Kolacja składała się z kilku potraw, które podawał
lokaj sztywny i bezszelestny. Nastrój było nieco lepszy
niż przy śniadaniu. Kunicki, czy tam Kunik, mniej się
zajmował interesami i Dyzmą, za to zasypywał swą
wymową żonę i córkę, wypytując je o rodzaj
zakupów.
Pani Nina odpowiadała uprzejmie, lecz zimno, natomiast
Kasia tylko z rzadka raczyła bąknąć krótkie
"tak" lub "nie", zaś większość
skierowanych wprost do niej pytań pomijała milczeniem.
Po dziwacznej rozmowie z Ponimirskim Nikodem zupełnie
nie rozumiał już istoty tego lekceważenia ze strony
córki, lekceważenia, które sięgało obraźliwej
impertynencji. Chciał w jakiś sposób rozgryźć
niejasną sytuację i głowił się nad tym, jak to
najzgrabniej zrobić, niczego jednak nie wymyślił.
Po kolacji Kunicki zaproponował spacer i chociaż Kasia
wzruszyła ramionami, pani Nina odparła:
- Owszem, przejdę się z przyjemnością.
Idąc na przedzie z mężem, postukującym grubą laską
i pozostawiającym za sobą smugę dymu cygara,
skierowała się do parku, lecz nie w te jego okolice,
które już znał Dyzma. Tam były gęste stare drzewa,
tutaj zaś przeważnie trawniki i klomby, gdzieniegdzie
tylko na tle ciemniejszego szafiru nieba rysowały się
malownicze kępy wysmukłych drzew.
Nikodem z konieczności został w towarzystwie Kasi.
Milczeli, a że w parku panowała zupełna cisza,
dolatywał do nich szmer półgłosem prowadzonej rozmowy
Kunickich. Jakże śmiesznie wyglądali tak obok siebie:
on, mały, irytująco ruchliwy i gestykulujący
staruszek, przy żonie młodej, zgrabnej, niemal
posągowej, idącej równym, spokojnym, płynnym krokiem.
- Uprawia pan tenis? - spytała Kasia. - Ja? Nie,
proszę pani. Nie umiem.
- To dziwne.
<strona 44>
- Dlaczego dziwne?
- No, bo dziś wszyscy panowie umieją.
- Nigdy, proszę pani, nie miałem czasu nauczyć się
tej gry. Znam tylko bilard.
- Tak? To ciekawe, niech mi pan powie... Przepraszam
- rzuciła nagle i odbiegła do klombu.
Dyzma zatrzymał się, nie wiedząc, co ma robić, gdy
Kasia powróciła z kilku łodygami nikotiany w ręku.
Kwiaty pachniały już z daleka odurzająco. Zbliżyła
je do twarzy Nikodema. Ten sądząc, że zostaje
obdarowany, zaczerwienił się i wyciągnął rękę.
- Ależ nie! To nie dla pana. Niech pan powącha!
Bajeczne, prawda?
- Owszem, ładnie pachną - odparł zmieszany.
- Pan musi być, swoją drogą, bardzo zarozumiały.
- Ja? Dłaczego? - zdziwił się szczerze.
- No, bo już panu się zdawało, że kwiaty
przeznaczam dla niego. Pewno często dostaje pan kwiaty
od kobiet?
Dyzma wprawdzie nigdy nie dostał od żadnej kobiety
kwiatów, odparł jednak na wszelki wypadek:
- Czasami.
- Podobno słynie pan w warszawskim mondzie jako silny
człowiek.
- Ja?
- Ojciec mi mówił. Zresztą, rzeczywiście, wygląda
pan na... Aha, pan gra w bilard?
- Niemal od dziecka - odpowiedział, przypominając
sobie zadymioną salkę bilardową w cukierni Aronsona w
Łyskowie.
- My też mamy w domu bilard, lecz nikt z nas grać nie
umie. Chętnie nauczyłabym się, gdyby pan znalazł dla
mnie trochę czasu...
- Pani? - zdziwił się. Nigdy nie wyobrażał sobie,
że kobieta może grać w bilard. - Przecie to męska
gra.
- Ja właśnie lubię męskie gry. Nauczy mnie pan? -
Z przyjemnością.
- Możemy zacząć choćby zaraz.
- Nie - odparł Dyzma - mam dziś jeszcze dużo
roboty. Muszę rozpatrzyć się w księgach, w
rachunkach...
<strona 45>
- Hm... nie jest pan przesadnie uprzejmy. Ale to leży
w pana typie.
- A to dobrze czy źle? - zaryzykował. - Co? -
zapytała chłodno.
- No, to, że jestem takim typem?
- Wie pan... Będę szczera. Lubię mieć do czynienia
z ludźmi stanowiącymi pewną pozytywną wartość, byle
nie przypominali mojego papy. Ale z góry chciałabym
zaznaczyć i hm... wyjaśnić, że... Nie pogniewa się
pan za szczerość?...
- Broń Boże.
- Ale bliżej mnie to nie obchodzi. - Nie rozumiem.
- Lubi pan kropki nad "i"? - Co?
- Lubi pan też, widzę, sytuacje wyraźne. To bardzo
dobrze. Otóż, jeżeli nawet będę dla pana życzliwa,
chciałabym, by pan nie wyciągał z tego zbyt dalekich
wniosków. Inaczej mówiąc, ode mnie kwiatów nie
będzie pan dostawał.
Wreszcie się zorientował, o co jej chodziło, i
roześmiał się. - Ja nie liczyłem na to wcale.
- To świetnie. Najlepiej jest, gdy się sprawy stawia
jasno. Nie wiedział sam dlaczego, ale czuł się
dotknięty, i powiedział prawie bez namysłu:
- Ma pani rację. Odpłacę więc pani równą
szczerością. Pani też nie jest moim typem.
- Tak? Tym lepiej - odparła nieco zaskoczona. - To
porozumienie umożliwia nam naukę bilardu.
Kuniccy zawrócili i przyłączyli się do nich.
Kasia wzięła Ninę pod rękę i podała jej kwiaty ze
słowami: - Proszę cię, Ninuś, lubisz nikotiany...
Kunicki obrzucił ją spojrzeniem, w którym pomimo
zmroku Dyzma dojrzał wyraźną złość.
- Po co te manifestacje? - syknął, szepleniąc
mocno.
Pani Nina, na twarzy której odbiło się zmieszanie,
rzekła cicho: - Szkoda, że je zerwałaś. Życie
kwiatów i tak jest bardzo krótkie...
W hallu rozstali się, wymieniając zdawkowe życzenia
dobrej
<strona 46>
nocy. Dyzma jednak nie myślał o śnie. Postanowił za
wszelką cenę starać się zapoznać z materiałami
dotyczącymi spraw majątkowych Kunickiego. Były to
rzeczy wysoce skomplikowane, najeżone cyframi i pełne
wrogich, niezrozumiałych wyrazów, których albo wcale
nie znał, albo pojąć nie mógł ich tajemniczego
znaczenia. Remanent, eskonto, trakcja, półfabrykat,
cło ochronne, reasekuracja, rekompensata, tendencja,
hossa, ekwiwalent - na czoło Dyzmy wystąpił
kroplisty pot.
Zaczął czytać półgłosem, lecz i to nie pomagało.
Po prostu przestał rozumieć znaczenie wymawianych
zdań, sens których uciekał z jego świadomości,
stawał się pusty i nieuchwytny.
Nikodem zrywał się od biurka i biegał po pokoju,
wybuchając przekleństwami i tłukąc skronie
zaciśniętymi pięściami.
- A jednak muszę, muszę - powtarzał uparcie -
muszę to rozgryźć, bo inaczej przepadnę.
Znowu zaczął czytać i zrywał się znowu.
- Nie, to na nic, łeb mi pęknie, a nic nie zrozumiem.
Poszedł do łazienki i odkręciwszy kran z zimną wodą
wsunął ciemię pod orzeźwiający strumień. Stał tak,
pochylony, kilka minut i myślał:
"Pomoże czy nie pomoże..."
Nie pomogło. Całą noc spędził na wertowaniu
papierów i jedynym rezultatem tej męki był silny ból
głowy. Mgliste i urywkowe wyobrażenie o kompleksie
gospodarki Koborowa żadną miarą nie mogło wystarczyć
już nie tylko do administrowania, lecz nawet .dla
rozmawiania o tych interesach z Kunickim.
"Co robić?"
Myślał nad tym długo i postanowił w żadnym wypadku
nie kapitulować bez walki.
"Przeciągnąć jak najdłużej, a może tymczasem
przyjdzie skądś ratunek".
Było już po ósmej, gdy Kunicki zastał Dyzmę przy
biurku wśród porozkładanych ksiąg i papierów.
- Kochany panie Nikodemie - zawołał z udawanym
oburzeniem - co pan wyprawia! Przecie pan wcale nie
spał! Pracowitość pracowitością, a zdrowie zdrowiem.
- Nic mi nie będzie - odparł Dyzma - jak coś
zacznę robić, nie lubię sobie przerywać.
<strona 47>
- To z pana zawzięta sztuka. No i jakże?
- Ano, nic.
- Ale przyzna pan, kochany panie Nikodemie, że cały
materiał utrzymany pierwszorzędnie. Przejrzysty,
systematyczny, ścisły... Dyzma zdusił w gardle jakieś
przekleństwo.
- Rzeczywiście - odparł - bardzo porządnie
prowadzony.
- Co? Prawda? Sam to robię. I ponieważ znam każdy
patyczek i każde kółko w tej maszynerii, jak własną
kieszeń, mam najlepszą gwarancję, że mnie nikt z mego
personelu nie okpi. No, ale niechże pan już teraz da
pokój tej robocie. Zaraz podają śniadanie. Będzie pan
miał jeszcze dość czasu, bo dziś nie będę panu
zawracał głowy. Mam w papierni komisję budowlaną, a
później jadę obejrzeć las w Kociłówce.
Gdy weszli do jadalni, panie siedziały przy stole. -
Blado pan wygląda - zauważyła pani Nina. - Głowa
mnie trochę boli.
- No, bo wyobraźcie sobie, moje drogie - powiedział
Kunicki - że pan Nikodem ani oka nie zmrużył. Całą
noc przesiedział nad książkami!
- Może weźmie pan proszek od bólu głowy? -
zapytała pani Nina.
- Chyba nie warto...
- Niech pan weźmie, to dobrze panu zrobi.
Kazała służącemu przynieść pudełko z proszkami i.
Dyzma musiał połknąć lekarstwo.
- Wiesz, Nino - odezwała się Kasia - pan Dyzma
będzie mnie uczył gry bilardowej.
- A pan dobrze gra?
- Średnio - odparł Nikodem. - Kiedyś grałem
nieźle.
- Może zaczniemy zaraz po śniadaniu? -
zaproponowała Kasia. - Będę się przyglądała
waszej lekcji - dorzuciła pani Nina. - Ho, ho -
zaśmiał się Kunicki - obawiam się, że zechcecie
zagarnąć mi pana Nikodema całkowicie.
- Mąż mój jest zazdrosny o pana - uśmiechnęła
się pani Nina, a Dyzma zauważył, że patrzy nań
życzliwie.
"Ona musi być bardzo dobra" - pomyślał.
Zaraz po śniadaniu Kunicki pożegnał się z nimi i
drobnym kroczkiem wybiegł do oczekującego samochodu.
<strona 48>
Kasia kazała przygotować bilard i wszyscy troje
przeszli do pokoju bilardowego.
Nauka zaczęła się od pokazania postawy ręki i sposobu
trzymania kija. Później Dyzma tłumaczył, jak należy
uderzyć bilę. Kasia szybko orientowała się, a że
miała pewną rękę i dobre oko, Dyzma zawyrokował:
- Będzie pani dobrze grała, tylko trzeba dużo
praktyki.
- Więc Kasia jest pojętną uczennicą? - zapytała
pani Nina. - Jak na pierwszy raz, bardzo pięknie.
- A co jest w bilardzie najtrudniejsze? - zapytała
Kasia. - Najtrudniejszy jest karambol.
- Niech pan pokaże, jak się to robi. Dyzma rozstawił
bile i powiedział:
- Niech pani uważa, teraz tak uderzę swoją bilę,
że ta dotknie obu pozostałych.
- Ale przecie to niemożliwe, one stoją nie na jednej
linii.
- Właśnie - uśmiechnął się, zadowolony z efektu
- cała sztuka karambolu polega na tym, że moja bila,
uderzając o bandę w różnych miejscach, będzie
nabierała różnych kierunków Karambol tak wygląda.
- Lekko uderzył swoją bilę i karambol udał się
wspaniale ku podziwowi pań.
- Ależ to geometria - zdziwiła się pani Nina.
- Ha - dorzuciła Kasia - ja do takiej wprawy nie
dojdę. - A może pani spróbuje? - zwrócił się
Dyzma do Niny.
- O, ze mnie to nic nie będzie - powiedziała,
biorąc jednak kij do ręki. Nie wiedziała, jak ustawia
się lewą dłoń, by zrobić z niej podpórkę, i Dyzma
musiał ułożyć jej palce. Zauważył przy tym, że
pani Nina ma bardzo gładką skórę. Przyszło mu na
myśl, że te ręce na pewno nic nigdy nie robiły.
"Jakie to szczęście pomyślał - być tak
bogatym, człowiek nie potrzebuje palcem ruszyć,
wszystko zrobią za niego..."
- No, proszę pana - odezwała się Nina - mnie pan
uczyć widocznie nie chce?
- Przepraszam. Tak sobie zamyśliłem się. -
Ciekawam, nad czym?
- Ee, nic. Po prostu dotknąłem teraz pani ręki i
pomyślałem, że tak delikatne ręce żadnej pracy pewno
nie znają.
Pani Nina zarumieniła się.
<strona 49>
- Ma pan rację. Wstydzę się tego od dawna, ale brak
mi siły woli, by raz wreszcie zająć się jakąś
robotą. Próżnuję może i dlatego, że okoliczności
tak się składają.
- Oczywiście, po co pracować, gdy się ma tyle
pieniędzy powiedział Dyzma po prostu.
Pani Nina zagryzła wargi i spuściła oczy.
- Pan jest bardzo surowym sędzią, ale przyznaję, że
zasłużyłam w zupełności na tę gryzącą ironię.
Dyzma nie zrozumiał i zaczął się głowić, o czym
właściwie ona mówi.
- Pan Dyzma jest weredykiem i wali prawdę prosto z
mostu zaopiniowała Kasia.
- To jednak jest zaletą rzadką - dodała Nina.
- Chociaż nie zawsze miłą dla otoczenia -
zastrzegła się Kasia. - Ale pożyteczną. Wolę
szorstką prawdę od nieszczerych komplementów.
- O, te nie wydają się mi dziedziną pana Dyzmy.
Niech pan powie - chciała go sprowokować Kasia -
czy pan mówi paniom komplementy?
- Owszem. Jeżeli ktoś jest ładnym, mogę mu to
powiedzieć. - Tylko tyle? No, a na przykład mnie co
by pan powiedział? - Pani?... Hm... - Dotknął z
namysłem swej wystającej szczęki.
Kasia wybuchnęła śmiechem.
- Widzisz, Nino, z jakim trudem panu to przychodzi! No,
proszę pana, niechże pan coś powie. Jeżeli o
całości nie może pan wyrazić się pochlebnie, może
znajdzie się jakiś szczegół w mojej osobie, dla
którego będzie pan łaskawszy.
Pod jedwabistym meszkiem jej brzoskwiniowej cery
zaróżowił się lekki rumieniec. Pomyślał, że jest
śliczna, lecz jakaś bardzo cudza, i że ma coś dziwnie
drapieżnego w intensywnym spojrzeniu orzechowych oczu,
wpatrzonych w Ninę.
- Owszem - odparł - ma pani ładne uszy.
- O!... - zdziwiła się - nie przypuszczałam, że
to od pana usłyszę. Wie pan, że sam mistrz Bergano
zaszczycił mnie ubiegłej zimy na Riwierze tym samym
komplementem.
"A kto to jest Bergrano? Wpadłem" -
pomyślał Dyzma i dodał głośno:
<strona 50>
- Nie znam się na malarstwie. Nigdy się tym nie
interesowałem.
- Co jednak nie przeszkadza panu - uprzejmie
powiedziała Nina - mieć gusty takie jak wielcy
artyści.
Kasia odłożyła kij i orzekła, że na dziś ma dość
bilardu.
- No, teraz idę się przebrać. Nie pojechałby pan ze
mną konno? - Bardzo dziękuję, ale mam jeszcze dużo
roboty - odparł Nikodem.
- No, to jadę sama. Pa, Ninuś. - Objęła ją za
szyję i pocałowała w usta.
Gdy zniknęła za drzwiami, Dyzma powiedział:
- Pani pasierbica kocha panią nie jak macochę... Pani
Nina nagle odwróciła się i podeszła do okna. -
Kochamy się jak siostry.
- Bo też - zauważył Nikodem - różnica wieku
między paniami jest chyba bardzo mała. Ja sam
początkowo wziąłem panie za siostry. Tylko w typie
panie są zupełnie różne.
- O, tak - potwierdziła Nina - i usposobienia, i
charaktery, i poglądy nasze są diametralnie przeciwne.
- A jednak panie się kochają.
Pani Nina nic nie odpowiedziała i Dyzma, nie wiedząc,
co by tu jeszcze wymyślić dla podtrzymania konwersacji,
zdecydował się pójść do siebie.
- Muszę już iść. Moje uszanowanie pani. Skinęła
mu głową i zapytała:
- Może pan czegoś potrzebuje? - O, dziękuję pani.
- Pan będzie łaskaw nie krępować się i wydawać
polecenia służbie...
- Dziękuję...
Ukłonił się i wyszedł. , Nina widziała jeszcze kilka
chwil jego szorstką w ruchach, robiącą wrażenie
kwadratowej figurę i szeroki, czerwony, gruby kark, gdy
twardym krokiem szedł w długiej amfiladzie pokojów.
"Więc tak wygląda silny człowiek? -
pomyślała. - Dziwne. A jednak... Ach, ty wieczna
marzycielko!..." - roześmiała się i splótłszy
dłonie przeciągnęła się całym ciałem.
Dyzma znowu zabrał się do studiowania materiałów
Kunickiego,
<strona 51>
lecz szło mu bodaj gorzej niż w nocy. Żadną miarą
nie mógł zorientować się w tym lesie cyfr.
- Psiakrew! - klął. - Widać, jestem głupi jak
but. Przypomniało mu się gimnazjum. Tam przynajmniej,
gdy czegoś nie rozumiał, mógł wykuć na pamięć.
Orka, bo orka, ale było zawsze to wyjście. Zresztą gdy
nie wykuł, mógł zawsze udać chorego i nie iść na
lekcje... A tu nie ma żadnej rady, żadnej... Bo przecie
tego wykuć nie można, a zachorować...
Nagle zastanowił się:
A żeby tak zachorować?" "
Ale co z tego?
"Zawsze można odwlec wylanie na parę dni... może
nawet na parę tygodni..."
To jest myśl! Dobra myśl! Tymczasem może coś się
zdarzy, coś się zmieni...
"Tak - zdecydował - nie ma gadania. Od jutra
rana zachoruję i koniec".
Długo namyślał się nad wyborem odpowiedniej choroby.
Żadna zaraźliwa nie nadawała się, bo wysłaliby go
może do szpitala. Żołądek też musi być zdrowy, bo
mu jeść nie dadzą...
A żeby tak reumatyzm?.. " " . Ucieszył się.
"To będzie najlepsze, bo choćby i doktora wezwali,
to i ten nie pozna się".
Gdy przyszedł lokaj prosić go na obiad, Dyzma miał
już gotowy plan ciężkiego ataku reumatycznego w prawej
ręce i w prawej nodze. Dziś przy kolacji zacznie się
skarżyć na ból, a jutro wcale nie wstanie z łóżka.
Był tak kontent z pomysłu, że wpadł w doskonały
humor.
Przy stole panował nastrój wesoły. Widocznie
nieobecność pana domu wpływała dodatnio na
usposobienie pań. Rozmawiano o projektowanym wyjeździe
Kasi do Szwajcarii, gdzie miała studiować medycynę.
- I zamierza pani po ukończeniu uniwersytetu
praktykować? pytał Dyzma.
- Oczywiście.
- Będziemy twoimi pacjentami - zaśmiała się pani
Nina. - Ty tak - odparła Kasia - ale pan Dyzma
nie.
<strona 52>
- Pani jest nielitościwa. A gdybym zachorował, a nie
byłoby w pobliżu lekarza?...
- Ależ pan mnie źle zrozumiał. Ja będę lekarzem
chorób kobiecych.
- Ach tak? To szkoda. Ja cierpię na reumatyzm, a to
chyba choroba męska.
- To zależy - zauważyła pani Nina - czy została
nabyta po męsku.
- Na wojnie - odparł Nikodem. - Pan był oficerem?
- Nie, zwykłym szeregowcem.
- To pięknie - powiedziała Nina. - Wielu
wybitnych ludzi służyło wówczas w szarych mundurach
żołnierskich.
- Mundury były zielone - sprostował Dyzma.
- Oczywiście, kolor nadziei, bardzo to pan subtelnie
zaznaczył. Czy może był pan ranny?
- Nie. Tylko reumatyzm zostawiła mi wojna na
pamiątkę. - No i na pewno ordery? - zapytała.
Nikodem nie miał żadnych odznaczeń, ale skłamał:
- Virtuti Militari. A poza tym miałem i awans, omal
nie zostałem generałem.
- Jak to?
- Mianowano mnie starszym szeregowcem i na pewno
doszedłbym aż do generalskiej szarży, gdyby nie to,
że akurat wojna się skończyła.
- Ma pan jednak, widzę, miłe o niej wspomnienia.
- To był najpiękniejszy okres mego życia -
powiedział szczerze.
- Rozumiem pana. Chociaż sama, jako kobieta, nie
umiałabym czuć się szczęśliwą wśród umierających
i rannych, jednak zdaję sobie sprawę, że prawdziwy
mężczyzna może znaleźć na wojnie środowisko
pobudzające najbardziej męskie instynkty. Braterstwo,
walka...
Dyzma uśmiechnął się. Przypomniał sobie koszary
baonu telegraficznego, kury hodowane przez sierżanta,
ciepłą kawę i monotonne dni próżnowania...
- Tak, dziki zwierz - potwierdził.
<strona 53>
- Moja droga - powiedziała pani Nina, jakby
nawiązując dawniej przerwaną rozmowę - jednak
musisz przyznać, że i w tym jest urok, który
zwłaszcza na kobiety działa silnie.
Kasia wzruszyła ramionami. - Nie na wszystkie.
-- Kobiety - powiedział Nikodem - na ogół
wolą brutalną siłę niż ślamazarność.
- Niech się pan nie reklamuje - roześmiała się
Nina. Rozmawiano jeszcze kilka chwil, po czym Dyzma
poszedł do swego pokoju. Pamiętał, że umówił się w
parku z tym zwariowanym hrabią, od którego można wielu
ciekawych rzeczy dowiedzieć się o całym towarzystwie
koborowskim.
Sprawdziwszy, że nikogo w pobliżu nie ma, otworzył
drzwi na taras i wybrał aleję, która wydała się mu
najprościej prowadzącą do owej kamiennej ławki pod
starą lipą.
Nie mógł jej wszakże odszukać i już zaczął tracić
nadzieję, że zobaczy się z tym Ponimirskim, gdy
usłyszał w pobliżu ujadanie ratlerka.
"Jest"! - ucieszył się.
Istotnie, w pobliżu ujrzał pokracznego pieska
obskakującego dookoło pień rosochatego kasztana i
szczekającego zawzięcie. Podniósł wzrok i ku swemu
zdumieniu zobaczył młodego hrabiego usadowionego w
rozwidleniu gałęzi.
- A, jest pan - zawołał ten z góry - to
doskonale. Zeskoczył lekko na ziemię i skinął Dyzmie
głową.
- Nie zadenuncjował mnie pan przed Kunikiem? -
zapytał nieufnie.
- Broń Boże. Zresztą nie ma go w domu.
- To dobrze. Zdziwił się pan, że siedziałem na
drzewie? - Nie, dlaczego...
- Widzi pan, to atawizm. Czasami odzywa się w
człowieku nieprzeparta chęć powrotu do pierwotnych
form bytowania. Nie zauważył pan tego, panie ten... No,
jak się pan nazywa?
- Dyzma.
- Aha, Dyzma. Głupie nazwisko, a imię? - Nikodem.
- Dziwne. Nie wygląda pan na Nikodema. Ale mniejsza o
to.
<strona 54>
Zresztą mój Brutus też nie wygląda na Brutusa, a ja
na Żorża. Powiadasz pan, że ten łajdak wyjechał?
- Na jeden dzień.
- Pewno jakiś nowy szwindel szykuje. Czy pan wiesz,
że on nam Koborowo wydarł?
- Nic nie słyszałem - odparł Dyzma.
- Uważasz pan, Kunik trudnił się lichwiarstwem. A
że mój ojciec wydawał dużo pieniędzy, zaś wojna
mocno nadszarpnęła stan naszych finansów, Kunik łatwo
oplątał nasze interesy i wmówił w końcu papie niby
fikcyjną sprzedaż Koborowa.
- Jak to fikcyjną? Taką na niby?
- Nie wiem, nie znam się na tym. Dość że zrobił
jakieś grube szachrajstwo i przywłaszczył sobie
majątek. Ale to nic. Wsadzą go jeszcze do kryminału.
- No, dobrze - zapytał ostrożnie Dyzma - a
dlaczegoż w takim razie siostra pana hrabiego wyszła za
mąż za Kunic... za Kunika?
- Z miłości do ojca. Ojciec nie przeżyłby wyjazdu z
Koborowa, a ten łotr, zwąchawszy to, podsunął ojcu
układ, że jeżeli Nina zostanie jego żoną, on
przepisze na nią tytuł własności Koborowa i że w ten
sposób nasze gniazdo rodowe pozostanie w rękach
Ponimirskich. Siostra więc poświęciła się i gorzko
to pokutuje, bo ojciec w rok po jej ślubie i tak umarł,
a ten łotr wycyganił od Niny jakieś weksle na ogromną
sumę i plenipotencję. Dzięki temu siostra nie może
ani palcem ruszyć we własnym majątku, bo gałgan Kunik
ma pełnię władzy.
- A co na to mówi jego córka?
- Ta Kaśka? To też małpa, ale Kunika nienawidzi, bo
on podobno strasznie maltretował jej matkę.
- Umarła? - Kto?
- Pierwsza żona pana Kunika?
- Jakiego pana? - zaperzył się Ponimirski. -
Łajdaka, chama, nie pana. Pan to jestem ja! Rozumie
osoba?
- Rozumiem - zgodził się Dyzma - a więc umarła?
- Po pierwsze, nic mnie to nie obchodzi, a po drugie,
umarła już dawno. Proszę mi dać papierosa.
Zapalił i, puszczając misterne kółka dymu, zamyślił
się głęboko...
<strona 55>
Dyzma zauważył, że Ponimirski jest dziś znacznie
spokojniejszy i dlatego zaryzykował zapytanie:
- A dlaczego pana hrabiego usunęli z pałacu? - Co?
- Pytałem, dlaczego pana hrabiego usunęli?
Ponimirski nic nie odpowiedział i dłuższą chwilę
wpatrywał się w oczy Dyzmy. Wreszcie pochylił się do
niego i rzekł szeptem:
- Zdaje mi się, że będę pana potrzebował... -
Mnie? - zdziwił się Nikodem.
- Ciiiicho! - Rozejrzał się nieufnie dokoła. -
Mam wrażenie, że nas ktoś podsłuchuje.
- Przywidziało się panu hrabiemu. Nikogo tu nie ma.
- Pst! Brutus! Szukaj szpiega, szukaj!
Ratlerek przyglądał się swemu panu z głupkowatą
miną i nie ruszał się z miejsca.
- Głupie bydlę! - zirytował się hrabia -
poszoł wont!
Wstał i skradającym się krokiem obszedł dokoła
krzaki. Gdy usadowił się znowu na ławce, powiedział
pouczająco:
- Nie można nigdy przesadzić w ostrożności.
- Mówił pan hrabia, że będzie mnie potrzebował -
zaczął Dyzma.
- Tak, użyję pana jako narzędzia, tylko musi mi pan
przyrzec absolutne posłuszeństwo. Oczywiście, nikomu
ani słowa. Przede wszystkim pojedzie pan do Warszawy do
mojej ciotki, pani Przełęskiej. Jest to bardzo głupia
i bardzo szanowna osoba. Pewnie i pan to zauważył, że
osoby szanowne najczęściej są głupie?...
- Rzeczywiście...
Ponimirski wykrzywił się ironicznie i dodał:
- Pan, panie, jest wyjątkiem z tej reguły, bo
chociaż pan jest głupi, szacunku nie wzbudzasz. Ale to
drobiazg. Tu sprawa jest ważniejsza. Otóż ciotka
Przełęska ma szalone stosunki i Kunika nienawidzi.
Dlatego właśnie pomoże panu w mojej sprawie.
- W jakiej sprawie?
- Milczeć, sapristi, gdy ja mówię. Kunik ogłosił
mnie wariatem. Mnie! Uważasz pan, i uzyskał kuratelę
nade mną. Otóż chodzi o to, by ciotka zmobilizowała
nie wiem już tam kogo, by ustanowiono jakieś konsylium,
które orzeknie, że jestem całkiem normalny. Rozumiesz
pan?
<strona 56>
- Rozumiem.
- Napiszę list do ciotki, w którym przedstawię pana
jako swego kolegę, chociaż wyglądasz pan na szewca,
ale ciotka tak pragnie zaszkodzić Kunikowi, że gotowa
uwierzyć. Objaśnisz pan wszystko ciotce, że tu nade
mną się znęcają, że mnie więżą, że moje listy
przetrzymują. Trzeba to przedstawić w najczarniejszych
kolorach... ,
- No, dobrze, ale...
- Cicho! Chcesz pan spytać, co pan będziesz mieć za
to? Otóż dowiedz się, że za to zaszczycę pana moją
przyjaźnią i dożywotnią rentą. Wystarczy? Idę
pisać list, a pan przed wyjazdem do Warszawy niech
przyjdzie tu po list i szczegółowe instrukcje. Jeżeli
jednak zadenuncjujesz mnie, pamiętaj pan, że ciebie
zabiję jak psa. Do widzenia.
Gwizdnął na ratlerka i jednym susem znikł w krzakach.
"To wariat, nie ulega najmniejszej
wątpliwości" - pomyślał Dyzma.
Jednakże informacje hrabiego musiały zawierać znaczną
dozę prawdy. Kunicki sam przecie mówi, że Koborowo
kupił. Stosunek zaś doń jego żony i córki istotnie
był wrogi. Ma się rozumieć, nie ma sensu zajmować
się tym obłąkanym i jego projektami, jednakże należy
zastanowić się, czy z tego całego mętliku nie da się
wyciągnąć dla siebie jakichś korzyści?...
Dyzma na razie nie widział jeszcze żadnych
otwierających się możliwości, lecz zdawał sobie
sprawę, że posiadanie cudzych tajemnic nigdy nie
zawadzi. Zwłaszcza w jego położeniu.
"W każdym razie muszę się jakoś wywiedzieć, czy
to, co ten zwariowany hrabia opowiada, jest
prawdą".
Przyszło mu na myśl, że gdyby się zarzuty
Ponimirskiego potwierdziły, miałby możność grozić
Kunickiemu ich ujawnieniem. Rozmyślał właśnie nad
tym, gdy już przed samym pałacem spotkał lokaja, od
którego dowiedział się, że pan nie wrócił i
odesłał auto, bo interesy zatrzymały go jeszcze na
jeden dzień.
Wiadomość ta ucieszyła Dyzmę. Jeszcze jedna doba
świętego spokoju! Jednakże postanowił nie odkładać
swego zachorowania. Zawsze to lepiej będzie wyglądać,
gdy reumatyzm przyjdzie na cały dzień przed
konferencją z Kunickim.
<strona 57>
Toteż podczas kolacji zaczął krzywić się
niemiłosiernie i chwytać się za ramię i za kolano.
Obie panie, a zwłaszcza Nina, ze współczuciem
wypytywały go o przyczyny bólu, gdy zaś powiedział,
że to reumatyzm, obie zgodnie zaopiniowały, że w
Koborowie klimat wilgotny sprzyja atakom reumatycznym.
Pani Nina zaś nawet przepraszała go za nieuprzedzenie o
tym.
Akurat przy ostatnim łyku kompotu ból Dyzmy stał się
już nie do zniesienia. Przeprosił panie i chciał iść
do swego pokoju, lecz pani Nina kazała służącemu, by
go podtrzymywał, sama zaś poszła do domowej apteczki
po jakieś lekarstwa.
Po kwadransie zapukano do drzwi, a gdy powiedział:
"Proszę", usłyszał głos pani Niny.
- Jakże się pan czuje? - Źle, proszę pani.
- Niczego panu nie potrzeba? - Nie, dziękuję!
- No, to dobranoc. Mam nadzieję, że będzie jutro
lepiej. - Dobranoc pani.
Zaległa cisza, a że kolacja była obfita, Dyzma uczuł
senność i zasypiając, pomyślał:
"Ta pani Nina to sympatyczna baba... Ba,
hrabianka..."
<strona 58>
|