Auto szło równą szosą lekko i płynnie, prowadzone
wprawną ręką szofera. Po wczorajszym deszczu szkliły
się jeszcze tu i ówdzie małe szybki wody, świeży
ranek pełen był słońca.
Dyzma jechał do Warszawy.
Kunicki umyślnie wyprawił go samochodem, nie koleją,
gdyż twierdził, że tak będzie bardziej
reprezentacyjnie.
Istotnie wysmukłe torpedo zdawało się być uosobieniem
reprezentacji, uderzało luksusem, lśniło elegancją,
imponowało niesłychanym przepychem wykończenia. Biała
liberia szofera i pled z tygrysiej skóry, którym Dyzma
miał przykryte kolana, uzupełniały całość. Toteż
ilekroć zatrzymywali się w jakimś przydrożnym
miasteczku, a zatrzymywali się rzadko, dokoła
wspaniałego wozu zbierały się natychmiast grupki
gapiów, którzy podziwiali nie tylko samochód, lecz i
wielkopańską minę rozpartego w nim pasażera.
Na jednym z takich postojów Dyzma wyjął z teczki nie
zaklejoną kopertę. Był to list hrabiego Ponimirskiego
do pani Przełęskiej. Wziął ten list na wszelki
wypadek i teraz zaczął go czytać. Brzmiał on, jak
następuje:
Kochana Ciociu!
Korzystając ze sposobności, że w naszym Koborowie,
zrabowanym przez bandytę Kunika, generalnym
administratorem został JW Pan Nikodem Dyzma (kurlandzka
szlachta), któremu całkowicie mogę zaufać, chociaż
może na to nie wygląda, jako dżentelmenowi i memu
koledze z Oksfordu, który jest mi życzliwy, czego się
zresztą spodziewać należało, a nieżyczliwy dla
łajdaka Kunika, co również jest zrozumiałe, piszę
list do Najukochańszej Cioci, by raczyła naradzić się
z kim trzeba i przy pomocy wpływów JW Pana Dyzmy
postarać się o uwolnienie mnie z niewoli drogą
ekspertyzy lekarskiej, jaka by ustaliła, że nie jestem
chory na umyśle i mogę być sądownie uwłasnowolniony,
bym wytoczył proces Kunikowi
<strona 71>
o przywłaszczenie Koborowa, a co pójdzie tym łatwiej,
jeżeli Kochana Ciocia potrafi, gdzie należy, zebrać
najściślejsze informacje o malwersacjach tego bastarda
maglarki, o których mi Ciocia mówiła, a co dotyczyło
jakichś podkładów kolejowych, złodziejstw przy
dostawach i przywłaszczeniach szlacheckiego nazwiska
"Kunicki" przez podrożenie, dzięki
przekupstwu, dokumentów, które nagła rewizja mogłaby
sprawdzać, gdyż Kunik wszystkie swoje papiery trzyma w
kasie ogniotrwałej, stojącej za kotarą w jego
sypialni, o czym wywiedziałem się przez służbę,
która częściowo jest mi oddana, wskutek czego w
ostatecznym razie zamierzam dokonać un coup d'etat,
jeżeli inaczej nie da się nic zrobić, wówczas draba
osobiście zastrzelę, co nie sprawiłoby mi wszakże
przyjemności, gdyż jak Ciocia wie, poluję tylko na
szlachetną zwierzynę, którą ta świnia, Kunik, nie
jest, a jeżeli nie w chlewie, to powinien znaleźć się
w więzieniu, w czym liczę na Kochaną Ciocię, gdyż po
objęciu Koborowa natychmiast spłaciłbym Cioci cały
mój dług wraz z procentami i zapłaciłbym również
dług Zyziowi Krzepickiemu, a nawet ożeniłbym się z
panną Hulczyńską, chociaż jest niemłoda i przesadnie
piegowata, żeby tylko Cioci przyjemność sprawić, o
czym i JW Pan Nikodem Dyzma jest poinformowany i w całej
sprawże au courant, tedy z nim proszę naradzić się,
gdyż on także ma w Warszawie ogromne stosunki,
zwłaszcza w sferach rządowych, co nie może być bez
znaczenia w mojej sprawże, będącej poniekąd także ż
sprawą Cioci, na co liczę bardzo, kończąc mój list,
za długość którego przepraszam ż łączę serdeczne
ucałowania rączek, jako zawsze kochający siostrzeniec
George Ponimirski. Charakter pisma był nieczytelny i
Dyzma dobre pół godziny strawił na wertowanie listu.
Ucieszyło go to, że Ponimirski zaliczył jego nazwisko
do kurlandzkiej szlachty, natomiast zaniepokoił fakt
przypisania mu Uniwersytetu Oksfordzkiego. Jeżeli, Boże
broń, ktoś zwróci się doń po angielsku, będzie
wsypa, ani gadania.
Właściwie mówiąc nie był jeszcze zdecydowany na
pójście do tej pani Przełęskiej. Jeżeli go coś
skłaniało do tego, to nie tyle namowy półobłąkanego
hrabiego, wyrażone zresztą w formie poleceń, ile
ostatnie rozmowy z panią Niną. Nie zdradził jej swoich
<strona 72>
spisków z jej bratem, lecz zestawiając wiadomości,
pochodzące ze stron obu, z niektórymi powiedzeniami
Kunickiego, doszedł do przekonania, że pretensje
Ponimirskiego nie są znowuż aż tak beznadziejne, jak
by się to mogło wydawać.
Jeżeli tedy zdobędzie się na wizytę u pani
Przełęskiej, może . wyklaruje sobie całą kwestię.
Za wizytą przemawiały i inne względy, względy już
osobiście go obchodzące. Mianowicie wpływy i stosunki
towarzyskie u tej pani, obracającej się wśród
wysokich sfer społecznych. Wpływy te mogłyby mieć
wielkie znaczenie dla Dyzmy w załatwieniu spraw
Kunickiego, od biegu których zależał los jego
stanowiska.
Rozmyślał nad tym i nad sposobami odnalezienia
pułkownika Waredy, gdy auto wjeżdżało w pierwsze
zabudowania Pragi. Było już dobrze po zachodzie
słońca i, jakby na spotkanie Dyzmy, szeregi latarń
rozbłysły światłem.
- Dobry znak - powiedział półgłosem.
- Każe pan do Europejskiego? - zapytał szofer. -
Do Europejskiego - potwierdził Dyzma.
Po dobrze przespanej nocy wstał rześki i pełen dobrych
myśli. Zaraz też wyszedł na miasto.
Z Ministerstwa Spraw Wojskowych odesłano Dyzmę do biura
informacyjnego komendy miasta, tam zaś dowiedział się,
że pułkownik Wacław Wareda latem zawsze mieszka w
Konstancinie w willi "Haiti", do miasta
przyjeżdża zwykle po południu.
Z niezwykłej uprzejmości, z jaką go informowano, Dyzma
domyślił się, iż pułkownik Wareda musi być
osobistością wybitną. Chciał nawet zapytać o
stanowisko Waredy, lecz zrezygnował z tego w obawie
przed posądzeniem go o nieznajomość spraw
państwowych.
Zbliżała się dopiero dziesiąta i Dyzma wpadł na
pomysł, by zaraz pojechać do Konstancina. Tak też i
zrobił. Wprawdzie droga była fatalna, jednakże dzięki
sile motoru i doświadczeniu szofera jechali dość
prędko i w pół godziny byli już na miejscu. Willę
"Haiti" odszukali łatwo. Była to piękna
piętrowa willa z obszernym tarasem, wychodzącym na
ogród, a widocznym przez żelazną koronkę sztachet. Na
tarasie siedział jakiś pan w pidżamie i czytał
dzienniki. Gdy auto zatrzymało się przed furtką,
odwrócił się i Nikodem od razu poznał pułkownika.
<strona 73>
Ten natomiast, chociaż odpowiedział na ukłon,
przyglądał się przybyłemu przez zmrużone powieki
krótkowidza, dopiero gdy Nikodem otworzył furtkę,
pułkownik zerwał się i krzyknął:
- Serwus! Jak Boga kocham, to nasz pogromca
Terkowskiego! Witam, panie Nikodemie, gdzie pan
przepadł? - ścisnął jego dłoń oburącz.
- Moje uszanowanie, panie pułkowniku, siedziałem na
wsi. Ale wczoraj przyjechałem do Warszawy, a
dowiedziawszy się, że pana pułkownika tu znajdę...
- Brawo! Świetny pomysł! Zje pan ze mną śniadanie?
- Już jestem po śniadaniu.
- Prawda, że wy, wieśniacy, wstajecie z kurami.
Pułkownik ucieszył się przyjazdem Dyzmy szczerze.
Człowiek ten podobał mu się niezwykle, a przy tym
luksusowy wóz Dyzmy był gwarancją puszczenia dziś w
trąbę obrzydliwej kolejki wilanowskiej.
- Popiliśmy wczoraj tęgo - mówił Wareda -
myślałem, że będę dziś miał kaca, ale na
szczęście czuję się świetnie. Rzeczywiście był
wesół i ożywiony, a tylko nabiegłe krwią białka
zdradzały wczorajszą libację.
- Powiadam: na szczęście - objaśnił - gdyż
przecie będziemy musieli oblać pański przyjazd. Wie
pan, że pańska historia z tym Terkowskim stała się
wręcz anegdotyczną. No, i może pan sobie wyobrazić,
że utemperował pan jednak trochę tego bałwana.
- Eeee, czyżby?
- Jak Boga kocham. Bestia, że dostał się na
stanowisko szefa gabinetu premiera, przewrócił sobie we
łbie. Cymbał, zdawało mu się, że wszyscy przed nim
będą plackiem!
- A cóż porabia minister Jaszuński?
- Jak to co? - zdziwił się pułkownik. - No
przecież jest na zjeździe w Budapeszcie.
- To szkoda.
- Miał pan do niego jaki interes? - Niewielki, ale
miałem.
- No to posiedzi pan w Warszawie kilka dni.
Przynajmniej zabawimy się. Jaszuński często pana
wspomina...
Dyzma spojrzał na pułkownika z nie ukrywanym
zdziwieniem. Ten zaś dodał:
<strona 74>
- Fakt, jak Boga kocham. Jak to on powiedział o panu?
Zaraz, zaraz... aha! Ten pan Dyzma ma trafne podejście
do życia: chwyta je za grzywę i wali w pysk! Co?
Jaszuński ma swoje powiedzonka! Radziłem mu nawet
wydać w książce aforyzmy.
Z dalszych wynurzeń pułkownika dowiedział się
Nikodem, że stanowisko Jaszuńskiego jest zachwiane,
gdyż zwalczają go namiętnie zarówno organizacje
ziemiańskie, jak i związki drobnych rolników, a
Terkowski kopie pod nim dołki wraz ze swoją kliką.
Jest ciężki kryzys w rolnictwie i na to nie ma rady. A
szkoda byłoby Jaszuńskiego, to człowiek z tęgą
głową i brat łata.
Rozmowa przeszła na temat interesów Dyzmy i pułkownik
zapytał:
- Pan, panie Nikodemie, zdaje się, jest wspólnikiem
czy sąsiadem tego Kunickiego?
- I jedno, i drugie - odparł Dyzma - a ponadto
jestem plenipotentem jego żony.
- Ach tak? Co pan mówi? Tej, tej hrabianki
Ponimirskiej? To taka przystojna blondynka, prawda?
- Tak.
- Słyszałem coś, że ona tam nie bardzo z tym
Kunickim. - Bardzo nie bardzo - roześmiał się
Dyzma.
- Między nami mówiąc, nie dziwię się, bo to
przecie piernik i podobno nieciekawa figura. Pan to
pewnie lepiej wie ode mnie. - Ba, ale cóż robić?
- Rozumiem, rozumiem - potwierdził pułkownik -
interesy są interesami. Nie pogniewa się pan, panie
Nikodemie, że przy panu będę się ubierał?
- Proszę bardzo.
Weszli do pokoju i pułkownik wpadł na pomysł, by
gościa poczęstować cocktailem własnego pomysłu.
Tymczasem ordynans przyniósł mundur i po pół godzinie
Wareda był gotów.
Wyszli do samochodu i pułkownik z zachwytem oglądał
każdy jego szczegół. Musiał znać się dobrze na
motorach, bo wszczął z szoferem rozmowę, w której raz
po raz padały niezrozumiałe dla Nikodema słowa z
terminologii technicznej.
- Wspaniały, wspaniały - powtarzał Wareda z
zachwytem, sadowiąc się obok Dyzmy. - Musiał pan
grubo beknąć za ten wózek. Jakieś osiem tysiączków
dolarów, co?
<strona 75>
Auto ruszyło i korzystając z warkotu motoru, który
zagłuszał słowa, Nikodem odparł:
- Che, che, z ogonkiem.
W drodze umówili się, że spotkają się wieczorem na
kolacji w "Oazie".
- Tam najlepiej, bo spotkamy wielu znajomych. Zna pan
Ulanickiego?
Dyzma nie znał, lecz w obawie, że może to być jakaś
osobistość znakomita, zapewnił, że zna tylko ze
słyszenia.
Po odwiezieniu pułkownika do sztabu Nikodem wrócił do
hotelu i kazał szoferowi przyjechać na dziesiątą
wieczorem. Sam wszedł do kawiarni, a znalazłszy z
trudem stolik i zamówiwszy herbatę z ciastkami,
zaczął zastanawiać się, co zrobić z czasem, lecz nic
mu na myśl nie przychodziło. W Warszawie nie znał
nikogo, a przynajmniej nikogo takiego, kogo by dziś,
zajmując wysoką pozycję administratora, spotkać
pragnął. Na wspomnienie Barcików aż wstrząsnął
się wewnętrznie. Ich zadymiona izba była dlań takim
samym symbolem ponurej rzeczywistości, do której trzeba
będzie wrócić, jak i wspomnienie brudnej, zakapanej
atramentem tak zwanej "salki" urzędu
pocztowego w Łyskowie. Wiedział, że wkrótce skończy
się jego piękna przygoda, lecz wolał o tym nie
myśleć:
Bezczynność jednak wciąż zwracała myśl ku przykrej
rzeczywistości i by myśl tę odegnać, Dyzma poszedł
na górę do swego pokoju. Tu przypomniał się mu list
Ponimirskiego. Wyjął list i przeczytał ponownie.
- Ee tam! - machnął ręką. - Pójdę, co mi
zrobią?
Pani Józefina Przełęska dnia tego wstała z łóżka
lewą nogą. Aksjomat ten został stwierdzony w kuchni
jednogłośnie o godzinie dziesiątej, a o jedenastej w
całym mieszkaniu zapanował taki rejwach i hałas, jakby
tu nie o jedną lewą nogę chodziło. lecz przynajmniej
o dwie.
O godzinie dwunastej szanowne mieszkanie pani prezesowej
Przełęskiej przedstawiało już smutny obraz chaosu i
paniki, w której czcigodne antyki wyprawiały dzikie
harce, przenosząc się z miejsca na miejsce, aż wśród
nieustającej awantury legły w prochu zadzierając do
góry stylowo rachityczne nogi. Wśród popłochu
służby pani domu cwałowała po mieszkaniu, niczym
Walkiria na bojowisku. Wyprzedzał ją donośny werbel
soczystych przekleństw,
<strona 76>
za nią jak skrzydła burnusa fruwały nad rumowiskami
poły szlafrok a.
W salonie warczał odkurzacz, na podwórzu rozlegały
się salwy trzepanych dywanów, okna to otwierały się,
bo w tym zaduchu nie można przecie wytrzymać, to
zamykały się z trzaskiem, gdyż te przeciągi mogą
głowę urwać.
Na dobitek nieustannie dzwonił telefon, w tubę którego
spadał za to grad słów siekących jak bicze.
W takiej to właśnie chwili w przedpokoju rozległ się
dzwonek. Tego już było nadto i pani Józefina
osobiście skierowała tam swój kurcgalop, ku
przerażeniu służby, która w duchu już poleciła
opiece boskiej osobę niefortunnego gościa.
Drzwi otworzyły się z rozmachem, a przez nie jak
strzał armaty huknęło gromkie:
- Czego?!
To nieuprzejme powitanie bynajmniej nie speszyło
Nikodema. Przeciwnie, uczuł się nagle pewniejszy
siebie, gdyż ton i wygląd tej damy przypomniał mu jego
własną sferę.
- Ja do pani Przełęskiej. - Czego, pytam?
- Mam interes. Proszę pani powiedzieć, że przyszedł
kolega jej siostrzeńca.
- Jakiego siostrzeńca?
- Hrabiego Ponimirskiego - odparł wyniośle Dyzma.
Efekt jednak był niespodziewany. Rozczochrana dama
wyprężyła przed siebie ręce, jakby broniła się
przed napastnikiem, i zawołała doniośle:
- Nie płacę! Nie płacę ani grosza za mego
siostrzeńca! Nie trzeba mu było pożyczać!
- Co? - zdziwił się Dyzma.
- Niech się pan zwraca do jego szwagierka! Ja nie dam
ani grosza, ani grosza! To oburzające, wszyscy do mnie,
to istna napaść!..
Dyzma miał dość. Krew mu nabiegła do twarzy.
- Czego się pani wydziera, do stu diabłów! -
ryknął z całej siły.
Pani Przełęska umilkła, jakby rażona piorunem, oczy
jej rozszerzyły
<strona 77>
się, skurczyła się w sobie i z przerażeniem
spojrzała na intruza.
- Nikt tu od pani pieniędzy nie chce, a jeżeli czego
chce, to właśnie oddać!
- Co?
- Powiadam: oddać!
- Kto? - zapytała z rosnącym zdziwieniem.
- A jak pani myśli, kto'? Szach perski? Sułtan
turecki?... Siostrzeniec pani, a mój przyjaciel.
Pani Przełęska chwyciła oburącz głowę.
- Ach, niech pan wybaczy, mam dziś szaloną migrenę i
służba doprowadziła mnie do pasji, niech pan
daruje!... Bardzo przepraszam. Pan pozwoli.
Dyzma wszedł za nią do bocznego pokoiku, gdzie połowa
mebli leżała na ziemi, a w środku stała szczotka do
froterowania posadzek. Postawiła mu krzesło przy oknie
i sama, znów przepraszając za swój strój, wyszła, by
zniknąć na dobre pół godziny.
"Co za cholera - myślał Dyzma - wskoczyła na
mnie jak szpic na garbatego. Diabli mnie tu przynieśli.
Widać ciotka nie mniejsza wariatka od siostrzeńca. Niby
wielka dama, a wygląda jak kuchta..."
Długo nie mógł się uspokoić, gdy jednak to
nastąpiło, zaczął żałować, że od razu tej babie
powiedział o zamiarze Ponimirskiego oddania długów.
"Ma tamtego za wariata, gotowa i mnie wziąć za
takiegoż". Wreszcie zjawiła się. Teraz ubrana
była w piękny purpurowy szlafrok, miała uczesane
włosy, a na jej mięsistym nosie i wystających
policzkach bielała gruba warstwa pudru, jeszcze mocniej
podkreślona jaskrawym karminem warg.
- Bardzo pana przepraszam, bardzo - zaczęła z
miejsca - jestem doprawdy przemęczona nerwowo. Jestem
Przełęska... Wyciągnęła ku niemu długą, szczupłą
rękę, którą Nikodem ucałował, wymieniając swoje
nazwisko.
Zaczęła go wypytywać, przy czym pytania tak szybko
następowały po sobie, że mimo dobrej woli nie mógł
na żadne z nich odpowiedzieć. Wyciągnął zatem list
Ponimirskiego i podał jej w milczeniu.
<strona 78>
Wzięła list w palce i zawołała:
- Mój Boże, zapomniałam lorgnon. Franiu, Franiu,
Antoni! Franiu! - wołała rozdzierającym głosem.
Rozległ się przyśpieszony tupot i po chwili pokojówka
przyniosła szkła oprawne w złoto. Pani Przełęska
zaczęła czytać list, w trakcie czego dostała
wypieków i kilkakrotnie przerywała sobie, dla coraz
wylewniejszego przepraszania Dyzmy.
List sprawił na niej silne wrażenie. Przejrzała go
powtórnie i oświadczyła, że sprawa jest niezmiernie
ważna, nie dlatego, że Żorżyk ma oddać jej dług,
ale w ogóle.
Wypytywała szeroko Nikodema o stan rzeczy w Koborowie, o
nastrój "ten nieszczęsnej Ninetki", o stan
majątkowy "tego złodzieja Kunika",
zakończyła zaś pytaniem, co o wszystkim sądzi
szanowny pan.
Szanowny pan nic nie sądził i odpowiedział
półgębkiem: - Bo ja wiem? Trzeba byłoby pogadać z
adwokatem.
- Mądra myśl, mądra myśl - podchwyciła pani
Przełęska z akcentem uznania. - Ale wie pan co,
najlepiej byłoby przedtem naradzić się z panem
Krzepickim. Zna pan pana Krzepickiego? - Nie, nie znam.
A kto to?
- O, to bardzo zdolny człowiek i stary nasz znajomy,
chociaż młody wiekiem. Proszę pana, pan stanął w
hotelu?
- Tak.
- Czy nie odmówi pan, gdy go zaproszę na jutro na
obiad? Będzie właśnie pan Krzepicki i omówimy całą
sprawę. Dobrze? - A o której?
- O piątej, jeżeli pan łaskaw. - Dobrze.
- A niechże mi pan daruje niegrzeczne powitanie. Nie
ma pan do mnie żalu?
- Skądże - odparł - każdemu się zdarzy.
Przyjrzał się jej uważniej i skonstatował w duchu,
że wygląda nawet miło. Mogła mieć około
pięćdziesiątki, lecz żywe ruchy i szczupłość
figury robiły ją młodszą. Odprowadziła Dyzmę do
przedpokoju i pożegnała wdzięcznym uśmiechem.
"U tych wielkich państwa - myślał Nikodem,
schodząc ze schodów - to nigdy nic nie wiadomo".
Wstąpił do najbliższego baru i zjadł obiad. Było to
o tyle przyjemne,
<strona 79>
że wreszcie jadł sam i mógł zachowywać się
swobodnie, nie pilnując się, czy aby wypada to jeść
łyżką, a tamto widelcem.
Z wizyty u pani Przełęskiej pozostało mu wrażenie,
że wszystko skończy się na gadaninie, a z nadziei
hrabiego Ponimirskiego będą nici.
"Nie taki głupi ten Kunicki, by dać się nabić na
wszystkie boki. Sprytna jucha!..."
Przez chwilę zastanowił się, czy wobec tego
opłaciłoby się raczej opowiedzieć o wszystkim
Kunickiemu. Doszedł jednak do przekonania, że
najpraktyczniej będzie trzymać język za zębami.
Zresztą nie chciałby wysypać Ponimirskiego, gdyż nie
wątpił, że tym sprawiłby przykrość pani Ninie, a to
taka sympatyczna kobita...
W pobliżu baru wzrok Dyzmy uderzyła jaskrawa reklama
świetlna. Kino. Jakże dawno nie był w kinie! Spojrzał
na zegarek, miał jeszcze pięć gadzin czasu. Nie
namyślał się długo, wszedł i kupił bilet.
Film był niezwykle piękny i emocjonujący. Młody
rozbójnik zakochał się w uroczej panience, którą
porwała inna banda, i po mnóstwie karkołomnych
przygód i bohaterskich walk odbija dziewczynę i w
finale staje z nią na kobiercu ślubnym, a co
najciekawsze, ślubu udzielił im ojciec panny młodej,
siwy ksiądz z dobrotliwym uśmiechem na fałdzistej
twarzy.
Szczegół ten wywołał początkowo pewne obiekcje
Nikodema, które rozwiały się wszakże pod argumentem,
że przecie wszystko to dzieje się w Ameryce, a tam
widocznie ksiądz może mieć dzieci.
Film był tak czarujący, że Dyzma przesiedział całe
dwa seanse. Gdy wyszedł z kina, ulice już jarzyły się
tysiącami świateł. Chodnikami snuły się tłumy
spacerujących. Wieczór był gorący i parny. Szedł
pieszo do hotelu, przed którym już z daleka poznał
wspaniałe auto Kunickiego.
"Moje auto!" - pomyślał i uśmiechnął
się.
- No, cóż tam - zapytał szofera w odpowiedzi na
jego ukłon. - Ano nic, proszę pana.
- Cóż pan porabiał?
Szofer odpowiedział, że był u swoich krewnych, że sam
pochodzi z Warszawy. Gawędzili chwilkę, po czym Dyzma
poszedł do numeru, zmienił ubranie i kołnierzyk.
- Trzeba dziś szyku zadać, żeby pułkownika
skaptować. Postawię mu szampana.
<strona 80>
W kwadrans później zajeżdżał już przed
"Oazę". W sali było jeszcze pusto. Przy kilku
stolikach siedziało parę osób.
"Za wcześnie przyszedłem" - stwierdził
Dyzma.
Kazał sobie dać wódkę i przekąski. Kelner,
tytułujący go per "jaśnie pan", natychmiast
zastawił stół różnymi przyprawami, a dwaj inni raz
po raz przynosili ogromne półmiski z wszelkiego rodzaju
rybami na zimno, wędlinami, pasztetami itp.
Nikodem jadł bardzo wolno, gdyż chciał doczekać się
pułkownika. Orkiestra grała jakieś symfoniczne
kawałki. Sala z wolna zapełniała się.
Wreszcie około jedenastej przyszedł pułkownik Wareda.
Wraz z nim wszedł krępy brunet w cywilnym ubraniu.
- O, pan już tutaj! - zawołał pułkownik.
- Długo pan czekał?
- Eee, nie, kwadransik - odparł Dyzma.
- Panowie pozwolą: pan Dyzma, dyrektor Szumski -
przedstawił pułkownik. - Zaraz tu przyjdzie i nasz
kochany Jaś Ulanicki.
- Ach, przyjdzie ta kopalnia kawałów? - zawołał
wesoło Szumski. - To wybornie!
- Nie macie pojęcia, jaki świetny udał mu się
kawał, gdyśmy w maju byli w Krynicy.
- No?
- Otóż, wyobraźcie sobie, w naszym pensjonacie
mieszkał też jakiś Kurowski czy Karkowski, taki,
wiecie, stuprocentowy mężczyzna, stuprocentowy
dżentelmen, co to i tenis, i Byron, i Baudelaire, i
Wilde, i Canale Grande, i Casino de Paris, i Monte, i
obce języki, i gatunki win, i nazwy jedwabiów, i
koligacje wyższych sfer - no, słowem, wspaniały.
Kobiety za nim szalały, a przy wspólnym stole
konwersacja zmieniała się co dzień, jak amen w
pacierzu, w rodzaj monologu czy odczytu tego bubka.
Gadał i gadał, dowcipkował, robił kalambury, wplatał
aforyzmy coś w dziesięciu językach, słowem -
czarował.
- Byczy typ - zawołał Szumski - jeżeli jeszcze
miał parasol i nie wymawiał "r", dam głowę,
że z MSZ-u!
Pułkownik wybuchnął śmiechem.
- Jakbyś zgadł! Jak Boga kocham, ten typek nie
rozstawał się z parasolem.
- No i co dalej?
<strona 81>
- Wyobraźcie sobie, coś na piąty czy szósty dzień,
gdyśmy szli na obiad, Jaś powiada: "Dalibóg,
dłużej nie wytrzymam". Siedział, uważacie, vis a
vis bubka. Ten jak zaczął czarować przy zupie, tak
dojechał do pieczystego. Czekam, a Jaś nic. Siedzi i
słucha, a typek uśmiechnięty, wytworny, wciąż
czaruje. Pamiętam, zaczął właśnie opowiadać o
najmodniejszych kolorach sezonu, gdy nagle mój Jan
odłożył nóż i widelec, z lekka podniósł się na
krześle i, pochyliwszy się przez stół do owego
czarodzieja, jak nie huknie: Huuuu!..."
Dyzma i Szumski nie mogli powstrzymać śmiechu.
- Jak to - zapytał Szumski - po prostu
"huuu"?
- "Huuu" i tyle, a znasz bas Ulanickiego! Nie
macie pojęcia, co za konsternacja. Bubek poczerwieniał
jak burak i zamilkł, jakby weń piorun strzelił. W
jadalni zaległa cisza śmiertelna, wszyscy raptem
pospuszczali głowy. Aż ktoś nie wytrzymał i
wybuchnął śmiechem. Tego tylko brakowało! Od razu
cały stół zatrząsł się. Jak Boga kocham, nigdy w
życiu nie widziałem jeszcze, by ludzie tak się śmiać
mogli.
- A Jaś co?
- Jaś? Ano, jakby nigdy nic zabrał się do
pieczystego. - A bubek?
- Biedna kukła. Nie wiedział, czy wstać, czy
zostać, wreszcie wstał i wyszedł. Tegoż jeszcze dnia
wyjechał z Krynicy.
- I co dalej? - zapytał Nikodem, któremu ta
historia ogromnie się podobała.
- Ano nic - odparł pułkownik - tylko Ulanicki
stał się najpopularniejszą osobą w Krynicy.
Sala restauracyjna pełna już była gości. Między
białymi stolikami pośpiesznie migały czarne fraki
kelnerów, orkiestra grała jakieś namiętne tango.
Kończyli już kolację, gdy przyszedł Ulanicki.
Był to człowiek ogromnego wzrostu, z twarzą
przypominającą tarczę, do której przyklejono ogórek
potężnych rozmiarów i cztery wiechcie czarnego jak
smoła włosia. Wąsy i brwi, niezwykle bujne, nie
ustawały w ruchu, w przeciwieństwie do oczu, małych,
zapadniętych i - zdawało się - wpatrzonych w
jakiś daleki punkt w przestrzeni.
Gdy usiadł, Nikodem, nieco już podniecony alkoholem,
rzekł:
<strona 82>
- Pan pułkownik opowiadał nam ten pański kawał z
Krynicy. Pierwsza klasa! Dobrze pan tego faceta usadził.
Wiechcie na twarzy poruszyły się gwałtownie.
- Co tam! Przecie panu lepiej się udało. Przecie to
pan tego cymbała Terkowskiego objechał?
- On, on - potwierdził Wareda - morowy gość.
Czuję, że się zaprzyjaźnicie. Wasze zdrowie.
Pili tęgo. Gdy grubo po północy przeszli na pierwsze
piętro do dansingu i kazali dać sobie szampana, mocno
już mieli w czubach. Przy stoliku znalazły się urocze
panienki. Jazz grał zachęcająco i Dyzma, zaprosiwszy
jedną z dam, puścił się w pląsy. Reszta towarzystwa
przyglądała mu się z uznaniem, a gdy usiadł,
jednogłośnie stwierdzono, że doskonały kompan i że
może by tak wypić i bruderszaft... Wobec braku
sprzeciwu z którejkolwiek strony dokonano tego aktu przy
dźwiękach "Sto lat, sto lat...", które
musiała zagrać orkiestra na żądanie pułkownika
Waredy.
Jasno już było na dworze, gdy czterej panowie zajęli
miejsca w samochodzie Kunickiego. Uchwalono odwiezienie
pułkownika do Konstancina. Po przyjeździe na miejsce
szofer obudził swoich pasażerów. Szumski czule
pożegnał się z Dyzmą, gdyż nie chciało mu się
wracać do Warszawy.
- Prześpię się tu u Wacka, pa, Nikodemciu, pa...
Ulanickiego odwiózł Dyzma na Kolonię Staszica, sam
zaś wrócił do hotelu.
Kładąc się do łóżka, próbował zrobić
retrospektywny przegląd zdarzeń ubiegłej nocy, lecz
szum w głowie i dokuczliwa czkawka zmęczyły go
wreszcie tak, że machnął na wszystko ręką.
Obudził się z bólem głowy dobrze po południu. Teraz
dopiero spostrzegł, że spał w ubraniu, wskutek czego
przypominało ono teraz wygniecioną szmatę. Zły był
na siebie, chociaż zdawał sobie sprawę, że wczorajsza
pijatyka z pułkownikiem i z dwoma dygnitarzami przyda
się mu o tyle, że będzie miał łatwiejszy wstęp do
ministra.
Przypomniał, że musi być na obiedzie u pani
Przełęskiej. Trzeba było dać garnitur do
odprasowania.
Do Kunickiego wysłał depeszę, zawiadamiającą, że
wskutek nieobecności w Warszawie ministra będzie
zmuszony pobyt swój w stolicy przedłużyć.
<strona 83>
Do pani Przełęskiej pojechał samochodem. Okna
mieszkania wychodzą na ulicę i, być może, ktoś
zobaczy jego auto, to zaś doda mu szyku.
Właściwie mówiąc nie wiedział, o czym ma mówić z
ciotką Ponimirskiego i z tym jakimś Krzepickim, a
zwłaszcza nie widział celu tej rozmowy. Jeżeli
zgodził się przyjść, to jedynie przez ciekawość i
poniekąd dla atrakcyjności samej wizyty w
wielkopańskim domu.
Już od progu zauważył, że dom ten za pierwszym razem
oglądał w nienormalnych warunkach. Dziś było to
poważne, pełne ciszy, dostojności i ładu mieszkanie.
Wprawdzie nie wytrzymywało ono porównania z pałacem
koborowskim, ale miało w sobie coś nieuchwytnego, co
Dyzmie jeszcze bardziej imponowało.
Lokaj otworzył drzwi do salonu, a po dłuższej chwili
weszła tam pani Przełęska, która wyglądała dziś na
całkowitą damę; za nią wszedł mężczyzna lat około
trzydziestu pięciu.
- Pan Krzepicki, pan Dyzma - przedstawiła pani
Przełęska. Krzepicki przywitał się szarmancko. Jego
przesadnie rozrzucone ruchy, uderzająca swoboda w
obejściu i nosowe brzmienie głosu nie podobały się
Nikodemowi z miejsca, chociaż przyznać musiał w duchu,
że jest on przystojny, a może nawet znacznie
ładniejszy od sekretarza sądu w Łyskowie, pana
Jurczaka, który był na cały powiat znanym pogromcą
serc niewieścich.
- Niezmiernie cieszę się, że mam zaszczyt poznać
szanownego pana, o którym tyle miałem szczęścia
słyszeć - rzekł Krzepicki, siadając i wysoko
podciągając nogawkę.
Dyzma postanowił mieć się na baczności przed tym
człowiekiem, który od razu wydał mu się przebiegłym
i nieszczerym. Toteż odparł wymijająco:
- Ludzie jak ludzie, zawsze coś mówią.
- Pan wybaczy - odezwała się pani Przełęska -
ale właśnie dopiero od pana Krzepickiego dowiedziałam
się, że pan jest tak wybitnym politykiem. Przyznaję
się ze wstydem, że my, kobiety, w sprawach politycznych
jesteśmy ignorantkami.
- O, nie przesadzajmy - zaprzeczył Krzepicki i
podciągnął drugą nogawkę.
Dyzma nie wiedział, co powiedzieć, i tylko
chrząknął.
Na ratunek przyszedł mu służący, który zjawił się
z oznajmieniem,
<strona 84>
że podano do stołu. Podczas obiadu pani Przełęska i
Krzepicki, którego raz nazywała po nazwisku, to znów
"panem Zyziem", zaczęli wypytywać Dyzmę o
sprawy koborowskie. Pani Przełęska interesowała się
głównie kwestią stosunku "tej nieszczęśliwej
Niny" do brata i do męża, natomiast pan Zyzio
zasypywał Nikodema pytaniami dotyczącymi dochodów
Kunickiego i wartości majątku. Dyzma starał się
odpowiadać najkrócej, by jakimś nieopatrznym zwrotem
nie zdradzić tego, że właściwie ma bardzo mało
wiadomości o tych kwestiach.
- A niech szanowany pan raczy powiedzieć, czy choroba
umysłowa Żorża jest tak rzucająca się w oczy, że
niepodobna myśleć o jego uwłasnowolnieniu?
- Bo ja wiem... Wariat to on jest, ale może by
potrafił zapanować nad sobą...
- Słuszne spostrzeżenie - potwierdziła pani
Przełęska. - Właśnie jego choroba polega na zaniku
ośrodków hamujących, lecz sądzę, że gdy pojmie
konieczność trzymania języka na wodzy, potrafi
wytrwać bodaj przez krótki czas.
- Chyba - potwierdził Dyzma.
- Mam tylko obawę - ciągnęła pani Przełęska -
czy Nina zgodzi się na nasze plany?
- Phi - wzruszył ramionami Krzepicki. - A po co ma
je znać? Zrobi się wszystko po cichutku.
Najważniejszą rzeczą jest znaleźć odpowiednie
wpływy w Ministerstwie Sprawiedliwości, ale o to
kłopotać się nie potrzebujemy, skoro szczęśliwy los
dał nam, jako sprzymierzeńca, wielce szanownego pana.
Nieprawdaż?...
- Ach, co za szczęście - zawołała pani
Przełęska - że pan, właśnie pan, kolega Żorża i
jego przyjaciel, spotkał go teraz!
Na kawę przeszli do małego saloniku. Tutaj Krzepicki
wyjął notes i ołówek, po czym zaczął:
- Pozwoliłem sobie przygotować coś w rodzaju małego
referaciku. Państwo pozwolą?... Otóż całokształt
sprawy przedstawia się, jak następuje: Wiemy, że
hochsztapler, nazwiskiem Leon Kunik, lat sześćdziesiąt
sześć, syn maglarki Genowefy Kunikówny, urodzony w
Krakowie, podejrzany był o paserstwo, co uwidocznione
jest w kartotece lwowskiej policji, następnie trudnił
się lichwiarstwem i, jako lichwiarz, opętał rodzinę
Ponimirskich i podstępem wyzuł ją z majątku...
<strona 85>
- Pani Kunicka - przerwał Nikodem - twierdzi, że
bynajmniej nie podstępem.
- No, naturalnie, ale każdą rzecz można różnie
interpretować. Che, che, che... Już jeżeli prokurator
otrzyma odpowiednią instrukcję z góry, to da sobie
radę. Wiemy następnie, że Kunik przed dziewięciu laty
uzyskał dowody osobiste, w których zmieniono mu
nazwisko na "Kunicki" i dodano imię ojca. To
już jawny kryminał. Następnie znamy wszyscy proces
jego o dostawę podkładów kolejowych. Wówczas,
niestety, nie zostało wyświetlone, nie dało się
udowodnić, że podkłady w ogóle nie istniały. Kunicki
wykazał się autentycznymi dokumentami, stwierdzającymi
jego niewinność, ale nie ulega wątpliwości, że
dokumenty te uzyskał w nieuczciwy sposób. Przecie ten
urzędnik kolejowy, który je wystawił, uciekł i
przepadł jak kamfora. Wszystko to można odgrzebać i
powtórnie wyciągnąć przed kratki sądowe. Jak
państwo sądzą?
- Oczywiście! - zawołała pani Przełęska.
- I mnie się tak zdaje - powiedział Dyzma,
przyglądając się nieufnie spiczastej twarzy
Krzepickiego. Nieustanna ruchliwość jej mięśni i
połyskliwość podłużnych oczu robiły wrażenie
natężonej czujności i pogotowia. Oblizał teraz
końcem języka górną wargę i dodał:
- Najważniejszą wszakże rzeczą jest odebranie mu
Koborowa. I tu zaczynają się trudności. Nominalną
właścicielką jest przecie pani Nina, a ona na to nie
pójdzie.
- Na pewno nie pójdzie - przytaknął Dyzma.
- Otóż właśnie - ciągnął Krzepicki -
pozostaje nam tedy jedyne wyjście. Żorż musi
wystąpić ze skargą do prokuratora na Kunickiego. Ta
zaś, między innymi, powinna zawierać zarzut, że
Kunicki wymusza na siostrze oskarżyciela fałszywe
zeznania...
- Hm...
- Otóż oskarżenie takie może wystosować Żorż
jedynie wówczas, gdy zostanie uwłasnowolniony. Dlatego
też zacząć należy od uzyskania od władz sądowych
zarządzenia, aby stan umysłu Żorża został ponownie
zbadany. Radziłem się adwokata. Ten powiada, że taka
rewizja w zasadzie jest możliwa. Trzeba tylko, by o
taką rewizję wniósł ktoś z krewnych Żorża.
- Ja za żadne skarby! - protestowała pani
Przełęska - za
<strona 86>
żadne skarby. Już dość miałam przykrości. Tego by
jeszcze brakowało, żeby moje nazwisko była szargane w
prasie...
- No, dobrze, pani Fino - odparł Krzepicki nieco
poirytowanym głosem - w takim razie jest pani zdania,
że zrobi to Nina.
- Nie - zaprzeczył Dyzma - pani Nina palcem nie
ruszy. - A Żorż nie ma więcej krewnych -
zaznaczył Krzepicki, wystawiając palec wskazujący z
niezwykle długim i lśniącym paznokciem.
- Wszystko jedno, ja nie będę się mieszała do
tego... Wszystko jedno.
Twarz Krzepickiego nabrała złego wyrazu.
- Dobrze - rzekł zimno - zatem nie mamy o czym
mówić. Stawia pani krzyżyk na tych czterdziestu
tysiącach, które winien jest pani i mnie Żorż, no i
krzyżyk na małżeństwie Biby Hulczyńskiej.
Zapanowało milczenie.
- Szkoda tylko - dorzucił - żeśmy trudzili
wielce szanownego pana.
- Kiedy ja nie mogę, naprawdę nie mogę! - uparcie
broniła się pani Przełęska.
- Nie pali się - powiedział po chwili Nikodem -
można przecie odłożyć sprawę na później...
- Może tymczasem znajdzie się jaka rada -
dorzuciła z ulgą pani Przełęska.
Krzepicki zerwał się z krzesła.
- Tymczasem, tymczasem! A tymczasem jest to, że
pieniądze są mi potrzebne do zarżnięcia!...
- No więc postaram się znaleźć coś dla pana -
nieśmiało bąknęła pani Przełęska.
- Ach - machnął ręką Krzepicki z lekceważeniem
- znowu pięćset złotych czy tysiąc!
Pani Przełęska poczerwieniała.
- Może zostawi pan tę kwestię na później. Nie
sądzę, by to miało interesować pana Dyzmę.
- Przepraszam - burknął od niechcenia. - Może
panowie jeszcze kawy pozwolą?... Napełniła filiżanki
i dodała:
<strona 87>
- A może jednak pan Dyzma potrafiłby wywrzeć
odpowiedni wpływ na Ninę? Skoro ona również męża
nie znosi... Wygląda pan na człowieka, który może
łamać przeszkody i naginać charaktery...
- Tak, tylko jaki pan w tym miałby interes?!... -
cynicznie rzucił Krzepicki.
- Ależ panie Zyziu - zaoponowała pani Przełęska
- pan Dyzma jest przyjacielem Żorża, nieprawdaż? A
to chyba motyw wystarczający.
Krzepicki skrzywił się i strzepnął palcami.
- Bądźmy szczerzy... Ja nie wierzę w platoniczne
kombinacje, pan daruje, wielce szanowny panie Nikodemie,
ale nie wierzę. Toteż sądzę, że i pan, jako
człowiek, hm... realny... Mówmy po prostu. Czy Żorż
zainteresował pana materialnie w całej sprawie?
- Jak to? - zapytał Dyzma. - No, czy pana
zainteresował? - Niby, czy obiecał mi zapłacić?
Pani Przełęska, sądząc, że Dyzma się obraził,
zaczęła go przepraszać i wyjaśniać, że przecież
pan Krzepicki nie to bynajmniej miał na myśli, żeby
tego za złe mu nie brać itd. Zresztą sam rzekomy
winowajca zreflektował się i wyjaśnił, że miał na
myśli obawę o wydatki, jakie wielce szanowny pan
mógłby mieć w związku ze sprawą Żorża.
Widząc, że w ogóle rzecz się nie klei, pani
Przełęska wystąpiła z projektem odłożenia
decydującej rozmowy, a gdy dowiedziała się, że Dyzma
zabawi w Warszawie może nawet dwa tygodnie, zaprosiła
go na przyszły wtorek na brydża. Dyzma podziękował,
mówiąc, że w brydża grać nie umie, lecz zgodził
się przyjść, kiedy dowiedział się, że nikt od niego
nie będzie wymagał grania.
- Będzie kilkadziesiąt osób - mówiła pani
Przełęska a wśród nich spotka pan wielu znajomych, bo
bywa u mnie i pan generał Różanowski, i minister
Jaszuński, i prezes Grodzicki, i wiceminister
Ulanicki...
- A pułkownik Wareda? - zapytał Dyzma. - Owszem,
dawniej bywał. Zna go pan?
- Tak, to mój przyjaciel - odparł niedbale.
- No, w takim razie postaram się, by był na pewno. To
bardzo
<strona 88>
dzielny człowiek. I, o ile się nie mylę, jest w
doskonałych stosunkach z prokuratorem Ważykiem. Bodaj
nawet Ważyk ożeniony jest z pierwszą żoną Waredy...
- Tak, tak - potwierdził Krzepicki - z tą z domu
Hamelbeinówną, a Ważyk może w naszej sprawie...
zaważyć! Che, che. che... Gdy Dyzma począł żegnać
się z panią Przełęską, wstał także
Krzepicki, oświadczając, że i na niego wielki czas, bo
musi jechać na Mokotów.
- No, to odwiozę pana - rzekł Dyzma - moje auto
stoi przed bramą.
Pani Przełęska usiłowała Krzepickiego zatrzymać,
lecz stanowczo odmówił:
- Nie mogę. Przyjdę na kolację. Pa!...
- Czy to pańska krewna pani Przełęska? - zapytał
go Dyzma, gdy wychodzili na ulicę.
- Nie. Stara dobra znajoma. Z jej mężem byłem w
przyjaźni. - To mąż pani Przełęskiej nie żyje?
- Żyje - odparł Krzepicki, mrużąc oko - żyje,
tylko nie wiem z kim. Grasuje za granicą. Ależ wózek.
Prima sort! Dużo też zjada benzyny?
- Ze trzydzieści z ogonkiem - odpowiedział
uśmiechnięty szofer, zatrzaskując drzwiczki.
- Dobrze jest mieć taki samochód - zakonkludował
Krzepicki. Po drodze mówił dużo o interesach, jakie
są do zrobienia, jeżeli się tylko ma pieniądze, zaś
z milczenia Dyzmy wywnioskował, że musi to być
człowiek niezwykle sprytny i ostrożny.
Gdy wreszcie młody człowiek wysiadł przy Politechnice,
szofer odwrócił się do Dyzmy.
- Ja tego pana znam. To jest pan Krzepicki. On miał
stajnię wyścigową, ale mu nie szło.
Musi to być cwaniak! - rzekł Nikodem.
O-ho-ho - pokręcił głową szofer.
<strona 89>
|