Był to obszerny gabinet w stylu Ludwika Filipa, o
ciemnych zielonych tapetach i wysokich oknach, oszklonych
do samej podłogi. Przy szerokim biurku z brodą wspartą
na obu rękach siedział
pan minister Jaszuński, słuchając w milczeniu cichego,
równomiernego głosu urzędnika, który już od godziny
referował zwierzchnikowi stan rzeczy w polityce rolnej.
Co pewien czas urzędnik odkładał notatnik i wyjmując
z grubej teki wycinki gazet odczytywał różne ustępy,
w których często powtarzały się liczby i takie
słowa, jak: eksport, cetnar metryczny, pszenica, stan
katastrofalny itp.
Treść referatu musiała być niewesoła, gdyż na czole
ministra zarysowała się głęboka bruzda, która nie
znikła nawet wówczas, gdy usta uśmiechały się
wymawiając uprzejmie podziękowanie za tak starannie i
przejrzyście przygotowany referat.
Po powrocie z zagranicy minister Jaszuński zastał w
swoim resorcie sytuację niemal groźną. Opłakany stan
rolnictwa i perspektywy ogromnego urodzaju wywołały
zaciekłe ataki prasy opozycyjnej, a nawet pomruki
niezadowolenia w dziennikach najbardziej zbliżonych do
rządu.
Z kilku rozmów, jakie już zdążył przeprowadzić,
minister Jaszuński zdołał wywnioskować, iż
stanowisko jego jest poważnie zachwiane i że wielką
ulgą dla gabinetu byłaby jego dymisja. Nie powiedziano
mu tego wprost. Bynajmniej. Lecz dano przecież do
zrozumienia, że musi się znaleźć kozioł ofiarny,
którym trzeba okupić złą koniunkturę i błędną
politykę gospodarczą rządu. Premier robił niezwykle
kwaśną minę i wszak zupełnie wyraźnie powiedział,
że w obecnej sytuacji dymisja całego gabinetu byłaby
niemożliwa, a trzeba się ratować rekonstrukcją.
Jaszuński nie wątpił, że nad wytworzeniem takiego
nastroju pracował przede wszystkim Terkowski, którego
wpływom premier tak łatwo ulega.
<strona 90>
Sytuacja dojrzewała i należało wreszcie powziąć
stanowczą decyzję. Minister Jaszuński odkładał ją
jednak do czasu porozumienia się ze swym zastępcą,
wiceministrem Ulanickim.
Czekał nań od rana, a nawet telefonował doń kilka
razy, lecz w mieszkaniu odpowiadano, że pan śpi.
Toteż gdy około drugiej Ulanicki stanął na progu
zielonego gabinetu, minister wybuchnął:
- Zwariowałeś czy co? Zalewasz się po nocach, a tu
ziemia pod nogami się pali!
- Może byś najpierw przywitał się - odparł
wąsal. - Dzień dobry - odburknął minister.
Ulanicki siadł wygodnie i zapalił papierosa. Jaszuński
chodził szerokimi krokami z rękoma w kieszeniach
spodni.
- Podpisałeś traktat, i to na korzystnych warunkach.
Winszuję - odezwał się bas Ulanickiego.
- Nie ma czego - odparł minister - jest to
prawdopodobnie przedostatni dokument, jaki podpisałem.
- Dlaczego przedostatni?
- No bo ostatnim będzie prośba o dymisję.
- Znasz Nikodema Dyzmę? - zapytał Ulanicki po
pauzie. - Znam, to ten, co to Terkowskiego objechał.
Co to ma do rzeczy?
- Piłem z nim dziś w nocy. Właściwie mówiąc od
kilku dni z nim piję.
Jaszuński wzruszył ramionami. - Tym gorzej, że
pijesz.
- Nieprawda, tym lepiej.
- Więc gadaj! Do ciężkiego diabła! Nie jestem
usposobiony do rozwiązywania szarad.
- Otóż rozmawialiśmy o kryzysie. Powiadam, że jest
źle i poprawy nie ma co oczekiwać. "Nie ma -
powiadam - żadnych środków na zaradzenie
złemu". A Nikodem na to: "Jest środek:
magazynować zboże".
Przerwał i patrzył uważnie w oczy ministra; ten jednak
wzruszył ramionami.
- Żeby rząd magazynował? - Rząd.
- Bzdury! Skarb nie ma pieniędzy.
<strona 91>
- Czekaj, czekaj i ja to samo powiedziałem, a on na
to: "Pieniędzy? Nie trzeba żadnych
pieniędzy".
- Jak to? - zdziwił się Jaszuński.
- Słuchaj! Powiadam ci, coś niezwykłego. Otworzyłem
gębę od ucha do ucha. Całe szczęście, że reszta
towarzystwa urżnięta była w sztok i nikt nie
słyszał!
- Gadajże!
- Otóż słuchaj. Nie trzeba pieniędzy, powiada on,
to niepoważna przeszkoda. Państwo może wypuścić
obligacje. Na sto, na dwieście milionów złotych.
Płacić obligacjami i koniec. Obligacje oprocentować na
cztery od sta i dać termin sześcioletni. W ciągu
sześciu lat musi przyjść dobra koniunktura bodaj raz,
wtedy zboże sprzeda się w kraju czy za granicą i jest
świetny interes...
- Czekaj, czekaj - przerwał minister - to nie jest
zła myśl. - Nie jest zła? Genialna!
- No, gadaj!
- Ten Dyzma to, powiadam ci, fenomenalny łeb. Otóż
- powiada - korzyści ogromne. Po pierwsze uratowanie
cen, po drugie, wzmożenie obrotów. W ten sposób
państwo rzuci na rynek nowych sto, dwieście milionów
złotych, bo obligacje muszą być bezimienne, zastąpią
kapitał gotówkowy itd. Rozumiesz? Zaczynam go
wypytywać o szczegóły, a on powiada, że nie jest
fachowcem, ale że miał zamiar tobie to powiedzieć.
- Mnie?
- Tak. On do ciebie ma sentyment. - Czekaj no, więc
jak on proponuje?
Ulanicki ponownie opowiedział swoją rozmowę z Dyzmą,
rozwijając kwestię i ilustrując ją cyframi. Tak się
zapalił do projektu, że już chciał wezwać
maszynistkę, by jej podyktować wzmiankę do prasy.
Jaszuński, mniej impulsywny, powstrzymał go jednak.
Rzecz należy gruntownie rozważyć, obmyślić,
opracować. I on jest zdania, że pomysł zasługuje na
miano kapitalnego. Nie można jednak zabierać się doń
łapu-capu.
- Przede wszystkim absolutna tajemnica. A po wtóre,
trzeba jeszcze pokonferować z tym Dyzmą.
- Mogę zaraz do niego zadzwonić. - A on jeszcze
jest w Warszawie?
<strona 92>
- A jakże. Stoi w "Europie". Przyjechał
trochę puścić gotówki.
Minister zdziwił się.
- Co ty powiesz? A nie wygląda na hulakę. O ile go
sobie przypominam, jest to typ, wiesz, silnego
człowieka. Tacy ludzie miewają zwykle zdolności wodza,
organizatora... Zwłaszcza organizatora.
- Tęga głowa - apodyktycznie dodał Ulanicki.
- No i nasz człowiek. Ach, gdyby to okazało się
rzeczą realną! Klika Terkowskiego raz na zawsze
dostałaby w skórę. A ja? To jest, chciałem
powiedzieć: a my?!... Czy ty, Jasiu, rozumiesz?
- Ba!...
Postanowili jeszcze dziś wieczorem zrobić konferencję
z Dyzmą. Minister skreślił kilka słów na karcie
wizytowej i wysłał do Europejskiego.
Nikodem właśnie wstawał, gdy przynieśli list. Miał
jeszcze dość czasu, by ubrać się i spokojnie zjeść
obiad. Od ministerstwa dzieliło go zaledwie kilka minut
drogi. Spojrzał na zegarek i poszedł pieszo.
Na dzwonek drzwi otworzył woźny i, obrzuciwszy Dyzmę
niechętnym wzrokiem, powiedział:
- Pan czego? Biuro jest nieczynne.
- Nastąp się pan - odparł Nikodem wyniośle - ja
do ministra Jaszuńskiego.
Woźny zgiął się w ukłonie.
- Najmocniej przepraszam szanownego pana, najmocniej
przepraszam. Pan minister czeka w swoim gabinecie; jest
też pan wiceminister Ulanicki.
Z pieczołowitością zdjął z Dyzmy palto.
- Szanowny pan pozwoli za mną. To tu na pierwszym
piętrze. Nikodem nie zdawał sobie sprawy z faktu, że
oto za chwilę będzie rozmawiał z ministrem, że to, co
podczas wyjazdu z Koborowa wydawało się zupełnym
nieprawdopodobieństwem, nabierało oto realnych
kształtów. Bieg zdarzeń niósł go ze sobą, niósł
go nurt, którego działanie widział i odczuwał, lecz
nie umiał sobie wytłumaczyć przyczyn tych działań i
tajemnicy, dlaczego spotkało to właśnie jego, Nikodema
Dyzmę.
Gdy otrzymał wezwanie do ministra, domyślił się od
razu, że
<strona 93>
chodzi o obligacje zbożowe, o których słyszał od
Kunickiego, a czym Ulanicki tak się zachwycał. Toteż
obawiał się teraz, że minister zechce go wypytywać o
szczegóły przeprowadzenia projektu. Należy być
ostrożnym. Grunt to trzymać się najlepszej metody,
która dotychczas w praktyce dawała niezawodne wyniki:
mówić jak najmniej!
Obaj dygnitarze przyjęli Dyzmę z wylaniem.
Fakt, że Ulanicki był z nim na "ty", od razu
stworzył atmosferę intymną. Minister Jaszuński
zaczął od komplementów. Przypomniał Nikodemowi
bankiet z 15 lipca i zajście z Terkowskim.
- Wtedy powiedziałem panu, że gdybyśmy więcej w
kraju mieli takich jak pan, dobrze by nam się działo.
Teraz przekonałem się, że działoby się nam
świetnie.
- Zbyt łaskaw na mnie pan minister...
- E! Nikodemie! Nie udawaj skromnisia! - zawołał
wesoło Ulanicki.
Rozmowa zeszła na kwestię obligacji zbożowych. Dyzma
znalazł się w ogniu pytań, chociaż obaj dygnitarze
zaczęli od tego, że, właściwie mówiąc, sami na
rolnictwie nie bardzo się znają, był bardzo ostrożny,
by nie palnąć jakiegoś głupstwa. Dobra pamięć
przyszła mu o tyle z pomocą, że dawkując małymi
dozami, zdołał powtórzyć niemal wszystko, co mu
kiedyś o tym powiedział Kunicki. Na wszelki wypadek
dodał i to, co słyszał o "swoim" projekcie
od Ulanickiego.
Minister był zachwycony i zacierał ręce. Zapadł już
zmierzch i Jaszuński, zapalając lampę, zawołał z
humorem:
- No, kochany panie Dyzma, nie mogę wprawdzie nazwać
pana złotoustym mówcą, ale głowę to pan ma na karku.
Zatem świetnie. Na razie będzie pan łaskaw zachować
ścisłą tajemnicę. Do czasu. Bowiem jest jeszcze wiele
rzeczy do zrobienia. Jaś przygotuje projekt ustawy,
pójdzie to na komitet ekonomiczny Rady Ministrów, ja
zaś jutro rozmówię się z premierem. Jedynym
szkopułem, jaki widzę w pańskim znakomitym projekcie,
jest kwestia magazynów. O budowaniu nowych mowy być nie
może, nie dostaniemy kredytów. Zresztą jest to
trudność uboczna. W każdym razie, panie Nikodemie,
realizacja pańskiego projektu nie odbędzie się bez
pana, nie może obyć się bez pana.
- Oczywiście - wtrącił bas Ulanickiego.
<strona 94>
- Nie odmówi pan rządowi swojej współpracy? Mogę
liczyć na pana?
Dyzma podrapał się w głowę. - Dlaczego nie, i
owszem...
- Zatem dziękuję serdecznie. Moim zdaniem w każdej
sprawie najważniejsze jest to, kto ją załatwia.
Kwestia personalna! Jaszuński zamykał biurko. Ulanicki
zadzwonił na woźnego. Nikodemowi przyszło na myśl,
że teraz byłaby najodpowiedniejsza chwila do
spróbowania, czy nie uda się załatwić prośby
Kunickiego.
- Panie ministrze - zaczął - i ja mam interes.
- No? Służę - z zaciekawieniem spojrzał nań
Jaszuński.
- Chodzi o to, że w grodzieńskiej Dyrekcji Lasów
Państwowych rządzi dyrektor Olszewski. Ten Olszewski
uwziął się, żeby zaszkodzić tartakom koborowskim...
On nienawidzi Kunickiego i dlatego coraz zmniejsza ten,
no ten... kontyngent drzewa z lasów państwowych...
- Ach, prawda - przerwał minister - coś
pamiętam, były nawet jakieś skargi. Ale ten Kunicki to
podobno bardzo nieciekawy jegomość. Czy pana z nim coś
łączy?
- Broń Boże. Tylko interesy...
- Nikodem - wyjaśnił Ulanicki - jest jego
sąsiadem i plenipotentem jego żony, z którą Kunicki,
uważasz, jest na bakier.
- Panie Nikodemie - powiedział minister - będę
szczery. Nie chciałbym zmieniać zarządzeń
Olszewskiego. Kunicki uchodzi za kanalię i krętacza.
Ale panu wierzę bez zastrzeżeń. Czy rzeczywiście
powiększenie kontyngentu drzewa z punktu widzenia
interesów Skarbu byłoby słuszne? Tak czy nie?
- Tak -- kiwnął głową Dyzma.
- Czy dyrektor Olszewski bez powodów szykanuje tartaki
pani Kunickiej?
- Bez powodów.
- Rzecz załatwiona. Moim zdaniem umiejętność
kierowania polega na umiejętności natychmiastowej
decyzji.
Wyjął kartę wizytową, nakreślił na niej kilka
wierszy i, wręczając ją Dyzmie, rzekł z uśmiechem:
- Służę panu. To jest bilecik do Olszewskiego.
Niezależnie od
<strona 95>
tego jutro rano każę wysłać doń odpowiedni
telefonogram. Kiedy pan wraca na wieś?
- Pojutrze.
- Szkoda. Ale nie mogę pana zatrzymywać. Niechże pan
czeka na wiadomość ode mnie. Zaraz, zaraz, a ty, Jasiu,
masz adres pana Dyzmy?
- Mam. Zresztą jutro spotkamy się na brydżu u pani
Przełęskiej. Nikodem też u niej bywa.
- To świetnie. No, więc jeszcze raz dziękuję i
życzę pomyślnej drogi.
Oburącz uścisnął dłoń Nikodema.
Obaj z Ulanickim nałożyli palta i wyszli wraz z Dyzmą.
Ulanicki chciał umówić się z nim na kolację, lecz
minister postawił stanowcze weto.
- Znowu się zalejesz, a teraz czas gorący, nie można
pozwalać sobie na kacenjamer.
Rozstali się na rogu Krakowskiego i Nikodem poszedł do
hotelu. Po drodze przystanął przed jednym z jasno
oświetlonych okien wystawowych, wyjął z kieszeni bilet
ministra i przeczytał:
W Pan Dyr. Olszewski - Grodno.
Proszę o przychylne i natychmiastowe załatwienie
reklamacji JWP Nikodema Dyzmy w sprawie tartaków
koborowskich. Jaszuński
Starannie schował kartkę w pugilaresie.
- Widzisz go, cholera! - powiedział głośno.
Brzmiało w tym zadowolenie, wesołość i zdziwienie, a
raczej podziw dla samego siebie.
Czuł, że grunt wzmacnia się pod jego nogami, że ci
ludzie z tego obcego, zdawałoby się niedosięgalnego,
środowiska, którzy sobie coś w nim, w Dyzmie,
uwidzieli, diabli wiedzą dlaczego, może przecie mają
trochę racji...
Był kontent z siebie.
W hotelu czekała go niespodzianka.
Była to wąska popielata koperta, zaadresowana do niego.
Gdy ją otworzył, owionął go zapach znajomych perfum.
Kartka była szczelnie pokryta ładnym okrągłym pismem,
na dole zaś widniał podpis: Nina Kunicka.
<strona 96>
Uśmiechnął się.
"Popatrz! Co też ona pisze?"
Zapalił lampkę przy łóżku, zdjął buty i,
ułożywszy się wygodnie, zaczął czytać.
Szanowny Panie Nikodemie!
Zdziwi Pana mój list, a zapewne jeszcze bardziej zawarta
w nim prośba. Jeżeli jednak ośmielam się Pana nią
obarczać, to jedynie dlatego, że okazywana mi przez
Pana życzliwość upoważnia mnie do nadziei, że Pan
się nie pogniewa.
Chodzi o małe zakupy. Mianowicie w Grodnie nie mogę
dostać dobrych piłek tenisowych. Byłabym wdzięczna,
gdyby pan kupił tuzin w Warszawie...
Mogłabym wprawdzie napisać do sklepu, lecz wolę, by
pan sam wybrał. Może to nieładnie, że zabieram Panu
czas, czas tak cenny w Warszawie, gdzie ma Pan tyle
zajęć i tyle rozrywek, teatry i przyjęcia, no i...
piękne kobiety, które - jak mi powtórzyła
niedyskretna Kasia - tak bardzo lubią posyłać panom
kwiaty. W Koborowie nie ma ładnych kobiet, lecz kwiaty
są przecież piękniejsze niż w Warszawie...
Kiedy pan wraca?
Właściwe mówiąc, nadużyłam słowa
"wraca". Wszakże ,,wracać" można
jedynie do czegoś względnie do kogoś, uważanego za
swoje, za swego, za coś bliskiego, do czegoś, z czym
nas życie wiąże lub uczucie łączy...
Koborowo jest dziś smutne i szare. Już od szeregu dni
jest takie. Ach, przecie Pan wie, jak je potrafię
kochać, a jak muszę nienawidzić. Proszę, niech Pan mi
za złe nie bierze tego minorowego dysonansu, który
wprowadzam w gwarną i wesołą (zapewne) harmonię
Pańskiego nastroju. Cóż - przyznaję się - brak
mi rozmów z Panem, a jestem taka samotna.
Koborowo czeka Pańskiego powrotu, Panie Nikodemie,
pardon, znowu użyłam tego słowa, czeka pańskiego
przyjazdu.
Nina Kunicka Dyzma dwukrotnie przeczytał list, jeszcze
powąchał kopertę i pomyślał:
"Wpadłem jej w oko... Cóż, młoda jeszcze, a
mąż stary. A może by tak i skorzystać?"
<strona 97>
Znowu nasunęły mu się obiekcje: czy Kunicki nie
wyrzuci go, gdy zacznie podejrzewać, lecz w tejże
chwili zdał sobie sprawę, że teraz to już sytuacja
grubo się zmieniła.
"Spróbuj, stary draniu! Teraz trzymam ciebie za
pysk. Cóż sobie myślisz, z kim masz do czynienia? Z
przyjacielem dygnitarzy! Rozumiesz?!"
Wstał i w skarpetkach podszedł do lustra, zapalił
wszystkie lampy i wziął się w boki, a głowę
podniósł ku górze. Przyglądał się sobie długo, aż
doszedł do przekonania, że dotychczas sam nie doceniał
swojej urody.
"Ot, człowiek od dziecka patrzy, to i przyzwyczaił
się, a jak do czego przyzwyczaisz się, zaraz ci się
zdaje, że to nic nadzwyczajnego..."
W doskonałym nastroju spędził wieczór. Był w kinie,
później na kolacji w jakimś barze. Spał do południa.
Po śniadaniu załatwił sprawunki. Kupił też piłki
tenisowe dla pani Niny. Po sutym obiedzie zdrzemnął
się aż do zmroku, gdy obudził go szofer. Trzeba było
przebrać się we frak. Miasto już migotało tysiącami
lamp elektrycznych i jarzyło się purpurowymi wężami
neonowych reklam, gdy samochód ruszył z miejsca.
Na rogu Marszałkowskiej i Chmielnej auto musiało
stanąć. Policjant regulujący ruch przepuszczał
właśnie długi szereg samochodów i dorożek z
przecznicy. Nikodem bezmyślnie obserwował tłum
przechodniów. Myślał, jak to dobrze siedzieć na
wygodnych poduszkach wspaniałego wozu, a jak źle
tłoczyć się w ścisku na chodniku.
Nagle w tłumie dojrzał oczy uparcie weń wpatrzone. W
tym miejscu Marszałkowska była słabo oświetlona,
toteż dopiero po chwili zdołał poznać.
Mańka. Skurczył się. Skulił ramiona tak, że dolna
połowa twarzy ukryła się pod kołnierzem palta. Było
już jednak za późno.
Mańka, przepychając się łokciami, dobrnęła do
skraju chodnika. Była tak blisko, że mogła go chwycić
za ramię. Nie ośmieliła się jednak i tylko jakimś
przyciszonym głosem wyrzuciła:
- Nikodem! Nie poznajesz?...
Nie mógł dłużej udawać, że jej nie widzi. Przy tym
obawa, że
<strona 98>
szofer spostrzeże tę dziewczynę w chustce, jeżeli
tylko scena stanie się głośniejsza, skłoniła go do
podstępu. Odwrócił się do niej i kładąc palec na
ustach, zasyczał:
- Tsss... jutro przyjdę...
Dziewczyna porozumiewawczo skinęła głową i zapytała
szeptem: - O której?
Lecz odpowiedzi już nie otrzymała. Pałeczka policjanta
wykonała nowy ruch, auto ruszyło w wolną przestrzeń
ulicy.
Mańka wychyliła się za nim i długo patrzyła.
"Cholera - myślał Dyzma - jeszcze ma
śmiałość zaczepiać. Durna małpa. Ona pewno myśli,
że ja i ten samochód skradłem". Roześmiał się
po cichu, postanowił jednak w godzinach wieczornych
unikać Marszałkowskiej. Po co narażać się na
spotkanie i psuć sobie humor wspomnieniami...
Mieszkanie pani Przełęskiej, po raz trzeci widziane
przez Dyzmę, po raz trzeci wyglądało inaczej.
Wszystkie drzwi pootwierane, wszędzie moc światła. W
kilku pokojach rozstawione stoliki do kart, uderzające
świeżością zielonego sukna, i małe stoliczki,
pokryte białymi serwetkami, zastawione tacami, na
których piętrzyły się ciastka i tartinki.
Nikogo jeszcze nie było. Dyzma przeszedł kilka pokojów
i zawrócił. Usiadł w salonie na kanapie. Z drugiego
końca mieszkania dolatywały odgłosy jakiejś
sprzeczki, która widocznie ożywiła się, gdyż słowa
brzmiały coraz wyraźniej.
- Nie dasz? Nie dasz? - krzyknął głos męski.
Nastąpiła dłuższa tyrada głosu niewieściego. ;
Nikodem zdołał z niej wyłapać jedynie epitety, gdyż
te były specjalnie akcentowane.
- Próżniak... takiego darmozjada... To szantaż!...
niewdzięcznik!...
- Ostatnie słowo! - zabrzmiał głos męski - dasz
dwieście? - Nie dam!
W przedpokoju rozległ się dzwonek. Sprzeczka ucichła,
po chwili do salonu weszła uśmiechnięta pani
Przełęska. Za nią z miną uprzejmą wsunął się
Krzepicki. Jednocześnie w drzwiach od przedpokoju
stanął jakiś staruszek z ogromną łysiną.
Pani Przełęska witając i prezentując gości zaczęła
uskarżać się na niepunktualność naszych panów.
Staruszek, którego tytułowa
<strona 99>
no panem profesorem, był głuchawy, i to mocno. Toteż
pani domu musiała mu powtarzać bardzo głośno swoje
spostrzeżenie o wadzie niepunktualności coś ze cztery
razy. Za każdym razem profesor powtarzał:
- Przepraszam, że co?
Była już w rozpaczy, gdy przyszedł jej na pomoc
Krzepicki. Stanął przed profesorem i rzekł z układnym
uśmiechem:
- Tara-tara-bum-cyk-cyk, stara fujaro!
Staruszek kiwnął głową i powiedział z przekonaniem:
- A tak, tak, wieczory są już zimne.
Dyzma wybuchnął śmiechem. Szalenie mu podobał się
dowcip Krzepickiego, a że pani Przełęska wyszła
witać nowych gości, rzekł:
- Czekaj pan i ja mu coś powiem.
- Byle nie za głośno! - ostrzegł Krzepicki.
Nikodem zwrócił się do profesora:
- Pies ci gębę lizał, łysa pało! - Przepraszam,
że co?
- Że lizał!
- Przepraszam, bo nie dosłyszę; że co?
Dyzma zanosił się od śmiechu, aż staruszek zaczął
go podejrzewać. Sytuację uratował Krzepicki, który
huknął profesorowi w samo ucho:
- Pan chciał profesorowi opowiedzieć najnowszą
anegdotkę! - A słucham, słucham.
Tymczasem do salonu weszło kilka osób, zanim zdążyli
się przywitać, na progu stanął pułkownik Wareda. To
uwolniło Dyzmę od anegdotki.
- Serwus, Nikuś! Że cię widzę! - zawołał
pułkownik. - Jak się masz, Wacuś!
- No co? Jakże tam, załatwiłeś swoje sprawy u
Jaszuńskiego? - Dziękuję. Wszystko w porządku.
Salon i przyległe pokoje zaczęły się napełniać.
Byli tylko panowie i coś pięć czy sześć starszych
pań. Przy kilku stolikach usadowiono się już do
brydża.
Nikodem rozmawiał z Waredą, gdy przyszedł Ulanicki.
Okazało się, że mimo zastrzeżonej przez ministra
tajemnicy pułkownik był również poinformowany o
projekcie zbożowym Dyzmy, gdyż Ulanicki
<strona 100>
przy nim zaczął swobodnie opowiadać o postępie
sprawy, która - jego zdaniem - znajdowała się na
najlepszej drodze. Wareda winszował Nikodemowi i
życzył mu pomyślnej realizacji kapitalnego planu.
Gdy tak rozmawiali, zbliżyła się do nich pani
Przełęska z zapytaniem, czy nie zagraliby w brydża.
Pułkownik i Ulanicki zgodzili się chętnie.
Wszystkie stoliki były już obsadzone i pani domu
ofiarowała się im na partnerkę. Ponieważ Dyzma nie
umiał grać, na czwartego zaproszono jakiegoś chudego
pana, który - jak Dyzma później się dowiedział -
był jednym z dygnitarzy policyjnych.
Przez pewien czas Nikodem przyglądał się grze, lecz
znudziło go to wreszcie i poszedł do grupki nie
grających, gdzie dojrzał Krzepickiego.
Gdy tylko się oddalił, dygnitarz policyjny zapytał
pani Przełęskiej:
- Kto to jest ten pan Dyzma?
- Pan Dyzma? - odparła ze zdziwieniem - nie zna go
pan?... - Niestety...
- Jak to? - dodał Ulanicki - nie pamięta pan
awantury z Terkowskim?
- Aha! Już wiem.
- Pan Dyzma - powiedziała pani Przełęska - to
bardzo przyzwoity człowiek. Znam go stąd, że
kolegował w Oksfordzie z moim siostrzeńcem Żorżem
Ponimirskim. Są od tamtych czasów w serdecznej
przyjaźni.
- Ziemianin?...
- Owszem, pochodzi z Kurlandii, a obecnie administruje
dobrami mojej siostrzenicy.
- Nikodem to tęga głowa - dorzucił Ulanicki. -
Jaszuński powiada o nim, że zajdzie jeszcze wyżej,
niż komu zdawać się może.
- I w ogóle byczy chłop - dodał Wareda.
- Bardzo sympatyczny - zapewniła pani domu.
- Istotnie - potwierdził z przekonaniem dygnitarz
policyjny robi solidne wrażenie.
- Dwa trefle - zalicytował Ulanicki, podnosząc
krzaczaste brwi.
<strona 101>
- To zagrajmy trzy trefle - dodała grająca z
Ulanickim pani Przełęska.
Dyzma nudził się. W głębi duszy dziwił się ludziom,
których bawiła gra. Zjadł już sporo tartinek, ciastek
i wypił kilka kieliszków koniaku. W towarzystwie nie
grających rozmawiano o polityce zagranicznej i o
wyścigach. Oba tematy były mu obce i nieinteresujące.
Toteż zaczął myśleć o odwrocie. Skorzystał z
momentu, gdy pani domu wstała na chwilę od stolika i,
dopędziwszy ją w przedpokoju, powiedział:
- Przepraszam bardzo. Ja muszę już iść. - Jaka
szkoda, czy musi pan koniecznie?
- Koniecznie. Jutro wyjeżdżam bardzo wcześnie.
Trzeba się wyspać.
- A tak chciałabym z panem jeszcze obszerniej
porozmawiać w wiadomej sprawie...
- Nic straconego. Wkrótce będę w Warszawie znowu.
W istocie Dyzma nie zamierzał spać. Wyszedłszy od
Przełęskiej odprawił szofera, kazawszy mu podać
samochód o siódmej rano i przygotować się do drogi.
Sam poszedł pieszo.
Zbliżała się już północ i ulice były niemal puste.
Tu i ówdzie spotykał śpieszących do domu
przechodniów. Dopiero na Nowym Świecie był większy
ruch. Przyczyniały się do tego głównie grupki
flanujących kobiet, których sposób bycia aż nazbyt
wyraźnie zdradzał ich fach.
Dyzma długo się przyglądał, zanim wybrał jedną z
nich, tęgą brunetkę.
Porozumienie osiągnięto szybko.
Świtało już, gdy wracał do swego hotelu. Przyszła mu
na myśl Mańka i zauważył w duchu, że w gruncie
rzeczy szkoda, że nie umówił się z nią.
Niebo było pokryte ciężkimi, ołowianymi chmurami.
Przed samą siódmą zaczął padać deszcz.
O godzinie siódmej uregulował należność w hotelu.
Szofer zajechał z nastawioną budą i Dyzma, klnąc
pogodę, wcisnął się w kąt auta.
Jechał do Grodna. Wolał przybyć do Koborowa z
konkretnym rezultatem swej warszawskiej wycieczki, by
olśnić Kunickiego efektem, którym sam przecie był
zaskoczony.
<strona 102>
Nikodem zdawał sobie sprawę z faktu, że przychylną
decyzję ministra uzyskał dzięki powtórzeniu projektu
podpowiedzianego przez Kunickiego. Skonstatowanie tego
zupełnie wystarczyło do wyciągnięcia nasuwającego
się wniosku: powtarzanie tego, co się słyszy od
innych, i podawanie za własne może dać duże
korzyści.
Postanowił stosować tę metodę jak najszerzej, mając
wszakże na uwadze niezbędną ostrożność. Ucieszyło
go to odkrycie nowych możliwości obracania się w tym
obcym świecie. A przecież już teraz zaczął wierzyć
w to, że w świecie tym zasymiluje się. Co dotyczy
Koborowa, nie wątpił, że teraz Kunicki nie tylko nie
będzie starał się go pozbyć, lecz musi trzymać
takiego administratora rękami i zębami.
"To też można wykorzystać. Drań, musi mi
dołożyć pensji". Zatarł ręce. Czuł, że
odwraca się nowa karta w jego życiu, a cóż go
obchodziła kwestia, jakie ją pisały losy i dlaczego. Z
rozmowy z ministrem Jaszuńskim zapamiętał zapewnienia,
że on, Dyzma, nie będzie pominięty przy realizacji
projektu zbożowego. Nie wiedział, co tu minister miał
na myśli, i skłaniał się do przypuszczenia, że może
mu za projekt dadzą gratyfikację. Kiedyś naczelnik
poczty w Łyskowie, pan Boczek, opowiadał, że jeden z
urzędników Okręgowej Dyrekcji Poczt dostał tysiąc
złotych nagrody za wymyślenie nowego sposobu
stemplowania listów.
Jemu dadzą chyba więcej, bo zboże to przecie nie
listy! Przypomnienie pana Boczka i Łyskowa wywołało
uśmiech na twarzy Nikodema.
"Co by oni też powiedzieli, gdyby tak dowiedzieli
się, jaką ja teraz mam pensję i z jakimi figurami
tykam się. Zdębieliby!... Hołota!"
Ministrowie, hrabiowie! Taka wielka pani jak ta
Przełęska na obiad go zaprasza...
Zresztą to go nie cieszyło. Męczyła go myśl, że
niepotrzebnie wplątał się w sprawę Ponimirskiego, z
której i tak muszą być nici, a tylko zaszkodzić
może, gdy - broń Boże - coś się wyda przed
Kunickim. Jucha sprytny i ma tyle pieniędzy, że potrafi
zemścić się.
Jedynym sposobem będzie powiedzieć Ponimirskiemu, że
jego ciotka o nim słyszeć nie chce, a na długu
postawiła krzyżyk.
Na tych rozmyślaniach spłynął Dyzmie czas aż do
Grodna.
<strona 103>
Szofer, znający miasto dobrze, od razu odnalazł
czerwony koszarowy dom, w którym się mieściła
Dyrekcja Lasów.
W biurze, jako że było po czwartej, Dyzma zastał tylko
dyżurnego urzędnika.
- Ja do pana Olszewskiego. Jest pan Olszewski?
- Nie ma. Proszę zgłosić się w godzinach
urzędowych - odparł sucho dyżurny.
Dyzma podniósł głos:
- To dla pana, panie młody, są godziny urzędowe, nie
dla mnie, a w ogóle proszę grzeczniej, kiedy nie wiesz
pan, z kim pan gadasz.
- Ja jestem grzeczny - bronił się urzędniczek -
a skąd mam wiedzieć, do kogo mówię, skoro się pan
nie przedstawił.
- No, no, bez poufałości. A teraz rypaj pan do swego
pana Olszewskiego i zamelduj, że przyjechał pan Dyzma z
poleceniem od ministra. Żeby tu zaraz przyszedł, bo nie
mam czasu.
Urzędnik przeraził się i wśród ukłonów
oświadczył, że wyjść mu nie wolno, lecz może
zatelefonować do mieszkania pana dyrektora.
Zaprowadził Nikodema do gabinetu szefa i już nie
zdziwił się, że arogancki gość rozsiadł się w
dyrektorskim fotelu za biurkiem. Nie minął kwadrans, a
zjawił się dyrektor Olszewski. Był nieco zaspany i
wyraźnie zaniepokojony. Na jego kwadratowej twarzy
drgały wszystkie mięśnie, a przystrzyżone rudawoblond
wąsiki wyciągnęły się nad ustami linią uprzejmego
uśmiechu. Starał się ukryć to, że zaskoczyła go
okoliczność zajęcia przez przybysza jego własnego
fotela.
- Jestem Olszewski, niezmiernie mi miło...
- Nie wiem, czy panu miło - odparł Dyzma, z lekka
unosząc się i podając rękę. - Jestem Dyzma...
- Ależ naturalnie, że miło... Właśnie dziś rano
otrzymałem telefonogram z ministerstwa.
- Dziękuj pan Bogu, że nie otrzymał pan dymy.
- Ależ, szanowny panie - zdenerwowanym głosem
zaprotestował Olszewski - niczym na to nie
zasłużyłem! Zawsze z największą ścisłością
stosowałem się do wszystkich ustaw i rozporządzeń.
Nigdy na jedną literkę nie odstąpiłem...
- I co z tego? - szyderczo zapytał Dyzma. - Jak
panu ta
<strona 104>
literka każe sprzedać firmom krajowym nie więcej, jak
tyle a tyle, to pan resztę za psie pieniądze
sprzedajesz zagranicy!
Urzędnik wciąż bronił się, powołując się na daty
i paragrafy, którymi sypał jak z rękawa. Jednakże
Dyzma wyciągnął notatnik zawierający całą litanię
spisaną przez Kunickiego i nie ustawał w ataku.
Wreszcie najgwałtowniej napadł na Olszewskiego za
przewlekanie spraw i odkładanie ich pod sukno, gdy zaś
ten zasłaniał się tym, że często trudno bywa
podjąć decyzję, Nikodem bez zająknienia powtórzył
aforyzm Jaszuńskiego:
-- Umiejętność kierowania polega na umiejętności
szybkiej decyzji, panie kochany!
Wydobył kartę wizytową Jaszuńskiego i podał
urzędnikowi. Ten długo roztrzęsionymi rękoma szukał
binokli, gdy zaś je znalazł i przeczytał kartkę,
stał się jeszcze bardziej uniżony.
Zapewniał Dyzmę, że jest starym rutynowanym
urzędnikiem, że zawsze ściśle trzymał się
"literki", że ma żonę i czworo dzieci, że
personel biurowy jest do niczego, że przepisy
częstokroć są sprzeczne, więc co ma robić, musi je
sprzecznie wykonywać, że pan Kunicki sam sytuację
zaostrzył, ale że teraz doprawdy nie widzi żadnych
przeszkód do załatwienia kontyngentu.
Skończyło się na tym, że w gabinecie zjawiła się
specjalnie sprowadzona maszynistka i że przystąpiono do
sporządzenia odpowiednich dokumentów, ściśle według
"literki" notatek Kunickiego.
Było już ciemno na dworze, gdy skończyli, i Olszewski
zaprosił Dyzmę na kolację. Ten jednak, pomyślawszy
sobie, że lepiej nie pozbywać się aureoli przyjaciela
ministra, podziękował i, poklepawszy urzędnika po
ramieniu, pożegnał go słowami:
- No, w porządku. A nie zadzieraj pan ze mną, bo to,
bracie, na dobre nie wyjdzie.
<strona 105>
|