Na stole stała lampa z zielonym, niskim kloszem,
oświetlając jedynie mały krąg pluszowej serwety,
pudło z cygarami, omszałą butelkę i dwa kieliszki
bursztynowego płynu. Pokój tonął w mroku, w którym
niewyraźnie rozpływały się kontury sprzętów.
Dyzma zapadł w miękki fotel i przymknął oczy. Czuł
się niezwykle ociężały i tak senny, że zasnąłby na
pewno, słuchając tego monotonnego głosu, na który jak
drobniutkie paciorki na cieniutką niteczkę szybko
nizały się bezdźwięczne, szepleniące słowa, gdyby
od czasu do czasu z drugiej strony stołu, z mroku, nie
wysuwała się nagle w krąg lampy drobna postać
Kunickiego, świecąc bielą gorsu i srebrną siwizną
włosów.
Małe, uważne a natarczywe oczy zdawały się wówczas
wbijać w mrok, usiłując odnaleźć spojrzenie Dyzmy.
- Więc widzi pan, widzi pan, jak to jest ciężko z
tą biurokracją małych urzędników prowincjonalnych.
Szykany i szykany. Zasłaniają się przepisami,
ustawami, a wszystko po to, żeby mnie zrujnować, żeby
odebrać chleb zatrudnionym u mnie robotnikom. Panie
Dyzma, w panu, dalibóg, jedyny ratunek, jedyny ratunek.
- We mnie? - zdziwił się Dyzma.
- W panu - z przekonaniem powtórzył Kunicki. -
Widzi pan, już czwarty raz wyjeżdżam w tej sprawie do
Warszawy i powiedziałem sobie: jeżeli teraz nie
wysadzę z siodła tego mego gnębiciela, tego tumana
Olszewskiego, jeżeli teraz nie uzyskam w Ministerstwie
Rolnictwa jakichś ludzkich warunków na drzewo z lasów
państwowych - koniec! Likwiduję wszystko! Sprzedam
Lydom tartaki, fabrykę mebli, papiernię, fabrykę
celulozy, za bezcen sprzedam, a sam sobie, czy ja wiem, w
łeb palnę albo co.
- Pańskie zdrowie, panie Dyzma - dodał po pauzie i
wypił swój kieliszek duszkiem.
- Ale cóż ja panu mogę pomóc?
- Che, che, che - roześmiał się Kunicki -
szanowny pan żar
<strona 20>
tuje sobie. Tylko odrobina dobrej woli, tylko odrobina...
O, nie, proszę pana, ja sobie doskonale zdaję sprawę,
że to panu zajmuje i pański cenny czas, i tego... no i
koszty, ale przy takich stosunkach, ho... ho!
Przysunął krzesło i nagle zmienił ton:
- Szanowny panie. Powiem po prostu, gdyby tak stanął
przede mną jaki czarodziej i powiedział: "Kunicki!
Postaram ci się tę sprawę załatwić, tego draba
Olszewskiego wylać, na jego miejsce do Dyrekcji Lasów
Państwowych wsadzić kogoś, z kim można po ludzku
gadać, postaram się o dobry kontyngent drzewa dla
ciebie, co mi za to dasz?" Otóż wówczas bez
zająknienia odparłbym: "Panie czarodzieju,
trzydzieści, niech będzie trzydzieści pięć
tysiączków gotóweczką! Jak Boga kocham! Na koszta
dziesięć do rączki, a po załatwieniu reszta".
Kunicki umilkł i czekał odpowiedzi. Lecz Dyzma
milczał. Zrozumiał od razu, że ten oto staruszek
proponuje mu łapówkę za robienie tego, czego on,
Dyzma, on, Nikodem Dyzma, choćby na głowie się
postawił, zrobić nie potrafi. Olbrzymia suma, suma,
której wysokość tak daleko wykraczała poza jego
rzeczywistość, a nawet poza marzenia, jeszcze bardziej
podkreślała nierealność całej transakcji. Gdyby
Kunicki zaproponował trzysta czy pięćset złotych,
interes straciłby dla Dyzmy swoją abstrakcyjną
nieosiągalność i przedstawił się jako korzystna
okazja naciągnięcia starego. Przez głowę Dyzmy
przeleciała jeszcze myśl, czy nie nastraszyć
Kunickiego, że zadenuncjuje go w policji. Może da na
odczepnego z pięćdziesiąt złotych. Kiedyś pisarz
sądu pokoju w Łyskowie, Jurczak, w ten sposób zarobił
całą setkę. Ale cóż, pisarz był u siebie w
kancelarii, osoba urzędowa...
Milczenie Dyzmy speszyło Kunickiego. Nie wiedział, co o
nim sądzić. Czy nie był zbyt obcesowy?... Czy go nie
zraził?... To byłoby katastrofą. Wyczerpał już
wszystkie stosunki i wpływy, wyrzucił na to masę
pieniędzy, strawił moc czasu, gdyby i ta szansa
wymknęła mu się z ręki... Postanowił naprawić i
złagodzić obcesowość swej propozycji.
- Oczywiście, szanowny panie, czarowników dziś nie
ma. Che, che, che... A trudno wymagać od
najżyczliwszego, od najłaskawszego przyjaciela, żeby
zajmował się sprawami, które zna tylko z opowiadania.
Wszak prawda?
<strona 21>
- Rzeczywiście.
- Wie pan co, mam myśl! Panie Dyzma, drogi
przyjacielu, niechże mi pan wyświadczy łaskę i
przyjedzie do mnie, do Koborowa, na kilka tygodni.
Wypocznie pan, użyje pan wsi, powietrze wspaniałe,
konna jazda, mam motorówkę na jeziorze... A i przyjrzy
się pan memu gospodarstwu, tartakom, no, panie złoty?!
Zrobione?
Ta nowa propozycja tak zaskoczyła Dyzmę, że aż usta
otworzył. Kunicki jednak nie przestawał nalegać,
wychwalać zalet odpoczynku, wsi, sosnowego lasu,
zapewniać, że i jego panie będą mu wdzięczne za tak
wielką atrakcję, jak przyjazd gościa z Warszawy.
- Ależ, panie - przerwał Dyzma - gdzie mnie tam
teraz myśleć o odpoczynku. Ja za dużo, niestety,
odpoczywam.
- O, tego chyba nigdy nie za dużo.
- Jestem bezrobotny - blado uśmiechnął się Dyzma.
Spodziewał się wyrazu rozczarowania i zdumienia na
twarzy staruszka, ten jednak wybuchnął śmiechem:
- Che, che, che, a to z pana kawalarz. Bezrobotny!
Oczywiście, z handlem i z przemysłem teraz krucho.
Trudno o intratne stanowiska, a znowuż służba
państwowa, to, panie, dużo honoru, a dochodu mało.
Pensje urzędnicze nawet na dygnitarskich szczeblach nie
są do pozazdroszczenia.
- Wiem coś o tym - potwierdził Dyzma - sam przez
trzy lata byłem na państwowej służbie.
Nagle Kunickiemu rozjaśniło się w głowie.
"Takiś sprytny, bratku! - pomyślał. - Ano tym
lepiej, skoro darmo brać nie chcesz". - Wielce
szanowny panie - zaczął - od chwili gdy pana po
znałem, od razu mnie coś piknęło, że Bóg mi cię
zsyła. Obyż to się sprawdziło. Panie Dyzma, panie
Nikodemie złoty, akurat okoliczności z obu stron tak
świetnie się składają. Pan jest w poszukiwaniu
dobrego stanowiska, a ja już doszedłem do tego wieku,
kiedy człowiek za wiele sił nie ma. Przyjacielu
szanowny, nie gniewajże się na moją śmiałość, ale
co by pan powiedział, gdybym panu zaproponował
objęcie, że tak powiem, generalnej administracji moimi
majątkami i zakładami przemysłowymi. Niech szanowny
pan nie sądzi, że to mały obiekt. Sporo tego jest,
machina jak się patrzy.
<strona 22>
- Nie wiem, czy potrafiłbym. Zupełnie nie znam się
na tym powiedział szczerze Dyzma.
- O, proszę szanownego pana - zaoponował Kunicki
- łatwo się pan z tym zapozna. Zresztą tam na
miejscu to już jakoś ja sam daję sobie radę, ale wie
pan, te wyjazdy, te rozmowy z urzędami, to dobijanie
się o łaskę byle jakiegoś tam pana Olszewskiego,
załatwianie spraw w ministerstwach - do tego już
jestem za stary. Tu trzeba kogoś energicznego,
ustosunkowanego, przed kim różni Olszewscy dudy w
miech, no i młodego. Szanowny pan chyba jeszcze i
czterdziestki nie ma?
- Skończyłem trzydzieści sześć.
- O! To mi wiek! Królu złoty, nie odmawiajże mi.
Będzie pan miał wygodne mieszkanie, albo z nami w
pałacu, albo w osobnym pawilonie, jak pan zechce. Konie
do dyspozycji, samochód do dyspozycji. Kuchnia dobra, do
miasta niedaleko, a jak pan zechce w Warszawie swoich
przyjaciół odwiedzić - najuprzejmiej proszę.
Słowem, żadnego skrępowania. A co do warunków, to
już pan zechce łaskawie określić.
- Hm - bąknął Dyzma - doprawdy nie wiem.
- Więc powiedzmy tak: tantiema trzydzieści procent od
zwiększonego przez pana dochodu, zgoda?
- Zgoda - kiwnął głową Dyzma nie bardzo
orientując się, na co się zgadza.
- A pensja, powiedzmy... dwa tysiące miesięcznie. -
Ile? - zdziwił się Dyzma.
- No, dwa tysiące pięćset. No i koszty rozjazdów.
Zgoda? No, rękę!
Dyzma półprzytomnie uścisnął drobną dłoń
staruszka.
Ten, zaróżowiony i uśmiechnięty, nie przestając na
chwilę szeplenić, wydobył ogromnych rozmiarów wieczne
pióro, zapełnił karteluszek papieru kilkunastu
wierszami drobnych okrągłych literek i podsunął
Dyzmie do podpisu. Podczas zaś gdy "kochany pan
Nikodem" zaopatrywał swoje nazwisko precyzyjnym a
wielce skomplikowanym zakrętasem, Kunicki odliczył z
pucołowatego pugilaresu kilkanaście szeleszczących
banknotów.
- Oto pięć tysięcy zaliczki, służę uprzejmie, a
teraz...
Zaczął omawiać wyjazd Dyzmy i inne związane z tym
kwestie.
<strona 23>
."No, stary Kunicki, niechże ci ktoś powie, że
nie potrafisz załatwić swoich interesów!"
Istotnie Leon Kunicki słynął z niesłychanego sprytu i
rzadko mu się zdarzyło stracić na dobrze wybranych i
błyskawicznie przeprowadzanych transakcjach.
W kilka minut później, gdy na korytarzu ucichły kroki
oddalającego się Dyzmy, stanął na środku pokoju i
zatarł ręce. Zaczynało już świtać. Na seledynowym
kloszu nieba z trudem
tylko można było dostrzec topniejące punkciki gwiazd.
Systematyczne szeregi latarń jaśniały chorowitym
białym światłem. Nikodem Dyzma szedł ulicami, w
których pustce klaszczące echo
jego kroków brzmiało ostro i donośnie.
Zdarzenia ubiegłego wieczoru zbiły się w jego
świadomości w jakieś pstre kłębowisko wrażeń,
migotliwych, goniących się wzajemnie i nieuchwytnych.
Wiedział, że zdarzenia te ogromną dla niego mają
wagę, lecz ich istoty ogarnąć nie umiał. Czuł, że
niespodziewanie spadło nań jakieś szczęście, lecz na
czym polegało, co oznaczało, skąd się wzięło i
dlaczego - nie pojmował.
Im dłużej nad tym myślał, tym wszystko zdawało mu
się mniej prawdopodobne, bardziej fantastyczne i
niedorzeczne. Wówczas zatrzymywał się przerażony,
ostrożnie sięgał do kieszeni i gdy palce namacały
gruby plik sztywnych banknotów, uśmiechał się do
siebie. Nagle zdał sobie sprawę z jednego: jest bogaty,
bardzo bogaty. Zatrzymał się we wnęce bramy i zaczął
liczyć. Jezus, Maria! Pięć tysięcy złotych!
- To ci forsa! - powiedział głośno.
Instynkt wielu lat biedowania odezwał się w nim
naturalnym odruchem: trzeba oblać. I chociaż nie
chciało mu się ani jeść, ani pić, skręcił w
Grzybowską, gdzie - jak wiedział - knajpa Icka jest
już otwarta. Przezornie wyciągnął jedną
stuzłotówkę i ulokował ją w osobnej kieszeni.
Pokazywanie takiej kupy pieniędzy u Icka nie należało
do rzeczy bezpiecznych.
Pomimo wczesnej pory u Icka był tłok. Dorożkarze,
szoferzy taksometrów, kelnerzy z restauracji już
zamkniętych, sutenerzy, przepijający nocny dochód
swoich "narzeczonych", męty podmiejskie
wracające z pomyślnego żeru - wszystko to
zapełniało niewielkie dwa pokoiki przyciszonym gwarem
rozmów i brzękiem szkła.
<strona 24>
Nikodem wypił dwie szklaneczki wódki, przekąsił
zimnym wieprzowym kotletem i kiszonym ogórkiem.
Przyszło mu na myśl, że to niedziela i że Walenty nie
pójdzie do roboty.
"Niech chamy znają inteligencję" -
pomyślał.
Kazał sobie dać butelkę wódki i kilo kiełbasy,
skrupulatnie przeliczył resztę i wyszedł. Zbliżał
się już do Łuckiej, gdy nagle spostrzegł Mańkę.
Stała oparta o mur i patrzyła przed siebie. Nie
wiedział sam dlaczego, ale ucieszył się tym
spotkaniem.
- Dobry wieczór, panno Maniu! - zawołał wesoło.
- Dobry wieczór - odparła przyglądając mu się ze
zdziwieniem.
- Cóż to pan po nocy się włóczy?
- A czemu to panna Mania spać nie idzie?
- Chyba już pójdę - odparła z rezygnacją.
Dyzma obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Wydała mu się
ładniejsza niż zwykle. Wątła była, to prawda, ale
zgrabna.
"Cóż ona może mieć - pomyślał - najwyżej
siedemnaście lat".
- Czemuż to panna Mania taka smutna? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Jakby pan tak trzy noce z rzędu warował, jak pies,
na ulicy i grosza nie widział, to też by pan z radości
nie skakał.
Dyzmie zrobiło się przykro. Sięgnął do kieszeni i
wyjął zwitek dziesięciozłotówek.
- Ja pannie Mani pożyczę. Czy dwadzieścia wystarczy?
Dziewczyna ze zdziwieniem przyglądała się pieniądzom.
Wiedziała przecie, że sublokator jeszcze w południe
grosza nie miał przy duszy. Skądże miałby teraz tyle
banknotów? Chyba, chyba że gdzieś ukradł. Może
dlatego właśnie nałożył frak. "Zresztą
pomyślała - co mi do tego?"
Nikodem wyciągnął do niej dwa papierki. - Proszę.
Mańka zrobiła przeczący ruch głową.
- Nie chcę. Nie wezmę. I tak nie będę miała z
czego oddać.
- No to a nie trzeba oddawać.
- Nie chcę. - Zmarszczyła brwi. - Widzisz go,
bankier.
Odwróciła głowę i dodała cicho:
- Chyba że... Za darmo nie chcę. Chyba że pójdzie
pan ze mną.
- Eee - bąknął Dyzma a zarumienił się.
<strona 25>
Mańka spojrzała mu w oczy.
- Nie podobam się panu?
- To nie, czemu?...
- Z pana to tyż mężczyzna! - wybuchnęła
niespodziewanie zezłością.
- Uuuu... kalosz!
Zawróciła się na pięcie i ruszyła wolnym krokiem ku
domowi.
- Panno Maniu! - zawołał za nią.
- Proszę zaczekać, pójdziemy.
Przystanęła, a gdy zrównał się z nią, powiedziała:
- Hotel też pięć złotych.
- Dobrze - odparł.
Szli wąskimi uliczkami w milczeniu.
Zaspany drab w pluszowej kamizelce otworzył im drzwi,
wprowadził do małego brudnego pokoju i wyciągnął
rękę. Dyzma zapłacił.
Przez szare butwiejące firanki wpadał snop jaskrawego
słońca. W pokoju było duszno, parno i czuć było
stęchliznę.
- Może by okno otworzyć? - zapytała Mańka.
- Późno już. Czas do domu. Pewno będzie dziesiąta
- powiedział Dyzma.
Mańka przed małym lusterkiem rozczesywała gęste
czarne włosy wyszczerbionym grzebykiem.
- Znalazł pan miejsce? - rzuciła obojętnie.
Nagle opanowała Dyzmę niepohamowana chęć
zaimponowania Mańce. Wydobył z kieszeni wszystkie
pieniądze i rozłożył je na stole.
- Zobacz - powiedział z uśmiechem.
Mańka odwróciła głowę i oczy jej szeroko się
rozwarły. Długo przyglądała się rozrzuconym
banknotom.
- Tyle forsy... tyle forsy... A to pięćsetki.
Psiakrew! Nikodem rozkoszował się efektem.
Dziewczyna chwyciła go za rękę.
- Słuchaj! Miałeś "robotę"? - zapytała
z podziwem. Dyzma roześmiał się i ot tak, dla kawału,
powiedział: - Aha!
<strona 26>
Mańka ostrożnie dotknęła końcami palców pieniędzy.
- Powiedz... powiedz - wyszeptała - chodziłeś na
"mokrą robotę"?
Skinął głową.
Milczała, a w jej oczach malował się strach i podziw.
Nigdy nie przypuszczała, że ten cichy sublokator, ten
niedorajda...
- Nożem? - zapytała.
- Nożem.
- Ciężko było?
- Phi - odparł - ani zipnął.
Pokręciła głową.
- Ale forsy miał... Może Żyd?
- Żyd.
- Nie wiedziałam...
- Czegoś nie wiedziała? - zapytał Dyzma i zaczął
chować pieniądze:
- Nie wiedziałam, że ty taki...
- To niby jaki?
- No taki...
Nagle przytuliła się do niego.
- A ciebie nie nakryją?
- Nie bój się, ja dam sobie radę.
- Nikt nie widział?... Może jakie ślady
zostawiłeś? Trzeba bardzo uważać. "Gliny"
to wiesz, oni po śladach palców nawet znajdą. - Mnie
nie złapią.
- A powiedz, miałeś pietra? Roześmiał się.
- Nie ma o czym gadać. No, chodźmy do domu. A to masz
dla ciebie na sukienkę.
Położył przed Mańką sto złotych. Dziewczyna
zarzuciła mu ręce na szyję i raz po raz zaczęła
całować w usta.
Szli do domu, nie rozmawiając po drodze. Nikodem z
satysfakcją spostrzegł, że stosunek tej małej do
niego zmienił się niemal z miejsca. Szybko zorientował
się, że szacunek, graniczący z zachwytem, wzbudziły w
Mańce nie pieniądze, lecz cała ta zmyślona historia
bandycka. I chociaż pochlebiała mu ta zmiana, wstydził
się, że na nią właściwie nie zasłużył. Dlatego za
żadną cenę nie przyznałby się jej teraz, że
wszystko było bajką.
<strona 27>
- Uważasz, Mańka - rzekł, gdy wchodzili na schody
- tylko w domu ani pary z gęby. Rozumiesz?
- No, pewno.
- A ja teraz będę musiał wyjechać na jakiś czas,
żeby, rozumiesz... No, bezpieczniej.
- Rozumiem. Ale wrócisz? - Wrócę.
Zjawienie się sublokatora razem z Mańką nie zrobiło
na Barcikach żadnego wrażenia. Natomiast wódkę i
kiełbasę przyjęto z szacunkiem. Walentowa zaraz
nakryła stół zieloną ceratą i wszyscy zasiedli do
śniadania. Szklaneczka, która niegdyś była słoikiem
do musztardy, krążyła z rąk do rąk, a że
objętość jej była dość duża, Dyzma wkrótce
wyjął pięć złotych i Mańka pobiegła po nową
flaszkę. Tymczasem Nikodem uregulował zaległe komorne,
a gdy dziewczyna wróciła, rzekł:
- No, powinszujcie mnie, państwo. Znalazłem dobrą
posadę. - A gdzie? - zagadnął Walenty.
- Nie w Warszawie. Na prowincji.
- Nie mówiłam - pokiwała głową Walentowa. - Na
prowincji zawsze o zarobek łatwiej. Dostatek
wszystkiego. Wiadomo -chłopi.
Przepili jego zdrowie, a gdy już butelka była pusta,
Nikodem rozstawił swoje polowe łóżko, rozebrał się,
kamizelkę z pieniędzmi wsunął pod poduszkę i
zasnął niemal zaraz.
Walenty siedział chwilę w milczeniu, a że podpił
sobie, zaczął ni z tego, ni z owego śpiewać, lecz
spotkał się z ostrą opozycją Mańki.
- Cicho, do cholery, nie widzisz: człowiek śpi.
Odpocząć nie dadzą.
Zaległa cisza. Walenty nasunął czapkę i wyszedł,
jego żona wyniosła się do sąsiadki, by pochwalić
się, że sublokator postawił wódkę na oblanie nowego
zajęcia.
Mańka wyjęła z szafy batystową chusteczkę i nakryła
nią głowę śpiącego, w izbie bowiem było dużo much.
<strona 28>
|