| |
Saga rodu Delaveaux
Katarzyna
Gmerek
Delaveaux (inna pisownia: de Laveaux) to stare
miano lotaryńskie, należące niegdyś do udzielnych
hrabiów. Historia polskiej rodziny o tym nazwisku
zaczęła się od pewnego pojedynku.
Dawno, dawno temu hrabia Delaveaux z
Lotaryngii wyzwał na pojedynek swego przełożonego w
wojsku francuskim. Kapitan ów zabił wcześniej brata
Delaveaux; gniew i honor zatem nakazały młodemu
Ludwikowi zabić kapitana. Ponosząc konsekwencje swego
czynu, Ludwik Delaveaux, pózniejszy senior polskiego
rodu uszedł z Francji do Polski. Tajemnicą dla nas
pozostaje przyczyna udzielenia mu pomocy przez ambasadę
rosyjską w Paryżu.
Po krótkim pobycie w Warszawie Augusta II Sasa kawaler
znalazł się na dworze petersburskim, gdzie został
koniuszym Katarzyny II i poślubił hrabiankę Sievers.
Nie żyli długo ani szczęśliwie razem. Hrabina
zmarła, a hrabia sprzykrzywszy sobie wygody dworu,
wstąpił do armii . Pod wodzą Suworowa walczył z
konfederatami barskimi a potem osiadł w garnizonie
rosyjskim w Sandomierzu. Dziwne są jednak odmiany losu :
rychło ożenił się z Polką, Aleksandrą Kostecką i
wstąpił do wojska polskiego, a w 1775 otrzymał polski
tytuł szlachecki.
Ludwik Delaveaux, amator przyrodnik i etnograf, autor
'Listów Władysława do Celestyny', 'Górali
Bieskidowych' i kilku innych książek był synem tej
pary. Edukacja jego w zasadzie nie odbiegała od normy
tamtych czasów - najpierw uczył go guwerner, później
młodzieniec słuchał wybranych wykładów na
Uniwersytecie Jagiellońskim; jednocześnie zaś, co
było chyba mniej częste w rodzinach hrabiowskich, zaś
pospolite u gorzej sytuowanej szlachty, odbywał
praktykę u adwokata. Śladem tych zainteresowań są
zapewne anegdoty z wokandy przytaczane w 'Góralach
Bieskidowych`, jak ta o sędzi co pogodził strony w
sporze o zabicie owieczki powołując oficjalnie na
świadka wilka, a że pozwany stawić się nie mógł,
tedy górale załatwić musieli rzecz polubownie...
Delaveaux junior nie został jednak jurystą. Dzięki
pieniądzom babki Kosteckiej kupił wieś Rycerkę na
Żywiecczyźnie. Zakochany w pięknej przyrodzie
Beskidów, dużo czasu poświęcił na badania
etnograficzne okolic, których najważniejszym plonem
była książka 'Górale Bieskidowi zachodniego pasma
Karpat : Rys etnograficzny zwyczajów i obyczajów
włościan okolic Żywca'. Kraków: 1851. Napisana z
wielką miłością do gór i z dużym poczuciem humoru
książeczka jeszcze w latach przed II wojną światową
uważana była za godne uwagi zródlo etnograficzne.
Pod rozwagę czytelnika podać można góralski lek na
suchoty : 'Starsi gorale leczą swoje suchoty mocnym
paleniem tytoniu i mocną gorzałką z pieprzem lub z
psiem starem sadłem; jeżeli choroba nie folguje lub
się pogorsza, to wzmacniają stopniami dozę; jeżeli
zaś chory przed skończeniem kuracji umrze, to się
sprawdzi doktorskie aksyoma, że: natura brevis, ars
longa.'
Pochopny śmiech niewskazany, jeśli zważyć że
doktorzy jeszcze przez kilkadziesiąt lat od napisania
tych slów też gruźlicy leczyć nie potrafili...
Nie było chyba łatwo być w dawnych czasach
naturalistą czyli przyrodnikiem. Świadczy o tym opis
przygody pewnego cudzoziemca badającego polską
przyrodę na początku ubiegłego wieku. Jak pisze
Delaveaux :
"...Szultes, profesor historyi naturalnej w akademii
Krakowskiej, gdy na Babiej-górze herbaryzując
(zbierając rośliny) zabłąkał się w lasach, a
niedosyć, że był kuso i czarno ubrany, ale miał
okulary z czerwoną skóra dla zabezpieczenia oczu od
kurzu i gałęzi, przy tem jakiś rodzaj klaku na głowie
i paraplui, rekwizyta u górali nieznane.(nieznane
również i nam w końcu XX wieku...) Nie dziw więc, że
stał się postrachem w lasach, gdzie tułał się dwa
dni o głodzie, a każdy spotkany goral żegnał się i
uciekał krzycząc: debel! debel! aż urząd leśny
mając od ludzi wiadomość, szukał stracha i
znalazłszy ledwie żywego, z lasu wyprowadził. Za to
też, jak słyszałem, rzeczony Szultes lud Polski w
dziele swojem niżej zwierząt zaklasyfikowal..."
(Górale Bieskidowi, Krak˘w 1851).
Strach pomyśleć, co powiedziałby prof. Szultes o
przedstawicielach jakiejś nacji pozaeuropejskiej...
Ludwik Delaveaux spędzał w
Rycerce dużo czasu i wsławił się tamże zniesieniem
pańszczyzny (niezupełnie za darmo; sprzedał swoim
chłopom ziemię na dogodnych warunkach). Pod koniec
życia osiadł w Krakowie gdzie zmarł w 1870 r. Jego
syn, też Ludwik, był autorem popularnych książek
historycznych.
Ostatni przedstawiciel rodziny, o jakim głośno, był
malarzem. Ludwik de Laveaux (takiej używał pisowni)
zdolny uczeń Matejki, zmarł młodo w Paryżu na
gruźlicę.
Pozostało po nim, prócz obrazów wystawianych i
nagradzanych w kraju i za granicą, także wspomnienie
Stanisława Wyspiańskiego. W 'Weselu' jest scena, w
której młoda kobieta tańczy z Widmem, duchem jej
pierwszego narzeczonego. To własnie de Laveaux, a
historia jego miłości do dziewczyny z Bronowic także
jest autentyczna.
Niech ten zaświatowy akcent
nie rzuci zbyt głębokiego cienia na historię
polsko-lotaryńskiego rodu. Wszak wszyscy Delaveaux, o
których tu była mowa, już przeminęli; każdy z nich
jednak zostawił coś po sobie - jedni książki lub
obrazy, inni przynajmniej ciekawą historię życia.
Bibliografia
Polski Słownik Biograficzny T.V Kraków
1939-1946
Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powszechna
(Wydawnictwa Gutenberga( T.IX Poznań 1995
Boniecki A.: Herbarz Polski : Czesc I Warszawa
1911, T.XIV
Katarzyna Gmerek kasia@bu-uam.amu.edu.pl
|
|