości się... Może...
Czy ma pan wolny czas?
- Owszem.
- Może przejedziemy się łódką? - Dobrze.
Wzięła szal i parasol, gdyż słońce piekło
niemiłosiernie.
Szli wąską dróżką wśród ściernisk, ku nieruchomej
tafli jeziora. Nina miała na sobie białą lekką
sukienkę, niemal przezroczystą, tak że Nikodem, idąc
za nią, wyraźnie odróżniał kształt nóg.
By dojść do łódek, trzeba było przejść przez
kładkę nad dość szerokim rowem. Nina zawahała się.
- Wie pan, lepiej przejdziemy dalszą drogą. - Boi
się pani przejść przez kładkę?
- Trochę.
- Nie ma czego. Kładka mocna.
- Ale ja dostanę zawrotu głowy i stracę
równowagę... ' - Hm... czy warto obchodzić? Ja
panią przeniosę.
- Nie wypada! - uśmiechnęła się niemal figlarnie.
Uśmiechnął się i Dyzma. Pochylił się i wziął ją
na ręce. Nie broniła się, a gdy znaleźli się na
kładce, objęła go za szyję i przywarła doń mocno.
- Oj, ostrożnie...
Umyślnie szedł coraz wolniej i postawił ją na ziemi o
parę kroków dalej, niż tego wymagała długość
przeprawy. Nie zmęczył się, lecz że był nieco
zdyszany, Nina zapytała:
- Ciężka jestem? Jak długo mógłby pan mnie
nieść? Nikodem spojrzał w jej rozjarzone oczy.
- Mógłbym ze trzy mile, z pięć mil...
Odwróciła się szybko i szli w milczeniu, aż do
łódki. Gdy już odpłynęli dość daleko od brzegu,
Nina powiedziała:
- Niech mi pan tego nie weźmie za złe, co powiem.
Wydaje mi się, że kobieta nie może być szczęśliwa,
jeżeli nie ma kogoś, kto by ją nosił na rękach. Nie
w przenośni, nie. Wprost nosił na rękach.
Dyzma złożył wiosła. Przypomniał mu się mały
tłuściutki pan
<strona 117>
Boczek i jego żona, która musiała ważyć co najmniej
sto kilo. Boczek na pewno nie nosił jej na ręku -
uśmiechnął się - a jednak są szczęśliwi.
- Nie wszystkie kobiety - rzekł głośno.
- Zgadzam się, ale te kobiety, którym tego do
szczęścia nie brak, muszą być nieco wynaturzone,
zmaskulinizowane, pozbawione tego, co stanowi treść
kobiecości. Na przykład... Kasia.
W jej głosie brzmiała nuta niechęci.
- Co, pokłóciła się pani z panną Kasią?
- Nie to - odparła Nina - ona po prostu złości
się na mnie. - Za cóż to?
Zawahała się.
- Za co?... Ach, czy ja wiem... Może za to, że czuję
do pana... sympatię.
- Panna Kasia mnie nie lubi? - Nie to.
- A jednak nie lubi. Dziś przy śniadaniu takie
szpilki mi wsadzała.
- No, ale pan nic sobie z tego nie robi. I odciął
się pan znakomicie. Pan tak umie kilku słowami osadzić
adwersanta... Dyzma roześmiał się. Przypomniał sobie
opowiadanie Waredy o krynickim kawale Ulanickiego.
- Czasami - powiedział - można to zrobić i bez
słów. Jak byłem w maju w Krynicy, to w moim
pensjonacie mieszkał pewien bubek. Wie pani, taki
elegant z morskiej pianki. Przy stole siedział naprzeciw
mnie i co dzień przez cały obiad gadał i gadał! O
czym on nie gadał! Wszystkimi językami! A wszyscy
słuchają, zwłaszcza panie! A on czaruje i czaruje.
- Znam typy tego rodzaju - wtrąciła Nina - takie
bawidamki. Nie znoszę takich.
- I ja też nie znoszę. Więc jednego dnia już nie
mogłem wytrzymać. Kiedy ten już z pół godziny
gadał, pochyliłem się raptem do niego i jak nie
huknę: - Huuuu!...
Nina wybuchnęła śmiechem. - A on co? - zapytała.
- On? Zamilkł z miejsca i więcej go nie widzieliśmy.
Wyjechał czy coś.
Pani Nina zawołała:
<strona 118>
- Ach, jakież to świetne. I to takie w pańskim
właśnie stylu! Gdyby mi pan nawet nie powiedział, że
to pan tak zrobił, na pewno bym odgadła. Świetne!
Dyzma był kontent z efektu.
- Wie pan - ciągnęła Nina - nigdy nie
spotykałam takich mężczyzn jak pan. I wydaje mi się,
że znamy się już od lat. Wydaje mi. się, że
potrafiłabym już dziś powiedzieć ściśle, co pan w
każdym wypadku zrobi, co powie. I to jest
zastanawiające, że jednak za każdym razem odkrywam w
panu nowe rewelacje, nowe niespodzianki. A przecie pan
jest monolitem...
- Kim?...
- Monolitem. Konstrukcja pańskiego charakteru jest
matematycznie konsekwentna. Na przykład pański sposób
obcowania z kobietami! Fascynuje prostotą. Prawda, może
jest nieco surowy, a nawet, powiedziałabym, brutalny.
Ale wyczuwa się pod nim głębię przemyśleń.
Właśnie człowiek wielkiego czynu, właśnie głęboki
intelektualista musi mieć sposób bycia taki wyzwolony z
wszelkich werteryzmów czy liryzmów, pozbawiony takiej
ornamentacji i połyskliwego blichtru. O, pan nie należy
do ludzi, którzy przypominają mi sklep, gdyż wszystkie
swoje wartości wystawiają w witrynach. Przepraszam pana
za tę metaforę. Pan na pewno nie znosi metafor?
Nikodem nie wiedział, co znaczy to słowo, odparł więc
na wszelki wypadek:
- Dlaczego... owszem...
- Pan jest uprzejmy. Ale to nie jest pański genre. W
panu nic nie ma z baroku. Trafnie pana określiłam?
Dyzma zaczął się wewnętrznie irytować. Nie
wyobrażał sobie, by można było słuchać kogoś
mówiącego przecież po polsku i nie rozumieć ani
jednego zdania.
- Owszem - bąknął.
- Ach, pan nie lubi mówić o sobie. - Nie. Nie ma o
czym.
Chwilę milczał i dodał innym tonem:
- Może popłyniemy do tego lasku? - wskazał dość
odległy brzeg, porośnięty sośniną.
- Dobrze. Ale teraz ja będę wiosłowała, a pan
przejdzie do steru.
<strona 119>
- Nie zmęczy się pani?
- Nie. Trochę gimnastyki nie zawadzi.
Łódź była dość wąska i chybotna. Wymijając się,
musieli trzymać się siebie, by nie stracić równowagi.
- Umie pan pływać? - zapytała.
- Jak siekiera - odparł Nikodem i zaśmiał się.
- I ja nie umiem. Musimy zatem zachować ostrożność.
Dopływali do lasku, powietrze było nasycone zapachem
rozgrzanego w słońcu żywicznego igliwia.
- Wysiądziemy? - zapytała.
- Może. Posiedzimy trochę w cieniu. - Tak, upał
ogromny.
Dziób łodzi ślisko osiadł na piaszczystym brzegu.
Wyżej, gdzie zaczynały się drzewa, ziemia pokryta
była gęstym wełnistym mchem.
- Ślicznie tu, prawda? - zapytała Nina. - Niczego
sobie.
Siedli na mchu i Nikodem zapalił papierosa. - Czy
bardzo zdziwił pana mój list?
- Dlaczego, ucieszył mnie bardzo - odparł Dyzma,
wyciągając z kieszeni wąską kopertę - noszę ten
list na sercu.
Pani Nina zaczęła prosić, by zniszczył list, który
przecie może wpaść w czyjeś ręce.
- Niech pan nie zapomina, że jestem mężatką.
Proszę zniszczyć. - Za nic - upierał się Dyzma.
- Niech pan mnie nie podejrzewa o tchórzostwo. Po
prostu chciałabym uniknąć przykrości.
Wyciągnęła rękę, lecz Nikodem podniósł list tak
wysoko, że nie mogła dosięgnąć.
- No, proszę, niech pan odda. - Nie oddam -
zaśmiał się.
Widząc, że Dyzma przekomarza się, Nina uśmiechnęła
się również i upatrzywszy szczęśliwy moment szybkim
ruchem chciała List wyrwać. Przechyliła się przy tym
tak, że oparła się o jego ramię. Nikodem objął ją
i zaczął całować. Najpierw próbowała się bronić,
lecz trwało to tylko chwilę.
Z daleka, z drugiej strony jeziora, dolatywał ledwie
dosłyszalny warkot.
<strona 120>
To pracowały tartaki pana Kunickiego.
Dyzma podłożył ręce pod głowę i wyciągnął się
na mchu. Nina siedziała skulona. Pochyliła się nad nim
i szepnęła:
- Po co, po co to zrobiłeś? Teraz już nigdy cię nie
zapomnę... Będę stokroć nieszczęśliwsza niż
dotychczas... Boże, Boże!... Ja nie potrafię już
teraz żyć tym strasznym życiem... Nie potrafię żyć
bez pana...
- A po co potrafiać?
- Nie mów, nie mów tak, nie mów! Nie zniosę roli
żony zdradzającej starego męża. To ohydne.
- Przecie go nie kochasz... - Nienawidzę,
nienawidzę! - No więc?
- Ach, udajesz, że mnie nie rozumiesz, Ja nie
potrafię żyć z wiecznym kłamstwem w duszy. To ponad
moje siły. To zatrułoby mi każdą chwilę spędzoną z
tobą... Boże, Boże, gdybym mogła zerwać te kajdany.
- A cóż to trudnego? - wzruszył ramionami. -
Tyle ludzi rozwodzi się.
Zagryzła wargi.
- Jestem niska, głupia, będziesz miał rację,
jeżeli mnie potępisz, ale nie umiałabym obejść się
bez zbytku, bez atmosfery bogactwa. Wstydzę się tego...
Gdybyś ty był bogaty!
- Może jeszcze i będę. Kto to może wiedzieć...
- Kochany! - złożyła ręce jak do modlitwy -
kochany! Ty przecie jesteś taki silny, taki rozumny!
Gdybyś sobie postanowił, przeprowadziłbyś wszystko.
Prawda?
- Prawda - odparł niepewnie.
- Widzisz! Widzisz! Wyrwij mnie stąd! Ratuj mnie!
Zaczęła płakać.
Dyzma objął ją i przytulił. Nie wiedział, jak
uspokoić jej płacz, więc milczał.
- Jakiś ty dobry, jakiś ty kochany, żebyś ty
wiedział, jak ja ciebie strasznie kocham i... ja nie
chcę, ja nie mogę mieć przed tobą tajemnic! Możesz
mną później pogardzać, ale wyznam ci wszystko.
Obiecaj, że mi przebaczysz ! Obiecaj! Ja, widzisz,
jestem
<strona 121>
taka biedna, taka słaba. Ja doprawdy nie umiałam się
bronić. Ona miała na mnie jakiś wręcz hipnotyczny
wpływ...
- Jaka ona?
- Kasia. Ale przysięgam ci, że więcej nie poddam
się tej hipnozie już nigdy, przysięgam! Wierzysz mi?
Nikodem absolutnie nie wiedział, o co jej chodzi.
Skinął więc głową i powiedział, że wierzy.
Chwyciła jego rękę i przywarła do niej ustami.
- Jakiś ty dobry! Jakiś ty dobry!... Zresztą Kasia i
tak na szczęście wyjeżdża do Szwajcarii.
- Kiedy wyjeżdża?
- Już w przyszłym tygodniu. Na cały rok!
- Na rok. To twego męża będzie dużo kosztowało.
- Nie. Nic nie będzie kosztowało, bo Kasia od niego
nie wzięłaby grosza.
- To z czego będzie żyła?
- Z czego? Ona przecie ma po matce dość duży
kapitał w banku.
- Tak? Nie wiedziałem. Pan Kunicki nic mi o tym nie
mówił. - Ach, po co o nim wspominasz! Mówmy o sobie.
Czuła się niezwykle zdenerwowana i roztrzęsiona.
Wracali w milczeniu.
Na tarasie spotkali Kunickiego. Był uśmiechnięty i
swoim zwyczajem zacierał małe rączki. Przywitał ich z
manifestacyjną radością, wypytywał o stan humorów i
o wycieczkę łodzią, lecz gdyby nawet chcieli mu
odpowiedzieć, nie znaleźliby na to miejsca w jego
gadaninie.
- No, a cóż tam słychać przy wielkim ołtarzu? -
zagadnął Kunicki.
- Niby w Warszawie? Ano nic nadzwyczajnego. Gadaliśmy
z Jaszuńskim i Ulanickim o moim projekcie magazynowania
zboża.
- Co pan mówi? No i co? Jakie wyniki? Sprawa jest na
dobrej drodze?
- Ano tak. Tylko, panie! Tajemnica państwowa! Kunicki
położył palec na ustach i szepnął:
- Rozumiem! Tss... Żona idzie, to może pan mi po
obiedzie opowie. Nie posiadam się z ciekawości.
<strona 122>
- Nie szkodzi - powiedział Nikodem - przecie pani
Nina nikomu nie powie. Mogę przy niej opowiedzieć.
- O czym? - zapytała Nina, nie patrząc na nich.
- Nino - ostrzegł Kunicki - uważaj tylko. To
tajemnica państwowa. Pan Dyzma wraz z rządem
przygotowuje kapitalny plan ratowania kraju przed
kryzysem gospodarczym. To projekt pana Dyzmy, za który
powinni go ozłocić! No więc jakże, kochany panie
Nikodemie?
Dyzma opowiedział pokrótce wszystko, co dotyczyło
obligacji zbożowych. Kunicki zacierał rączki i co
parę zdań powtarzał:
- Genialne, genialne!
Pani Nina wpatrywała się w genialnego projektodawcę
rozszerzonymi źrenicami, w których malował się
podziw.
- Jedną tylko mamy trudność - zakończył Dyzma
- mianowicie nie ma gdzie składać zakupionego zboża.
Na budowanie magazynów nie ma forsy.
- Ha! - zawołał Kunicki - to rzeczywiście
przeszkoda... Ale... Panie Nikodemie, a co by pan
sądził o takim wyjściu z sytuacji: rząd kupuje
zboże, ale pod warunkiem, że sprzedający zobowiązuje
się je przechować. Powiedzmy, nie każdy ma gdzie
przechować, ale zawsze ziemianinowi łatwiej jest nawet
pobudować spichlerz i mieć zboże sprzedane, niż
gnoić je również u siebie i bankrutować. Mnie to
wyjście wydaje się realne. Co pan o tym sądzi?
Dyzma aż oniemiał. "To łeb ma stary drań"
- pomyślał z podziwem i chrząknął:
- Gadaliśmy o tym - rzekł chytrze - może i tak
da się zrobić. Kunicki zaczął roztrząsać
szczegółowo ten pomysł, a Nikodem słuchał chciwie,
notując w pamięci słowa "starego cwaniaka",
gdy zjawił się lokaj.
- Jaśnie pana proszą do telefonu. W nowym tartaku
zerwała się transmisja i jest jakiś nieszczęśliwy
wypadek.
- Co? Co ty mówisz! Prędzej samochód! Przepraszam
państwa...
Wyleciał z pokoju niemal biegiem. Kończyli obiad we
dwójkę.
- Z pana jest wielki ekonomista - powiedziała Nina
nie podnosząc oczu - czy pan studiował za granicą?
Dyzma nie zastanowił się i odparł:
<strona 123>
- Tak, w Oksfordzie.
Na twarz Niny uderzyły rumieńce.
- W Oksfordzie?... Czy... czy... nie kolegował pan tam
z Jerzym Ponimirskim?
Nikodem teraz dopiero połapał się, że palnął
głupstwo. Mogła przecie w każdej chwili zapytać brata
i stwierdzić, że Dyzma zełgał. Nie było jednak
wyjścia. Trzeba brnąć dalej.
- Owszem - rzekł - znałem. Dobry był kolega.
Pani Nina milczała.
- A wie pan - spytała po chwili - jakie
nieszczęście go spotkało?
- Nie.
- Wpadł w ciężką chorobę nerwową. Prowadził
niemożliwy tryb życia, pił, hulał, awanturował się
i wreszcie doszedł do obłędu. Biedny Żorż!... Dwa
lata był w domu obłąkanych... Trochę go podleczyli.
Nie ma już teraz napadów furii; lecz o zupełnym
wyleczeniu, niestety, mowy być nie może... Biedny
Żorż... Nie może pan sobie wyobrazić, jak strasznie
cierpiałam z jego powodu... Tym bardziej że on od czasu
swej choroby stał się tak nieżyczliwy dla mnie.
Przedtem kochaliśmy się bardzo. Wie pan, że Żorż
jest tu, w Koborowie...
- Tak?...
- Tak. Mieszka w pawilonie, w parku, z sanitariuszem.
Nie widuje go pan dlatego, że lekarze zalecili mu jak
najrzadsze obcowanie z ludźmi, gdyż to pogarsza jego
stan. Ale czy ja wiem, może ujrzenie pana, kolegi z
dawnych lat, nie zaszkodziłoby mu. Czy lubiliście się
wzajemnie?
- Owszem, żyliśmy ze sobą dobrze.
Ninę to ucieszyło. Uczepiła się tego projektu i
prosząc Dyzmę, by nie wspominał o tym Kunickiemu,
oświadczyła, że pójdą po obiedzie do pawilonu.
Nikodem ociągał się i próbował się wykręcić, lecz
bojąc się wzbudzić podejrzenia, musiał się zgodzić.
Gdy znaleźli się wśród drzew, Nina zarzuciła mu
ramiona na szyję i przytuliła się doń całym ciałem.
Nikodem, przejęty obawami "wsypania" się,
pocałował ją od niechcenia kilka razy.
- Tak mi dobrze z panem - mówiła - tak czuję
się spokojna...
Wsunęła rękę pod ramię Nikodema.
<strona 124>
- Kobieta zawsze jest bluszczem - powiedziała w
zamyśleniu - będzie marnie wegetować, pełzając po
ziemi, jeżeli. nie znajdzie silnego drzewa, po którym
może wspiąć się ku słońcu...
Dyzma pomyślał, że to jest bardzo dobre powiedzenie i
że warto je zapamiętać.
Pawilon był małą willą w stylu odrodzenia, tak
porosłą winem, że tylko gdzieniegdzie przeświecała
białość jej ścian. Przed nią na gładko
wystrzyżonym trawniku ujrzeli leżak i wyciągniętego
na nim nieruchomo młodego hrabiego.
Zbliżających się dostrzegł ratlerek i zaczął
ujadać histerycznym szczekaniem, przypominającym
kaszel.
Ponimirski leniwie odwrócił głowę i zmrużywszy oczy
przed słońcem przyglądał się nadchodzącym przez
chwilę. Nagle zerwał się na równe nogi, obciągnął
ubranie i wsadził monokl w oko.
- Dzień dobry, Żorż - wyciągnęła doń rękę
Nina. - Przyprowadzam ci twego dawnego kolegę z
Oksfordu. Poznajesz go? Ponimirski obrzucił ich
głęboko nieufnym spojrzeniem. Z wolna
ucałował rękę siostry. Z wyrazu twarzy można było
wywnioskować, że obawiał się, czy jego spisek nie
został wykryty. Ponuro spojrzał na Dyzmę i podał mu
rękę.
- Poznaję, naturalnie, miło mi, panie kolego, że
mnie pan odwiedził.
Nagle odwrócił się do siostry.
- Wybacz, ale zostaw nas samych. Zrozumiałe, że po
tak długim rozstaniu mamy sobie wiele rzeczy do
powiedzenia. Może posiedzisz tu, a my się przejdziemy?
Nina nie oponowała. Spojrzała porozumiewawczo w oczy
Nikodema i weszła do pawilonu.
Ponimirski, oglądając się na wszystkie strony,
odprowadził Dyzmę w pobliską alejkę i opierając
palec wskazujący o jego pierś, zapytał gniewnie:
- Co to ma znaczyć? Nędzniku! Zdekonspirowałeś mnie
przed Niną? Może i ta szuja Kunik wie o wszystkim?
- Ależ, broń Boże, ani słowa nie powiedziałem
nikomu.
- No, masz szczęście. A skąd ona wie, że
przedstawiłem cię ciotce Przełęskiej jako kolegę z
Oksfordu?
<strona 125>
- Tego nie wie. A co do Oksfordu, to sam powiedziałem,
że uczyłem się tam. Tak wypadło z rozmowy.
- Jesteś pan nie tylko hochsztaplerem, ale w dodatku
głupcem. Przecie nie umiesz słowa po angielsku!
- Nie umiem.
Ponimirski usiadł na ławce i śmiał się ku
zaintrygowaniu ratlerka, który mu przyglądał się
bacznie.
- No, jakże tam ciotka Przełęska i ten jej
Krzepicki? Nie wyrzucili pana za drzwi?
Dyzma chciał usiąść obok Ponimirskiego, lecz ten
powstrzymał go ruchem ręki.
- Nie znoszę, by ludzie pańskiej kondycji siadywali w
mojej obecności. Proszę opowiadać. Krótko, dokładnie
i bez kłamstwa. Więc?
Nikodem zdawał sobie sprawę, że mówi doń istota o
niespełna rozumie, czuł jednak pomimo to
onieśmielenie, jakiego nie budzili w nim ani
ministrowie, ani generałowie, ani inne wielkie fisze w
Warszawie.
Zaczął opowiadać, że pani Przełęska przyjęła go
dobrze, że zarówno ona, jak i pan Krzepicki twierdzą,
że teraz nic zrobić się nie da, że rzecz trzeba
odłożyć na lat kilka.
Gdy skończył, Ponimirski syknął: - Sapristii Nie
łżesz pan?
- Nie.
- Wie pan, że jak żyję, nie słyszałem, by ktoś
opowiadał cośkolwiek w sposób pozbawiony tak dalece
inteligencji. Czy pan skończyłeś jaką szkołę?
Dyzma milczał.
- Co dotyczy sprawy, nie jestem takim bałwanem, bym
zechciał z niej zrezygnować. Otóż wkrótce napiszę
drugi list i pojedziesz pan z nim do Warszawy. Tymczasem
do widzenia. Możesz pan odejść. Brutus! Do nogi!
- A jak będzie z panią Niną? - zagadnął
nieśmiało Dyzma. - Z panią Niną?... Ach, prawda.
Zapomniałem o niej. Chodźmy wobec tego. I zabierz ją
pan ze sobą. Działa mi na nerwy.
Ninę spotkali na zakręcie.
- No cóż - uśmiechnęła się - miłe
roztrząsali panowie wspomnienia?
<strona 126>
- Owszem - odparł Dyzma.
- Moja droga - wycedził Ponimirski, poprawiając
monokl wspomnienia czasów, gdyśmy byli bardzo młodzi i
bogaci, zawsze będą miłe. Nieprawdaż, drogi kolego?
Ostatnie słowa wymówił ze specjalnym podkreśleniem i
roześmiał się głośno.
- Naturalnie, kolego - potwierdził bez przekonania
Dyzma, co wywołało jeszcze większą wesołość
Ponimirskiego.
- Mówiliśmy wyłącznie o Oksfordzie i Londynie,
gdzie tak cudownie bawiliśmy się z kolegą -
powiedział wśród śmiechu. Nie masz, moja droga,
wyobrażenia, jak mi było miło usłyszeć nareszcie
taką angielszczyznę, jakiej nie słyszałem od lat...
Klepnął Nikodema końcami palców po ramieniu i
zapytał: - Isn't it, old boy?
Dyzmie żyły nabrzmiały na skroniach. Wytężył
pamięć i o ulgo! - wypowiedział słowo, jedno jedyne
angielskie słowo, jakiego w dystyngowanym towarzystwie
łyskowskim od czasu do czasu używał syn rejenta
Windera.
- Yes.
Odpowiedź ta jeszcze bardziej rozbawiła Ponimirskiego,
natomiast Nina, widząc speszenie Nikodema i kładąc je
na karb przykrości przestawania z nienormalnym dawnym
kolegą, oświadczyła, że muszą już wracać. Ku jej
radości brat nie objawił chęci zatrzymania Dyzmy i
pożegnał się z nim bez nowych ekstrawagancji.
- Biedny Żorż - odezwała się w alei - czy
bardzo się zmienił? - Nie, nie bardzo. Może mu to
przejdzie...
- Niestety... Widziałam, jak przykre na panu wrażenie
wywarła jego choroba. Może źle zrobiłam, że
zaprowadziłam pana do Żorża.
- Dlaczego?
- Wie pan, panie Nikodemie, niech pan go lepiej nie
odwiedza, bo to nawet i jemu może szkodzić. Lekarze
mówią, że obcowanie z ludźmi działa nań
podniecająco, a zalecili ograniczenie podnieceń do
minimum.
- Jak pani chce.
- Ja niczego nie chcę - przytuliła się do jego
ramienia - tylko
<strona 127>
informuję, bo przecie wiem, że zrobi pan tak, jak
będzie najmądrzej i najlepiej.
Zaczęła mówić o wiośnie, którą ma w duszy, i o
tym, że najlepiej na teraźniejszość oczy zamknąć,
uważać ją za jakiś nierealny sen, który minie, musi
minąć, minie prędko. Gdy zażądała od Dyzmy, by
powiedział, że również w to wierzy - ten nie robił
jej żadnych trudności.
<strona 128>
|