Klimat Koborowa fatalnie wpływał na reumatyzm Nikodema
Dyzmy. Rankiem okazało się, że przez całą noc oka
nie zmrużył i że bóle się wzmogły. Z takim raportem
przyszła pokojówka do pani Niny i wróciła z nowym
asortymentem lekarstw i z zapytaniem od pani, czy może
by pan życzył sobie jakichś książek do czytania.
Dyzmie jednak nie chciało się wcale czytać, nie chcąc
wszakże zdradzać braku entuzjazmu dla literatury,
powiedział służącej, że trudno byłoby mu trzymać
książkę w ręku.
Efekt tego był dlań niespodziewany.
Mianowicie za drzwiami znów rozległ się głos pani
Niny:
- Dzień dobry panu. Martwi mnie to, że panu nie
lepiej. Może posłać po lekarza?
- O nie, nie trzeba - stanowczo odpowiedział
Nikodem.
- Pan pewno bardzo się nudzi. Może by panu ktoś
poczytał głośno?'
- Cóż robić, kiedy nie ma komu.
Za drzwiami zaległa cisza i po pauzie odezwała się
pani Nina: - Czy można wejść do pana?
- Ależ proszę bardzo.
Weszła i obrzuciła go spojrzeniem, w którym mieszała
się ciekawość ze współczuciem. Niespodziewanie
zaproponowała, że mu sama będzie czytała. Nie było
innego wyjścia i Dyzma, dziękując i przepraszając za
kłopot, musiał się zgodzić.
- Ależ to drobiazg. I tak nic nie robię. Z
przyjemnością przeczytam panu cokolwiek. Tylko musi pan
powiedzieć, jakiego autora pan woli.
Nikodem zastanowił się: trzeba wybrać jakiego
lepszego, takiego, co go inteligentniejsi wybierali w
czytelni w Łyskowie. Już wiedział, o którego chodzi,
o takiego Anglika, co to się pisze inaczej, a wymawia
się Dżek London.
- Może coś Jacka Londona? - powiedział.
<strona 59>
Uśmiechnęła się i skinęła głową.
- Za chwilę przyniosę kilka jego książek.
Wkrótce wróciła z kilkoma pięknie oprawnymi tomami i
powiedziała:
- Wcale się nie zdziwiłam, że pan właśnie tego
pisarza lubi. Dyzma nigdy nie czytał Jacka Londona,
odparł jednak:
- Rzeczywiście, ten autor podoba mi się bardzo, ale
skąd pani domyśliła się tego?
- Ach, proszę pana, pochlebiam może sobie, ale wydaje
mi się, że jestem dobrą obserwatorką. Pan zaś
nietrudny jest do odgadnięcia, chociaż jest pan naturą
zamkniętą, żyjącą wewnętrznym życiem, jakby w
splendid isolation...
- Czyżby? - zapytał Nikodem.
- Tak. My, kobiety, może nie robimy tego naukowo, a
nawet niesystematycznie, ale jesteśmy specjalistkami w
psychoanalizie, powiedziałabym, w psychologii
stosowanej. Intuicja zastępuje nam metodę badawczą, a
instynkt ostrzega przed błędami.
Dyzma pomyślał: "A to się rozgadała!..."
- I dlatego - ciągnęła Nina, przerzucając od
niechcenia kartki książki - dlatego właśnie
łatwiej odgadujemy szyfr do czytania książek
zamkniętych niż otwartych.
- Hm - zastanowił się Nikodem - ale po cóż się
wysilać na odgadywanie, skoro każdą książkę tak
łatwo jest otworzyć. Sądził, że Nina, mówiąc o
książkach zamkniętych, miała zamiar
zademonstrować mu czytanie Londona przez okładkę, i
dodał: - Nic łatwiejszego, jak książkę otworzyć.
Pani Nina spojrzała mu w oczy i odparła:
- O nie. Są takie, które tego nie znoszą, i te
właśnie są najciekawsze. Tych nie można przeczytać
inaczej, jak tylko oczyma wyobraźni. Zgadza się pan ze
mną?
- Nie wiem, proszę pani - odrzekł bez namysłu -
ja takich książek nie spotykałem. Widziałem nawet
bardzo cenne wydania, ale każde mogłem otworzyć i
przeczytać.
- Ach, to zrozumiałe, pan prawdopodobnie w ogóle nie
sięga po książki nieinteresujące, te zaś, które go
zainteresują, jak pod prądem magnetycznym, otwierają
się same. Siła woli ma takie właściwości.
<strona 60>
Dyzma roześmiał się - "Co ona za bzdury
opowiada?! - i powiedział:
- Ależ do otworzenia książki wystarczy sił
niemowlęcia. - A jednak pan jest typem niezwykle
silnego charakteru... - Ja? - zdumiał się Dyzma.
- O, niech pan nie usiłuje wprowadzić mnie w błąd.
Mam masę spostrzeżeń, które to potwierdzają -
uśmiechnęła się zwycięsko - a chociażby to, że
pan woli Londona... Przecie to jaskrawe świadectwo
upodobań! Dlaczego nie Paul Geraldy, dlaczego nie
Maurois, nie Wilde, nie Sinclair Lewis, nie Żeromski,
Mann czy Shaw, lecz właśnie London z jego poezją
cichego twórczego bohaterstwa, z jego pogańską
potęgą walki, z jego apoteozą trudu! Dyzma milczał.
- A widzi pan. Z góry mogę panu powiedzieć, że nie
lubi pan Chopina, a lubi Brahmsa, że bliższy panu jest
Matejko niż Jacek Malczewski, Lindbergh niż Cyrano de
Bergerac, gotyk i drapacze chmur niż barok i rokoko...
Patrzyła nań swoimi ogromnymi niebieskimi oczyma
dziecka, które zdawało się mówić: "A widzisz,
wujciu, wiem, co masz w kieszeni!"
Dyzma nie wiedział, co odpowiedzieć, toteż skrzywił
się i syknął z bólu. Pani Nina troskliwie zaczęła
wypytywać, czy nie nudzi go rozmowa, bo jeżeli tak... a
może chciałby się zdrzemnąć...
- A niech pan powie, tylko szczerze, czy trafnie
określiłam upodobania pana?
A czort że ją wie?" - pomyślał, głośno zaś
rzekł przebiegle: - Częściowo tak, częściowo nie.
- No dobrze - roześmiała się, zadowolona - teraz
poczytamy. Chce pan "Zew krwi"?
- I owszem.
Zaczęła czytać. Była to historia o jakimś dużym
psie, którego ukradziono. Dyzma oczekiwał z kartki na
kartkę, że wreszcie wmiesza się w tę kradzież
policja, gdy jednak opowiadanie poszło innymi torami,
przestał stopniowo uważać, wreszcie stracił całkiem
wątek treści, a słyszał jedynie melodyjny, miękki i
ciepły głos pani Niny.
Zaczął rozmyślać nad przeprowadzoną przed chwilą
rozmową
<strona 61>
i doszedł do przypuszczenia, że jednak była ona dość
dziwna. Ta ładna pani wygląda tak, jakby nie mówiła o
książce... Czyżby?...
Przypomniał nagle salonik w mieszkaniu naczelnika poczty
w Łyskowie, pana Boczka, dwie panny Boczkówny, pannę
Walaskównę, nauczycielkę szkoły powszechnej, Jurczaka
z sądu pokoju i resztę łyskowskiej złotej
młodzieży. W saloniku tym, jakże mizernym w
porównaniu z tym pałacem, grano w cenzurowanego, a
panna Lodzia Boczkówna siedziała w środku i była niby
książką!... tak, o niej mówiono różne rzeczy, że
to nie rozcięta, a to książka kucharska, a to tomik
wierszy, a to książka, która ciekawie wygląda, ale
lepiej jej nie otwierać... Aha!
To musi być coś w tym rodzaju... na pewno coś takiego.
Ale czy ta pani mówiła mu rzeczy przyjemne, czy
przykre?... Chyba przyjemne, chociaż u tych wielkich
panów to nigdy nic naprawdę nie wiadomo.
"A jeżeli ona leci na mnie?... Ee...
niemożliwe".
Głos Niny dźwięczał, falował subtelną modulacją,
czasem drżał wzruszeniem. Spuszczone rzęsy opadały na
białość policzków długim cieniem, w załamaniach
puszystych włosów połyskiwało słońce,
przedzierające się przez gąszcz liści i kładące na
dywanie jasną, ożywczą plamą. W pokoju pachniało
lawendą i lipcem, pyszniły się pozłacanymi brązami
wielkopańskie rozparte sprzęty, z pokrytego arabeskami
sufitu zwieszała się ciężka lampa, połyskująca
rubinowym kryształem.
"Mój Boże, i kto by to jeszcze przed tygodniem
pomyślał, że ja, Nikodem Dyzma, będę leżał tu w
tym wspaniałym pokoju na tym bogatym łożu, a ta
piękna pani będzie mi czytała książkę!"
Przymknął oczy i nagle zadrżał.
"A jeżeli to jest sen, jeżeli to wszystko jest
fantazją, jeżeli teraz otworzę oczy i zobaczę
okopcone i wilgotne ściany izby Barcików przy ulicy
Łuckiej? A ten głos?... Może to Mańka czyta
Walentowej "Kurierka".
Wtem głos umilkł, by po pauzie odezwać się
przyciszonym pytaniem:
- Czy pan zasnął?
Dyzma otworzył oczy i uśmiechnął się. - Nie,
proszę pani.
- Minął panu ból? Lepiej panu?
<strona 62>
Nikodem znowu uśmiechnął się. - Ból mi nie
minął, ale mi lepiej. Milczała.
- Jak pani jest tutaj, to mi lepiej.
Spojrzała nań ze smutkiem i nic nie odpowiedziała.
Nikodem pomyślał, że jednak ten obłąkany jej brat
musiał mieć rację, że ona jest nieszczęśliwa.
Nadarzała się sposobność sprawdzenia i innych jego
informacji, toteż Dyzma powiedział:
- A pani ma zmartwienie jakie?
- Pan chyba jest jedynym człowiekiem w tym domu,
który może powiedzieć, że jest mu dobrze.
- Dlaczego jedynym?
- Nic pana z tym domem nie wiąże... Mój Boże,
przecie pan w każdej chwili może stąd uciec, uciec na
zawsze.
Usta jej drżały, a w kącikach oczu zaszkliły się
łzy. - I ucieknie pan na pewno...
- Nie - zaprzeczył gorąco, pomyślawszy o swojej
pensji chciałbym tu pozostać jak najdłużej.
Zarumieniła się.
- Mówi pan szczerze?
- A po cóż miałbym zmylić? Pewno, że szczerze.
- Czyż towarzystwo istot nieszczęśliwych nie
przeraża pana? - Nie, bynajmniej, a po wtóre,
dlaczego pani ma być nieszczęśliwa? Kobieta młoda,
zdrowa, bogata, ma życie wygodne.
- Ach - przerwała - czy można nazwać to życiem!
Dyzma spojrzał na nią z ukosa.
- Że to może mąż nie kocha?
- Mąż? - w jej rysach wyraziła się pogarda i
wstręt. - Mąż... wolałabym, żeby mnie
nienawidził. Zresztą, cóż mnie z nim łączy? On jest
zajęty robieniem pieniędzy i tylko o nich myśli...
Jego krąg zainteresowań jest mi tak daleki i obcy!... A
znowuż on sam nigdy nawet nie próbował odczuć mnie i
zrozumieć...
Przygryzła wargi.
- Zresztą, po co to panu mówię... - To dobrze, że
pani mówi.
- Przecie pan i tak wszystko widzi. Panie Nikodemie,
niech pan powie, czy człowiek samotny, człowiek
zupełnie samotny może być szczęśliwy?
<strona 63>
- Bo ja wiem... Ja jestem sam na całym świecie. -
Jak to? Nie ma pan nikogo? Rodziny?...
- Ano, nikogo.
- I nie gnębi to pana? - Jakoś nie.
- Ach, bo pan jest mężczyzną, silnym, zwartym w
sobie charakterem. Pan nie zna osamotnienia, bo sobie sam
jest całością. Nawet nie wiem, czy w ogóle zdolny pan
jest do zrozumienia pustki osamotnienia istoty słabej
jak ja.
- A ma pani przecie pasierbicę.
- Ach! - rzuciła z niechęcią - Kasia... to
kobieta...
Przygryzła wargi i patrząc na rozłożoną na kolanach
książkę. zaczęła mówić:
- Wie pan, że od wielu lat pan jest pierwszy, z
którym czuję się tak swobodnie i tak... Pańskie
współczucie nie ma w sobie ani obrażającej litości,
ani egzotycznej indyferencji... Wie pan, przecie ja z
nikim stosunków towarzyskich nie utrzymuję... Pan jest
pierwszy, z którym mogę sobie pozwolić na otwartą
wymianę myśli, z tym uczuciem, że nie będę źle
zrozumiana.
Była zaróżowiona i mówiła z podnieceniem. Dyzma już
nie wątpił, że pani Nina na niego "leci".
- Nie męczy to pana, że wciągam go w orbitę moich
smutków? - Broń Boże.
- Ale cóż moje obchodzą pana? - Bardzo obchodzą.
- Pan jest dla mnie bardzo dobry.
- Pani dla mnie też. Niech się pani nie martwi,
wszystko złe odmieni się, grunt nie przejmować się.
Uśmiechnęła się.
- Pan mnie traktuje, jakbym była dzieckiem, uspokaja
je rubasznym żartem, by przestało płakać. Ale wie
pan, że szorstkość często jest dobrym lekarstwem.
- Nie wolno poddawać się nieszczęściu, a trzeba
myśleć, jak jemu zaradzić.
Zasępiła się.
- Tu nie ma żadnej rady.
- Każdy człowiek jest kowalem swego losu -
powiedział z przekonaniem.
<strona 64>
- By być kowalem, trzeba mieć mocne ręce, a widzi
pan, jakie moje są słabe.
Wyciągnęła ku niemu rękę, od której powiał zapach
perfum. Dyzma ujął jej dłoń i pocałował. Nie
puściła jego ręki, lecz ścisnęła ją mocniej.
- Silnej dłoni potrzeba - powiedziała - takiej
dłoni... Taką dłonią można nie tylko swój los
wykuć... Czasami mi się zdaje, że dla potężnej woli
nie ma żadnych przeszkód, że nie istnieją dla niej
niemożliwości... Jest panią wszechwładną, łamie
stal, buduje jutro... A jeżeli nie jest egoistyczna,
wyciąga dłoń, ratuje i ratuje te biedne słabe
istnienia... Ileż poezji ma w sobie tajemnicza moc
silnego człowieka...
Z wolna cofnęła rękę i powiedziała:
- Pan pewnie sądzi, że jestem egzaltowana?
Nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc znowu
uciekł się do niezawodnego środka: syknął i chwycił
się za łokieć.
- Boli? - Bardzo.
- Biedny pan. Może by doktora sprowadzić? - Nie,
dziękuję.
- Tak chciałabym panu pomóc. - Pani ma dobre serce.
- I cóż mi z tego - rzekła ze smutkiem.
Machinalnie wzięła książkę.
- Będziemy czytali?
- A może to panią męczy? - O, nie, lubię czytać
głośno.
Zapukano do drzwi i rozległ się głos Kasi: - Nino,
mogę cię prosić na chwilę?
- Przepraszam pana - rzekła Nina wstając - zaraz
wrócę. Do uszu Nikodema dobiegły echa poirytowanych
słów Kasi, a potem zaś wszystko ucichło.
Dyzma począł rozważać sytuację. Fakt, że podobał
się pani Ninie, zdawał się być pewnikiem. Jakie z
tego można wyciągnąć korzyści? Czy przez jej
protekcję da się dłużej utrzymać stanowisko
administratora w Koborowie?...
"Wątpliwe - pomyślał - ona nie ma żadnego
wpływu na męża.
<strona 65>
Z chwilą zaś gdy stary spostrzeże się, że nic nie
potrafię, wyleje mnie bez gadania, a przecie wiecznie
chorować nie mogę".
Dziwiło go nieco niespodziewane powodzenie u tej
wytwornej pani, lecz nie odczuwał z tego powodu ani
specjalnej radości, ani dumy. Mózg Nikodema zbyt był
zajęty pracą nad wyszukiwaniem sposobów utrzymania
się w Koborowie, by inne, bardziej osobiste uczucia
mogły go z tej absorbującej myśli wytrącić. Nina
uważa go za kogoś godnego jej zwierzeń. Podobała się
mu, lecz podobała się tak, jakby się podobała Kasia,
Mańka czy każda inna młoda kobieta.
Nikodem Dyzma miał serce dotychczas nie nawiedzone przez
miłość. Romantyczne karty jego życia zawierały tylko
nieważne wspomnienia przygodnych i nic nie znaczących
zdarzeń, których zresztą nie było zbyt wiele. Gdy
teraz myślał o pani Ninie, niczego nie przewidywał,
nie robił żadnych projektów. Co więcej, wrodzony
zmysł ostrożności ostrzegał go przed jakimikolwiek
bardziej zdecydowanymi krokami, które mogłyby
zaszkodzić mu w razie połapania się jej męża w
sytuacji.
Pani Nina wróciła nieco zdenerwowana i Nikodem
pomyślał, że musiała mieć z Kasią jakąś
nieprzyjemną rozmowę. Zaczęła znowu czytać i nie
zamienili ze sobą ani słowa aż do obiadu. Po obiedzie
Nikodem zasnął i obudziło go dopiero pukanie o zmroku.
Był to Kunicki.
Zmartwił się bardzo chorobą Dyzmy i chciał
depeszować po lekarza. Z trudem mu to Dyzma
wyperswadował, zapewniając, że już czuje się lepiej
i jutro lub pojutrze wstanie.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze - ucieszył się
Kunicki bo, kochany panie, ten Olszewski do grobu mnie
wpędzi, co on wyprawia, to ludzkie pojęcie przechodzi.
Wyobraź pan sobie, kazał zatrzymać sośninę, gdyż ja
rzekomo nie wpłaciłem pełnego wadium. Wadium miało
wynosić, uważa pan, czterdzieści tysięcy dwieście
złotych. Zapomniałem o tych dwustu złotych, jak Boga
kocham, zapomniałem i ten gałgan zatrzymuje mi teraz
całą robotę. Dla dwustu złotych? Przecież to szlag
człowieka trafić może!
Oburzenie jeszcze zwiększało szybkość jego wymowy.
Opowiadał przeszło godzinę o różnych przejściach z
Dyrekcją Lasów i zakończył tyradę wyrażeniem
nadziei, że wreszcie dzięki Dyzmie
<strona 66>
te nieszczęścia miną. Trzeba koniecznie, żeby kochany
pan Nikodem jak najprędzej pojechał do Warszawy i raz
wreszcie rozmówił się z ministrem Jaszuńskim.
Dyzma zapewnił, że gdy tylko wstanie, natychmiast
pojedzie do Warszawy.
- A jak pan sądzi, kochany panie Nikodemie, łatwo
panu pójdzie? Prędko da się rzecz załatwić?
- Zrobi się - odparł Dyzma - niech pan będzie
spokojny. Może tylko jakie drobne koszty będą.
- Koszty? Ależ to głupstwo. Służę panu zawsze
gotówką. No, a jakże się pan u mnie czuje? Nie nudzi
się pan?
Dyzma zaprzeczył. Owszem, jest mu nawet bardzo miło.
- Tylko, uważa pan, dla pańskiej informacji, gdy pan
będzie załatwiał nasze sprawy w Warszawie, niech pan
pamięta, że Koborowo nie jest zapisane na moje
nazwisko, ale na nazwisko mojej żony. Musiałem to
zrobić z pewnych względów formalnych.
- To niby = zapytał Dyzma, przypominając rozmowę z
Ponimirskim - ja mam występować w imieniu pańskiej
żony?
- Tak, tak, chociaż może pan i w moim, bo przecie
jestem właścicielem faktycznym, zresztą mam od żony
plenipotencję. Dyzmę korciło, żeby zapytać, czy ma
też i weksle, lecz pohamował się. Stary byłby gotów
nabrać podejrzeń.
Kunicki zaczął wypytywać.. Nikodema o jego poglądy na
stan gospodarki Koborowa, lecz musiał z tego
zrezygnować, gdyż choremu wrócił atak bólu
reumatycznego, i to tak silny, że kochany pan Nikodem
aż syczał, a wyraz twarzy zmienił mu się do
niepoznania.
Po kolacji Kunicki znowu zajrzał do Dyzmy, jednakże ten
udał śpiącego, czym uniknął ponownej rozmowy. Długo
w noc rozmyślał wszakże nad nieuniknioną
koniecznością podróży do stolicy, z której już
chyba nie będzie po co wracać. Postanowił jednak
próbować rzecz jak najdłużej przeciągać. W każdym
razie będzie mógł odszukać pułkownika Waredę i jego
poprosić o porozmawianie z ministrem.
Przypomniał Ponimirskiego. Kto wie, może warto i od
niego wziąć ten list. Jeżeli ciotka Ponimirskiego jest
ustosunkowana, to może i przez nią da się coś
zrobić. Oczywiście, ani przez chwilę nie łudził
się, że uda mu się załatwić pomyślnie sprawy
Kunickiego.
<strona 67>
To byłoby niemożliwością. Chciał jednak stworzyć
pozory, które by utrzymały Kunickiego w przekonaniu,
że on, Dyzma, jest istotnie w przyjaźni z ministrem i
że jeżeli nie teraz, to później będzie mógł u
niego wyjednać wydalenie czy przeniesienie na inne
stanowisko Olszewskiego oraz taki przydział drzewa z
Lasów Państwowych, który by zaspokoił chciwość
Kunickiego.
Wkrótce po jego wyjściu zjawiła się pani Nina. Była
smutniejsza niż zwykle i bardziej zdenerwowana, lecz na
uśmiech Dyzmy odpowiedziała również uśmiechem.
Wypytywała o zdrowie, skarżyła się na migrenę, przez
którą noc spędziła bezsennie, wreszcie zapytała:
- Podobno jedzie pan do Warszawy, czy na długo?
- Jadę, proszę pani, na tydzień, najwyżej na
dziesięć dni. - Warszawa - rzekła w zamyśleniu.
- Lubi pani Warszawę?
- O, nie, nie... to jest, właściwie lubiłam ją
kiedyś bardzo... Nawet dziś lubię, tylko siebie w niej
nie lubię.
- Tak... A pani ma tam przyjaciół, krewnych?
- Nie wiem... Nie - zaprzeczyła po chwili wahania.
Nikodem postanowił zręcznie sprawdzić kwestię
istnienia ciotki Przełęskiej.
- A czy pani Przełęska nie jest pani kuzynką? Na
twarzy Niny odbiła się przykrość.
- Ach, zna pan ciotkę Przełęską?... Owszem, tak,
ale po moim ślubie stosunki z nią bardzo się
rozluźniły. Nawet nie pisujemy do siebie.
- Tak - rzekł Dyzma. - Bywa pan u niej?
- Czasami - przeciągnął z namysłem. - Pani
Przełęska, zdaje się, nie cierpi pana Kunickiego, lecz
panią lubi.
Zdetonowała się i zapytała cicho:
- Rozmawiał pan z nią o mnie?... Ach, przepraszam za
niedyskrecję, ale, widzi pan, to mnie tak wzburzyło.
Niech się pan nie dziwi. Przecie niemal wszystkie moje
wspomnienia wiążą się z domem i ze środowiskiem
cioci Przełęskiej... Pan tam bywa...
- Czemuż pani tam nie wpadnie?
- Ach... Przecie sam pan wie. Osoba mego męża... Nie
mogą mi tego darować...
<strona 68>
Odwróciła głowę i dodała niemal szeptem: - Tak jak
i ja nie mogę sobie darować. Nikodem milczał.
- Wstyd mi przed panem i za to, i za te moje
zwierzenia... Jestem bardzo bezsilna... bardzo słaba...
Bardzo nieszczęśliwa... - Proszę się nie martwić,
wszystko jeszcze będzie dobrze...
- Nie, niech pan mnie nie pociesza, proszę pana. Ja
wiem, ja to czuję, że znalazłam w pańskiej bogatej
duszy głęboki i szczery oddźwięk. Przecie tak krótko
się znamy, a ja mam dla pana tyle ufności... Nie
trzeba, niech pan mnie nie pociesza, na moją tragedię
nie ma rady. Wystarczy, że mnie pan rozumie... Pan jeden
- dodała po pauzie.
- Ale dlaczego pani mówi, że nie ma rady, czyż nie
może pani rozwieść się z mężem?
- Nie potrafię -- odparła patrząc na ziemię.
- Hm, więc jednak przywiązała się pani do męża...
W oczach Niny rozpalił się płomień.
- O, nie, nie - zaprzeczyła żarliwie - jak pan
może posądzać mnie o to! Nic mnie nie łączy z tym
człowiekiem o duszy sklepikarza, z tym... starcem...
W głosie jej brzmiały nienawiść i wstręt.
- Więc dlaczegóż powiedziała pani, że pani nie
potrafi rozwieść się z nim? - zdziwił się Dyzma.
- Nie potrafię żyć... w nędzy... Zresztą, nie
tylko o sobie muszę myśleć.
- Żartuje pani - przebiegle zaczął Nikodem -
przecież Koborowo to grube miliony, są one pani
własnością...
- Myli się pan, Koborowo jest własnością mego
męża. - Ależ sam mi pan Kunicki mówił...
- Tak. Zapisane jest na mnie, lecz w razie rozwodu
byłabym nędzarką.
- Nie rozumiem?
- Ach, po co mówimy o tych rzeczach... Widzi pan, mój
mąż wziął ode mnie zobowiązania na takie sumy,
które przewyższają wartość Koborowa.
- Wyłudził od pani?
- O, nie, wziął, bo mu się należały... na pokrycie
długów mojej rodziny.
<strona 69>
- Aha!...
- Nie mówmy już o tym, to mi sprawia tak wielką
przykrość złożyła ręce i patrzyła mu w oczy z
błagalną prośbą - i proszę pana, niech pan z moją
ciotką o mnie nie rozmawia, dobrze?
- Jak pani każe. Chociaż...
- Proszę pana! Bardzo proszę! Tamten świat już dla
mnie nie istnieje, nie mam do niego powrotu...
Czytajmy...
Wzięła książkę i otworzyła ją na zakładce.
Zaczęła czytać, lecz zanim zdołała wymówić kilka
słów, głos począł drgać, piersi jej wznosiły się
i opadały w szlochu.
- Niech pani nie płacze, nie trzeba płakać -
bezradnie uspokajał Dyzma.
- Boże, Boże - łkała - pan jest dla mnie taki
dobry, taki.., dobry... Niech pan mi przebaczy... to
nerwy...
Zerwała się nagle i wybiegła z pokoju.
"Ani chybi - pomyślał Dyzma - kobieta
zakochała się we mnie".
-- Zakochała się - powtórzył głośno i
uśmiechnął się z zadowoleniem.
Na nocnej szafce stało małe lusterko. Sięgnął po nie
i długo przyglądał się własnej twarzy, trochę
zdziwiony, trochę zaciekawiony i trochę kontent z
siebie.
<strona 70>
|